UFC 185

Po raz kolejny potwierdza się, iż warto czerpać z ludowych mądrości, bo nie tylko są one słuszne – ale i uniwersalne. Nie dalej jak w połowie ubiegłego roku pisałem przecież po udanym debiucie Joanny Jędrzejczyk w UFC, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle… posłał. Posłał, i od razu okazało się, że i w tym przypadku przysłowie się sprawdziło – zawodniczka olsztyńskiego Arrachionu już w marcu zawalczy o pas mistrzowski największej organizacji świata!

Długo przyszło nam jednak czekać na tak ważny dla krajowego MMA moment, co jest dość dziwne biorąc pod uwagę fakt, że pierwszy Polak w słynnym Opatentowanym Oktagonie stanął już w 2007 roku. Niemal osiem lat po walce Tomasza Drwala z Thiago Silvą – która odbyła się na UFC 75: Champion vs. Champion – marzenia nadwiślańskich fanów wszechstylowej walki wręcz materializują się, pas mistrzowski Ultimate Fighting Championship leży na wyciągnięcie ręki, a Joannę Jędrzejczyk odgradza od niego tylko jedna zawodniczka – Carla Esparza. Niezbyt lubię pompatyczne stwierdzenia, ale uznać w tych okolicznościach należy, iż historia tego sportu pisze się na naszych oczach!

Ale droga, jaką tubylcze MMA przebyło od czasu pierwszej walki Drwala w organizacji braci Fertittów do dnia dzisiejszego nie była wcale prosta, a oprócz momentów wzniesień zdarzały się też monotonne proste a nawet gwałtowne spadki. Pamiętamy, jakie nadzieje kibice pokładali w wyjeżdżającym za wielką wodę Drwalu. Był on wówczas najgorętszym nazwiskiem krajowej sceny i jednym z bardziej perspektywicznych fighterów Starego Kontynentu w ogóle. Ścisła czołówka wagi półciężkiej, w której w tamtym czasie walczył. Niestety bilans 3-3, jaki wywalczył w UFC, i sposób w jaki pożegnał się z organizacją – przegrana z Davidem Branchem w fatalnym stylu – mocno rozczarował. Nawet nie chodzi o sam rekord, ten jest przecież przyzwoity, tym bardziej porównując poziom sportowy ówczesnego UFC do tego, jaki w największej organizacji świata mamy dzisiaj. Chodzi o wrażenie beznadziei, jakie wdarło się – podświadomie – do nadwiślańskiego MMA po tej porażce. Drwal postawił bowiem wszystko na jedną kartę, przeniósł się na dłuższy czas do San Diego, gdzie trenował pod okiem Deana Listera. Poświęcił masę energii, pieniędzy i czasu na to, by stać się pełnoetatowym zawodnikiem wszechstylowej walki wręcz. Nie wyszło… a przynajmniej nie całkiem.

Porażka Macieja Jewtuszki, która miała miejsce prawie rok później, tylko wspomniane poczucie beznadziei wzmocniła. Bo skoro najlepszy Polak – który przecież włożył ogrom pracy i wysiłku w to, by do swoich walk podejść jak najbardziej profesjonalnie – nie był w stanie choćby się w UFC utrzymać, a drugi krajan pożegnał się z organizacją już w debiucie, stłamszony przez Curta Warburtona… to co mieli sobie pomyśleć zawodnicy walczący na małych galach w kraju? Mogli zareagować jak ten Sancho Pansa z powieści Cervantesa, gdy został zapytany przez gosposię:

– Więc także spadłeś? – zagadnęła gospodyni.
– Nie spadłem – odrzekł Sancho – ale przestraszony upadkiem pana mojego, poczułem coś tak dziwnego w ciele, że mi się zdaje, jakby mi tysiąc kijów wsypano.

Może zawodnicy z Polski poczuli wtedy owe tysiąc kijów na plecach… poczuli, że największa organizacja świata nie jest im pisana? Rzecz jasna nikt tak wówczas głośno nie powiedział, nikt nawet nie zająknął się w podobnym tonie. To, że takie wątpliwości musiały pojawić się w głowach wielu fighterów można stwierdzić dopiero z perspektywy czasu – patrząc na wybory, jakich później dokonywali. Od czasu porażki Jewtuszki, przez ponad dwa lata żaden z krajanów nie był nawet bliski walk w UFC – i to najwięcej mówi nam o omawianej sytuacji.

Takie dyplomatyczne omijanie potentata branży ułatwił z całą pewnością rozwój wszechstylowej walki wręcz nad Bałtykiem, który gwałtownie przyspieszył po zakontraktowaniu przez Konfrontację Sztuk Walki “najsilniejszego człowieka świata” – Mariusza Pudzianowskiego. W polskim MMA zaczęło pojawiać się zainteresowanie ze strony stacji telewizyjnych, a wraz z nim pojawiły się pieniądze, co z kolei przyciągało biznesmenów chcących przegonić KSW. Największy chyba okres prosperity w mieszanych sztukach walki w naszym kraju zbiegł się mniej więcej z porażkami Drwala i Jewtuszki w UFC. Polskę odwiedziła wtenczas holenderska organizacja Beast of The East, która zrobiła w Gdyni dwie – bardzo duże jak na owe czasy – gale; pojawił się znany z grubego portfela Dariusz Cholewa, który poprzez MMA Attack miał zbawienny wpływ na poprawę konkurencyjności całej branży; sama Konfrontacja Sztuk Walki natomiast rosła z wydarzenia na wydarzenie. To wszystko sprawiało, że UFC niespecjalnie było miejscowym zawodnikom potrzebne. Najlepszym na to dowodem jest fakt, iż trzecim z kolei Polakiem w tej organizacji okazał się niespodziewanie Daniel Omielańczuk – zawodnik niechciany ani przez KSW, ani przez MMA Attack. Piotr Hallmann, który do największej organizacji świata dostał się tuż po Danielu, również potwierdza tę teorię. Choć ostatnią walkę przed UFC stoczył na MMA Attack 3, to przez większą część kariery podobnie jak Omielańczuk pojedynkował się poza krajem.

Te dwa debiuty odkorkowały nadwiślańską scenę, uwalniając wśród zawodników sportowe ambicje. O UFC zaczęło się mówić, chęć walki dla amerykańskiego giganta wyrażali najbardziej znani fighterzy nad Wisłą. Choć ostatecznie z medialnej czołówki do “stajni” Dany White’a dostał się tylko Jan Błachowicz, to szum jaki nastał wokół Polaków w UFC skierował kariery wielu młodych zawodników na nowe tory. Zamiast łasić się do Konfrontacji Sztuk Walki, postanowili walczyć o kontrakt z Amerykanami. Przed Błachowiczem do UFC dostał się Krzysztof Jotko, po nim – Marcin Bandel, Paweł Pawlak, Łukasz Sajewski i Joanna Jędrzejczyk. Spora oczywiście w tym zasługa rozrostu samej organizacji, która aby wypełnić zobowiązania kontraktowe zawarte ze stacją FOX i jej odnogami, oraz zadośćuczynić swym ekspansywnym planom, zatrudnia obecnie około pięciuset zawodników! Mniejsza jednak oto – skoro pojawiają się sprzyjające okoliczności – głupotą byłoby ich nie wykorzystać.

Zakontraktowana na potrzeby nowo powstałej kategorii wagowej (do 52 kg) Jędrzejczyk, już w trzeciej walce pod banderą UFC otrzymała szansę zmierzenia się z mistrzynią, Carlą Esparzą. Na taki stan rzeczy złożyły się głównie dwa czynniki: stosunkowo płytka dywizja oraz charyzma i osobowość samej Joasi. Prawdą jest rzecz jasna to, iż kategoria słomkowa jest najsłabszą z wag w UFC – co wynika z jej młodego wieku – lecz tak szybkiego awansu na drabince prowadzącej do mistrzostwa nie można przypisywać wyłącznie temu czynnikowi. Polka walczy niesłychanie efektownie, posiada nokautujące uderzenie – co w kobiecym MMA jest rzadkością – a poza oktagonem jest charakterną dziewczyną. Tym wszystkim – a przede wszystkim świetnymi wygranymi nad Julianą de Limą oraz Claudią Gadelhą – Asia zdobyła sympatię szefa UFC, Dany White’a. Nieczęsto zdarza się, by prezydent organizacji odwiedzał fighterów, zwłaszcza tych mało znanych, po walce i osobiście im gratulował – a jeszcze rzadziej zdarza się, by zapraszał ich do wspólnego oglądania dalszej części gali. Taki zaszczyt spotkał Jędrzejczyk, a sam White bardzo mocno komplementuje Polkę na portalach społecznościowych z których korzysta często i chętnie. To bardzo dobrze wróży Asi na przyszłość.

Przedwczoraj podopieczna Szymona Bońkowskiego i Pawła Derlacza poinformowała, że podpisała nowy kontrakt z organizacją. Może to wskazywać na plany, jakie UFC wiąże z Polką. Wszak po zdobyciu pasa mistrzowskiego pozycja negocjacyjna Jędrzejczyk z pewnością by wzrosła, więc korzystniejszym dla Zuffy (spółka do której należy marka UFC) była renegocjacja umowy przed pojedynkiem. Oczywiście jest i druga strona medalu: ewentualna porażka – puk, puk, puk – sprawi, że w następnych walkach zawodniczka będzie zarabiała więcej niż gdyby umowy nie zmieniono, co tylko potwierdza, że White i spółka stawiają na Polkę i wiążą z nią spore nadzieje. I słusznie! Joanna Jędrzejczyk już niedługo może przejść do historii jako trzeci mistrz UFC z Europy – wcześniejsi to Bas Rutten oraz Andrei Arlovski – nie licząc mistrza turniejowego, Olega Taktarova! Taka okazja nie zdarza się często, tym bardziej biorąc pod uwagę plany organizacji wydarzenia w Polsce. Mistrzyni z Olsztyna byłaby dla organizatorów sporym udogodnieniem i kartą przetargową w rozmowach z lokalnymi partnerami.

Sporym zaskoczeniem okazały się być natomiast data i miejsce pojedynku: 14 marca, UFC 185 w Dallas. W przypadku krążących pogłosek o gali nad Wisłą w kwietniu, taki ruch wydaje się – ale tylko z pozoru – niezrozumiały. Walka o tytuł lokalnej zawodniczki byłaby przecież punktem centralnym wydarzenia, wokół którego można by oprzeć promocję. Gdy jednak popatrzymy na sprawę z dystansu łatwo zrozumiemy, że nie ma w tym niczego dziwnego. UFC nie ma bowiem zwyczaju organizowania walk swoich mistrzów – a Esparza jest mistrzynią z USA – poza granicami, tym bardziej w debiucie na nowym rynku. Sama data natomiast, “miesiąc przed kwietniem” – parafrazując klasyka – wydaje się całkowicie logiczna. Pojedynek o pas mistrzowski siłą rzeczy wygeneruje spory szum medialny w Polsce… tym bardziej pojedynek wygrany. Może to okazać się doskonałym paliwem dla gali w naszym kraju odbywającej się w kolejnym miesiącu. Całkowicie racjonalna i spójna koncepcja, którą przesłoniło nam myślenie życzeniowe związane z potencjalną galą w naszym kraju. Nie ma się jednak czemu dziwić, wszak nie było jeszcze dane polskim kibiciom wszechstylowej walki wręcz choćby powąchać tak ważnych wydarzeń, jakie staną się – lub mogą stać się, jeśli mówimy o gali w naszym kraju – ich udziałem już wkrótce. Walka reprezentanta Polski o tytuł mistrzowski Ultimate Fighting Championship to bezsprzecznie najważniejsze wydarzenie w historii krajowego MMA, które może być krokiem milowym w dalszym rozwoju tego sportu! Pytanie, czy Joanna Jędrzejczyk zdoła sięgnąć po pas?

1 KOMENTARZ

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.