fedor

Gdy w 2007 roku japońska organizacja PRIDE zakończyła swoje funkcjonowanie na rynku, pełen nadziei oczekiwałem starć bohaterów z białego ringu w klatce UFC. Byłem przekonany, że najlepsi zawodnicy przeorają amerykańską ziemię i zasłużenie dzierżyć będą latami mistrzowskie pasy.

Pierwsza walka i zwycięstwo Mirko Filipovica nad Eddim Sanchezem w UFC spowodowała, że tryumfalny uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Byłem święcie przekonany, że to dopiero początek i cieszyłem się na kolejne emocje związane z następnymi starciami. Gdy dwa miesiące później Gabriel Gonzaga firmowym kopnięciem CroCopa (niestety znaczeni brzydszym) znokautował Chorwata, nie mogłem wyjść ze zdziwienia. Gorycz porażki bolała mnie zapewne bardziej niż cudacznie skręcona noga byłego mistrza K1, który leżąc nieprzytomny w klatce UFC nie miał świadomości, jak ogromny zawód mi sprawił. Wtedy runął pierwszy pomnik.

Znacznie mniejsze nadzieje wiązałem z Wanderleiem Silvą, jednak gorzkie porażki z Chuckiem Liddellem na UFC 79 i późniejsza z Quintonem Jacksonem, nie zostały nawet lekko osłodzone przez zwycięstwo nad Keithem Jardinem. Coś było poważnie nie tak. Z wolna zaczynałem tracić nadzieję na tryumfy moich bohaterów, a nic nie zapowiadało, aby Ostatni Cesarz planował pojawić się w klatce amerykańskiego potentata.

Na szczęście Antonio Rodrigo Nogueira w swoim debiucie w UFC pokonał Heath’a Herring’a, by następnie zdobyć upragniony (tymczasowy) pas wagi ciężkiego pokonując Tima Sylvię. Radość i ogrom emocji ponownie sprawiły, że z ekscytacją oczekiwałem kolejnych walk. Jakże później żałowałem, że świetne starcie z Randym Couturem, nie było następnym w kolejności. Przedziwną przegraną z Frankiem Mirem, szybko wytłumaczyłem sobie jednak chorobą Brazylijczyka i dalej wierzyłem w byłego mistrza PRIDE. Niestety niepozorny Cain Velasquez spowodował, że kolejny pomnik ostatecznie runął.

Cała nadzieja pozostała w Fedorze Emelianenko, który jednie krążył wokół UFC nie chcąc ostatecznie wejść do oktagonu. Z Ostatnim Cesarzem miałem jednak inny problem. Ze względu na jego dominację w wadze ciężkiej, przed każdą kolejną walką myślałem jedynie o tym, aby Fedor przypadkiem jej nie przegrał i żeby zakończył karierę będąc ciągle na szczycie. Gdy w końcu zapowiedziano walkę mistrza na amerykańskiej ziemi, pod banderą Affliction, oczekiwałem starcia niecierpliwe, jak najważniejszej walki w historii MMA. Dominujące zwycięstwo Fedora nad Timem Sylvią wylało beczkę miodu ma moje serce. I nawet łyżka dziegciu od znajomego, który nie interesował się MMA, nie zmieniła mojego nastawienia. Kolega po zobaczeniu walki zapytał mnie mianowicie, czy ten Amerykanin był niepełnosprawny, bo tak dziwnie wyglądał i ruszał się… Cóż, nadzieja umiera ostatnia, a wiara w zawodnika, któremu się kibicuje potrafi zamglić wzrok. Andrei Arlovski na moment wyrwał mnie z otępienia, by po chwili paść na deski rażony jednym z firmowych cepów Fedora. Życie było nadal piękne.

Po upadku Affliction, ponownie oczekiwałem pojawienia się mistrza w oktagonie UFC, podświadomie mając jednak nadzieje na to, że w końcu zdecyduje się on na emeryturę. Zamiast jednak skorzystania z usług Rosyjskiego ZUSu, Emelianenko przeprowadził się do Strikeforce. W debiucie na szczęście pokonał Bretta Rogersa, ale stres związany z oglądaniem każdej kolejnej walki Rosjanina wzrósł do najwyższego możliwego poziomu. Fedor był ostatnim z moich ulubionych zawodników i liczyłem, że jego spiżowy pomnik pozostanie bez skazy. Niestety heros padł i to nie raz, a aż trzy razy! Ostatni pomnik runął, a wraz z nim emocje związane z kibicowaniem.

Na szczęście w tym czasie również UFC posiadało zawodników, którym chciałem kibicować i którzy dostarczali niezbędnej adrenaliny. Najpierw był to Georges St-Pierre, imponujący sportową postawą i profesjonalnym podejściem do swojej kariery. Pomimo głosów krytyki z przyjemnością oglądałem wszystkie jego 25-minutowe występy, w których dominował nad swoimi przeciwnikami. Uległem oczywiście również magii Andersona Silvy, który potrafił zaczarować każdego przeciwnika swoim prowokującym tańcem w klatce. Z nadzieją oczekiwałem kolejnych występów potwora, jakim był niewątpliwie Brock Lesnar. Jednak i ci zawodnicy po kolei odchodzili, a ja coraz rzadziej emocjonowałem się walkami w największej organizacji świata. Do dziś pozostał mi już tylko mały wielki Cain Velasquez.

Oczywiście nadal z przyjemnością i ciekawością oglądam walki, ale powoli zaczyna brakować zawodników, którym zwyczajnie ze sporą dozą sympatii i emocji kibicuję. A bez emocji sport jest jak jedzenie bez przypraw, niby można zjeść, można się najeść, ale jednak czegoś bardzo brakuje. Czy w najbliższym czasie pojawią się nowi sportowcy, którzy będą w stanie spowodować, że będę nerwowo obgryzał paznokcie w oczekiwaniu na ich staracie?

Na szczęście wraz z debiutem Piotra Hallmanna w USA emocje na najwyższym możliwym poziomie powróciły, a aż 8 zakontraktowanych przez UFC zawodników z Polski dostarczy ich zapewne znacznie więcej!

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.