Dave Mandel/Sherdog.com
Foto: Dave Mandel/Sherdog.com

Za nami ostatnia gala UFC dwa tysiące dwunastego roku. Pojedynek pomiędzy Juniorem dos Santosem a Cainem Velasquezem rozstrzygnięty. Pas mistrzowski powrócił do rąk reprezentanta American Kickboxing Academy. Dziś, kiedy sylwestrowe emocje odeszły wraz z noworocznym kacem, możemy na chłodno przyjrzeć się walce, która dopiero za drugim razem odpowiedziała na kilka fundamentalnych pytań dla rozkładu sił w wadze ciężkiej.

Nosił wilk razy kilka.

Przebieg weekendowego pojedynku bez dwóch zdań zaskoczył nawet osoby, które stawiały na wygraną Velasqueza. Mało kto bowiem w swych prognozach przewidywał, że Cain będzie wygrywał walkę stojąc. Jak się okazało zawodnik z Kalifornii nie bał się ciężkich dłoni Cigano i jakby drwiąc z zakończenia pierwszego pojedynku ,w wymianach ciosów był stroną skuteczniejszą. Sierp, który sięgnął szczęki Brazylijczyka w czwartej minucie, praktycznie zakończył ten pojedynek. Mimo że obaj spędzili ze sobą w oktagonie kolejne cztery rundy, to werdykt sędziowski był jedynie postawieniem kropki nad i – na którą w pierwszej rundzie Velasquezowi zabrakło atramentu. Co spowodowało, że lepszy technicznie uderzacz, jakim jest Cigano, dał się złapać skazywanemu w tej płaszczyźnie na porażkę Amerykaninowi? Czy to słabsza dyspozycja, czy może boks Juniora był nieco przeceniany? A może to Cain poczynił znaczące postępy, przez dzielące obie walki trzynaście miesięcy? Wydaje mnie się, że żadna z tych rzeczy. Nie widziałem, by półkrwi Meksykanin błyszczał w stójce niczym milion dolarów. Nie widziałem także, aby dos Santosa pokrywała warstwa rdzy. Źródło sukcesu reprezentanta AKA leży w świetnym planie walki, który musiał być dużym zaskoczeniem dla brazylijskiego króla nokautu.

Styl pijanego Meksykanina.

Do pierwszego gongu, chyba każdy obserwator spodziewał się, że Velasquez za wszelką cenę będzie unikał walki w stójce i postawi na swoje ponadprzeciętne zapasy. Zapewne tego samego spodziewał się dos Santos, który pod względem obrony obaleń błyszczał niczym diament w pierścionku Swarovskiego. Amerykanin tymczasem postawił na zapasy, jednocześnie nie rezygnując ze stójki. Myślę, iż już sam ten fakt w dużej mierze wprawił Juniora w zakłopotanie. Jednak największym problemem dla dos Santosa była „dziwna”, wręcz pokraczna stójka jego rywala. Przyznam, że po kilku pierwszych ciosach wyprowadzonych przez Amerykanina, skłonny byłem głośno stwierdzić, iż ten naoglądał się filmów z Jacki Chanem i używa nieco zmodyfikowanego stylu „pijanego mistrza”. Ów – dobrze poukładany przecież – zawodnik poruszał się chaotycznie, często ruszał nie tylko głową, ale i całym tułowiem i po niemal każdym uderzeniu pochylał się do przodu na wysokość bioder rywala. Po obejrzeniu tej walki po raz kolejny mogę stwierdzić, że z pewnością nie były to objawy choroby Alzheimera, w wyniku której Velasquez zapomniał jak powinno się poprawnie uderzać. Była to wypadkowa bardzo dokładnych analiz słabych i mocnych stron Brazylijczyka i efekt końcowy opracowanego planu walki.

To co w starciu z innym rywalem – przykładowo Alistairem Overeemem – zakończyć by się mogło ciężkim nokautem (niebezpiecznie niskie pochylanie się do przodu, aż proszące się o kontrę kolanem) w walce z Juniorem było po prostu najkrótszą drogą do nóg oraz – co wyjaśnię za moment – szczęki rywala. Zważywszy na to, że Junior bardzo rzadko kopie, a kolan nie używa praktycznie wcale, takie rozwiązanie nie wiązało się z podwyższonym ryzykiem, a niosło ze sobą kilka istotnych korzyści. Ta nadpobudliwość ruchowa powodowała oczywiście to, iż Cain był znacznie trudniejszy do trafienia, jednak przede wszystkim, miała za zadanie ułatwić zapaśnikowi uchwycenie nóg oponenta. Należy zwrócić uwagę, że często po jednym tylko uderzeniu Velasquez szedł do obalenia, a pochylona pozycja jaką przyjmował w czasie tych przesadzonych uników znacznie skracała dystans dzielący go od choćby jednej dolnej kończyny rywala. O ile na zapaśniczą presję ze strony byłego mistrza dos Santos był przygotowany, tak swoisty miks uderzeń i obaleń był już dla niego zupełnie nieczytelny. W jednej akcji po ciosie Cain szedł do nóg, w innej kontynuował atak w stójce. Największą trudnością w rozpoznaniu dalszych intencji zawodnika AKA była właśnie przesadnie niska pozycja jaką przyjmował po niemal każdym zadanym uderzeniu. Ciągłą presją Velasquez wymusił na Brazylijczyku opuszczanie rąk (opuszczone ręce ułatwiają obronę obaleń), tym samym Junior skupiony na niwelowaniu zapaśniczych ataków Caina stał się łatwiejszy do trafienia. W świetny sposób wykorzystał to Velasquez. Naturalnie ta niebezpieczna loteria, na pewno nie jest rozwiązaniem, które sprawdzi się przeciw każdemu innemu rywalowi, jednak w tym konkretnym przypadku zdała egzamin celująco.

Wszystko albo nic.

Rzeczą, która w tym boju wysuwa się na pierwszy plan jest wola. Wola przetrwania, wola walki, wola zwycięstwa. Cigano od momentu, w którym został zraniony, przez całą kolejną rundę mentalnie był poza oktagonem. Kiedy w trzeciej odsłonie powrócił, skrajne wyczerpanie nie pozwalało mu na zbyt wiele. Mimo tego ciągle walczył! Velasquez w końcowych rundach również był ogromnie wycieńczony. Ostry atak pod koniec pierwszej rundy i fizycznie wyniszczający, zapaśniczy balet w całej drugiej pozbawił idącego po pas Caina sił. Mimo iż w tej materii wypadł lepiej niż dos Santos, to i tak od połowy walki był już ledwie cieniem Velasqueza z pierwszych dwóch rund. Mimo to, i on nie odpuszczał i dążył do zakończenia walki przed czasem. Obaj pozostawili w oktagonie dosłownie wszystko – serce, zdrowie i litry potu. Walczyli jakby stawką było ich być albo nie być. Niejednokrotnie w MMA zdarzało się, że skrajnie wycieńczony zawodnik podczas – nawet niedużego – naporu ze strony swego przeciwnika odwracał się, opadał bezsilnie, jakby dając tym samym sędziemu zielone światło do przerwania walki. Tutaj nic takiego nie miało miejsca, a przecież okazji do takiego zakończenia walki ze strony dos Santosa było co najmniej kilka. Pokaz niezłomnej woli i namacalny dowód na to, jak wiele dla obu zawodników znaczy pas UFC. Po sobotniej nocy nie mam nic poza szacunkiem dla każdej ze stron tej pamiętnej batalii.

Tym bardziej nie rozumiem deprecjonowania pozycji Brazylijczyka po tej walce. Czytając komentarze na naszym forum, zastanawiam się, czy ta masowa histeria nie jest spowodowana rodzajem jakiejś zbiorowej hipnozy. Poziom uznania dla Juniora tuż przed i tuż po walce można chyba porównać jedynie do najczarniejszych dni Wall Street, podczas których tysiące akcjonariuszy w jednej chwili traciło całe majątki. Jest to dla mnie tak samo niezrozumiałe, jak zaskakujące.

Problem Brazylijczyka w tym pojedynku jest dokładnie taki, na jaki Amerykanin natrafił podczas ich pierwszego spotkania. Dał się trafić. Z tą tylko różnicą, iż Cain posypał się całkowicie, a Junior zdołał jeszcze przetrwać walkę do ostatniego gongu. Taka jest charakterystyka wagi ciężkiej. Tu każdy celny cios może być tym ostatnim. Dał się złapać, tylko tyle i aż tyle.

Pytania i odpowiedzi.

Najbardziej zdecydowaną odpowiedzią, odnośnie umiejętności dos Santosa, jaką otrzymaliśmy po UFC 155 jest potwierdzenie wysokiego poziomu obrony przed obaleniami. Naturalnie było to już wiadomo na długo przed sobotnią walką, jednak kiedy Junior wybronił pięć kolejnych prób sprowadzeń stało się jasne, że tak dobrego w zapaśniczej defensywie uderzacza nie było w wadze ciężkiej od czasu szczytu formy Mirko Filipovica. Przyznam, iż kiedy zobaczyłem Caina, niemal pełzającego po ziemi, po natychmiast zatrzymanym obaleniu za jedną nogę pomyślałem, że kara ze strony Brazylijczyka jest jedynie kwestią czasu. Oczywiście potem nadeszła kombinacja lewego prostego i prawego sierpa, która powaliła Cygana, lecz jego defensywne zapasy przez całą walkę – wyłączając rundę drugą – były niemal wzorowe.

Sęk w tym, że skuteczne obrony obaleń trzeba umieć wykorzystać. Braki Juniora w tej właśnie materii ujrzały światło dzienne po sobotniej gali. O ile skuteczna defensywa i boksowanie z dystansu sprawdzały się w przypadku walki z Shanem Carwinem, tak non stop nacierający Velasquez wymagał już zupełnie innej strategii. Boksowania na wstecznym – czegoś w czym wspomniany kilka linijek wyżej Cro Cop był znakomity. Co z tego, że Junior w pierwszej rundzie wybronił każde obalenie rywala, skoro nie zdołał wyprowadzić żadnej skutecznej ofensywy. Stateczny boks nie mógł sprawdzić się w przypadku tego typu przeciwnika. Aby niwelować zapasy Caina, Junior musiałby wrzucić wsteczny bieg i atakować (jednocześnie cofając się), kiedy Cain napiera do przodu. Gdyby Velasquez raz po raz trafiał na ścianę prostych podczas prób zejścia do nóg, zbliżenia się, to w końcu albo zmieniłby strategię, albo padł na deski po mocniejszym ciosie. Takie właśnie „kłucie” pozwoliłoby skutecznie powstrzymać zapasy dwukrotnego All American. Zamiast tego byliśmy świadkami cyklu: atak Caina, próba sprowadzenia, skuteczna obrona Dos Santosa i znów atak Caina… niekończąca się opowieść. Opowieść – jak wiemy – bez happy endu dla byłego już mistrza.

Podstawowe pytanie, które regularnie pojawiało się w przypadku Cigano, dotyczyło jego umiejętności parterowych. Wbrew pozorom UFC 155 nie przyniosło na nie jednoznacznej odpowiedzi. Obaj zawodnicy spędzili na ziemi sporo czasu, jednak na nieszczęście, było to już po otrzymaniu potężnego ciosu przez Juniora. Piszę na nieszczęście, gdyż nie uważam, aby na wpół przytomny Brazylijczyk był idealnym materiałem do analizy jego jiu-jitsu. Cain na ziemi w pełni dominował, lecz zważywszy na okoliczności, nie podzielam opinii, iż parter dos Santosa nie istnieje. Na skraju nokautu zawodnikowi pozostają najbardziej pierwotne odruchy, te najwcześniej nauczone, najbardziej utrwalone. W tym przypadku było to klejenie się do przeciwnika, chowanie głowy i dążenie do jak najszybszego powrotu na nogi. Rzecz jasna, oprócz wspomnianych, dobrych nawyków była również cała masa złych – z odwracaniem się na brzuch na czele. Spójrzmy jednak, jak bezradna w tej drugiej rundzie była stójka (czyli najmocniejsza strona) zawodnika Team Nogueira. Na jakiej, zatem podstawie można oczekiwać, że w takiej sytuacji na ziemi zachowa się on jak Fabricio Werdum? To niedorzeczne. Naturalnie, nigdy nie podejrzewałem i nie podejrzewam, by Junior na ziemi był choćby dobry. Sądzę jednak, że nie jest tak beznadziejny jak wynikałoby to z tego pojedynku. W swych rękach nie mam jednak absolutnie żadnych dowodów na potwierdzenie tej tezy.

Kilka szczebli w dół.

Nie będę w tym miejscu zagłębiał się w dalsze losy obu zawodników i ich potencjalnych przeciwników. Zresztą w „panoramie” świetnie zrobił to już Tomek. Junior zrobi sobie zapowiedzianą przerwę od walk, natomiast kolejnym oponentem mistrza będzie najprawdopodobniej zwycięzca walki Overeem vs. Silva (bądź w przypadku odpowiedniego splotu okoliczności Fabricio Werdum). W obu przypadkach stawiam zdecydowanie na Velasqueza, podobnie jak uważam, że dos Santos bez większych problemów za dwie, trzy walki po raz trzeci spotka się z Cainem. Czy to potencjalne starcie będzie jeszcze interesujące? Wszystko zależy od przebiegu najbliższych walk obu fighterów, jestem sobie jednak w stanie wyobrazić sytuację, w której na trzecią bitwę czekam bardziej, niż na tą, która miała miejsce w miniony weekend.

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.