Art FightOrDie przypomniał mi o jednym z moich starszych wywodów leżących gdzieś w czeluściach Internetu. Artykuł całkowicie subiektywny, ukazujący PRIDE FC jako najlepszą organizacją MMA na świecie, uwypuklający zalety i całkowicie pomijający wszelkie wady„Dumy”…i taki w założeniu miał być. W taki właśnie sposób pragnę zapamiętać PRIDE, i kiedy za 20 lat (odległa przyszłość:) pomyślę o najlepszej organizacji MMA ever – pomyślę o PRIDE FC!

Mrok, cisza, wszechobecne napięcie. Taka atmosfera wypełnia salę, salę na której już za moment pojawią się najlepsi zawodnicy na świecie. Pojawią się, by udzielić odpowiedzi na jedno pytanie – „kto jest silniejszym facetem”.
Na razie jednak panuje ciemność…ciemność wywołującą dreszcz podniecenia, ciemność pośrodku której można dostrzec jeden, niewielki biały ring.

Ring na którym właśnie pojawił się konferansjer, by swym charakterystycznym głosem rozpocząć widowisko. Krótka zapowiedź i nagle w jednym momencie cisze przerywają odgłosy fajerwerków, których wybuchy raz po raz rozjaśniają mrok, oraz niepowtarzalna muzyka, będąca swoistym hymnem. Podczas tych krótkich przebłysków, w jasności można dostrzec, że sala jest ogromna, wypełniona po brzegi. Wypełniona ludźmi…fanami…kibicami. Ale nie tylko! Wypełniona wspólnymi myślami, emocjami, wspólnymi nadziejami i oczekiwaniami! Tylko tutaj 70-tysięczna masa ludzi wspólnie reaguje na każde słowo konferansjera, na każdy kolejny wybuch fajerwerków, na każdy efekt pojawiający się na ogromnym telebimie. Tylko tutaj, tylko w tym momencie nie ważne jest kim jesteś, kim jest osoba siedząca obok, ktoś dwa, cztery, czy sześć siedzeń dalej. Tylko tutaj nie ważnym staje się wszystko oprócz wydarzeń mających miejsce na niewielkim białym ringu…

A na nim pojawiła się już niewysoka kobieta w średnim wieku. Fajerwerki cichną. Muzyka dobiega końca. Włączane są reflektory. Jeszcze chwila i kobieta wraz z japońskim konferansjerem zacznie prezentować zawodników. Niezwykle oryginalny, charakterystyczny głos sprawia, że zapowiedź jest niecodzienna i wraz z pojawiającymi się na podeście fighterami, wywołuje ogromne emocje.
Światła znowu przygasły, zawodnicy zniknęli w mroku…kobieta zapowiada już pierwszy pojedynek. Z głośników dobiega głośna muzyka i pierwszy „bohater” wolnym krokiem zbliża się do ringu, po drodze witając się z fanami. Zawodnik stoi już na ringu, a konferansjerka zapowiada jego przeciwnika. Seria sztucznych ogni i eksplozji rozpoczyna rytmiczną partię bitów, w takt której porusza się nadchodzący fajter. Świetna choreografia sprawia, że zwykłe wejście do ringu przemieniło się w niecodzienne widowisko, taneczne show. Publiczność szaleje, atleta wchodzi na ring. Wszyscy czekają na pojedynek. Sędzia udziela wskazówek zawodnikom, gong, walka rozpoczęta.

Seria ciosów, kopniecie…tajski klincz. Znów pełen dystans, wymiana ciosów, zwarcie, zapaśniczy klincz i obalenie. Seria ground & pound, przejście gardy, boczna i próba submission…nie udana, zakończona sweepem i powrotem do stójki. Po chwili wejście w nogi, przeciwnik sprawluje i już po chwili zadaje dewastujące kolana z north-south, po czym dostrzega lukę w obronie i atakuje gilotyna…przeciwnik jednak zna się na rzeczy i kontruje, wychodząc z zagrożonej pozycji. Pełna stójka. Znów wymiana, jeden sierpowy trafia i rywal leży na deskach, broniąc się z pleców przed napierającym stompami i soccerkickami zawodnikiem. Po chwili sędzia wznawia walkę od stójki. Dziesięciominutowa runda sprawia, że kondycja fighterów weryfikowana jest doskonale. Tutaj żadne braki w przygotowaniu fizycznym nie przejdą, tutaj ma szansę każdy – nawet mały i zwinny przeciwko dużemu silnemu – pod warunkiem, że jest odpowiednio przygotowany. Tak jest w tej walce – akcja, akcja i jeszcze raz akcja. Zero przestojów, zero nudy. Zero kalkulacji. Widowisko ponad wszystko! Zwycięstwo jest ważne, ale ważniejsze by dać świetne show, by publiczność była zachwycona! A ta szaleje, trybuny zdaja się żyć wydarzeniami na ringu, żyć walką! I tak w każdym pojedynku, aż do ostatniego. Zawodnicy dają z siebie wszystko, a publiczność w piękny sposób im to wynagradza.
Pojedynek po pojedynku, tempo nie zwalnia, ba – przyspiesza! Każda walka zasługuje na miano ‘Main Eventu’, niezależnie od tego czy walczą doskonale znani zawodnicy, czy tez ci, którzy dopiero tworzą swoja legendę. Wydarzenia na ringu, okraszone doskonałym, profesjonalnym (lecz w żadnym wypadku nudnym!) komentarzem, często śmiesznym i „z jajem” trzymają w napięciu jak dobry thriller. Nie istotne czy walka toczy się w stójce, czy w parterze. Ważne by było widowiskowo. I komentarz tą widowiskowość wspaniale podkreśla. Rzekłbym, że to komentatorzy zaraz po zawodnikach wpływają na odbiór walk. To oni wpływają na klimat, feeling wydarzenia. Wszystko wydaje się być spójnie zgrane i idealnie pasujące do siebie jak części w szwajcarskim zegarku. Konferansjerzy, komentatorzy, efekty, publiczność, zawodnicy a w końcu same walki. Wszystko to buduje niezwykła atmosferę, która znika dopiero po tym, gdy po ostatnim pojedynku z sufitu spadają serpentyny, a z głośników rozbrzmiewa muzyka kończąca widowisko. Znika gdy publiczność opuszcza halę, gdy gasną światła, cichnie muzyka. Znika z sali, jednak jeszcze na długo pozostanie w umysłach i sercach fanów…tymczasem na pustej arenie, gdzieś pośród wszechobecnego mroku, dostrzec można już tylko kontury doskonale znanego, niewielkiego, białego ringu…

Chief Financial Officer | Shareholder of MMAROCKS. Columnist. Does not avoid political topics. Radical for Capitalism.