Kilkadziesiąt godzin temu oficjalnie ogłoszono coś, co wiadomym było w zasadzie od dłuższego czasu. Japońskie MMA nie żyje. Rzecz jasna ani nie użyto takich słów, ani nie odniesiono się do całości japońskiego rynku, lecz jedynie – choć to niewłaściwie słowo zważywszy, że DREAM było ostatnią z liczących się organizacją MMA w Japonii – do dziecka Real Entertiment.
Właściwie można powiedzieć, że MMA w Japonii odeszło wraz z upadkiem PRIDE FC, a to co działo się później było tylko nieudanymi próbami reanimacji nieboszczyka.

W latach 60. dziewiętnastego wieku cesarz Mutsuhito rozwiązał klasę samurajów. W jednym momencie podupadający relikt przeszłości przestał istnieć, zamiast niego wprowadzono poborowe wojsko. Zniesiono szogunat, podział feudalny, zmodernizowano przemysł. Spisano pierwszą konstytucję. Zmiany jakie nastąpiły za rządów młodego cesarza były dla kraju kwitnącej wiśni przełomowe pod wieloma względami a okres jego panowania określono mianem epoki Meiji („światłe rządy”).

Ledwo zipiące DREAM, oraz Sengoku Raiden Championship były dla „postprideowskiej” sceny MMA tym, czym dla nowoczesnej Japonii samurajowie. Powłóczącym nogami wspomnieniem dawnej świetności. Pozostałościami po PRIDE FC. Całkowicie nierentownymi, nieopłacalnymi tworami przynoszącymi jedynie niemiłe wspomnienia panów z wytatuowanymi smokami na plecach. Podobnie jak za czasów cesarza Mitsuhito pojedyncza decyzja odłączyła aparat tlenowy i (zbyt długo) utrzymywane w śpiączce farmakologicznej zwłoki odeszły ku wieczności. Tak jak zniesienie szogunatu w 19. wiecznej Japonii było zaczątkiem zmian ku lepszemu, tak – mam nadzieję – śmierć DREAM będzie początkiem okresu Meiji na japońskiej scenie mieszanych sztuk walki.

W marcu dwa tysiące siódmego roku, sprzedażą PRIDE FC zakończono pewien ważny rozdział w światowym MMA. Zakończono dość gwałtownie i na tyle brutalnie, że nowy właściciel PRIDE (Zuffa LCC) nie był w stanie zorganizować choćby jednego eventu pod tym doskonale znanym szyldem. Ujawnione konszachty z Yakuzą odcięły od marki wykreowanej przez Dream Stage Entertiment stacje telewizyjne i głównych sponsorów. Co istotne rynek MMA został skażony na tyle dotkliwie, że przez kolejne miesiące zarówno WVR prowadzące Sengoku, jak i FEG odpowiedzialne za K-1 i DREAM miały spore problemy by „zaczepić się” w większej telewizji i zdobyć stałych partnerów.

Jednak brak sponsorów i trudności z zaistnieniem w dużych stacjach telewizyjnych nie był jedynym problemem wschodniego rynku. Na pewno nie najważniejszym, bo przecież nie było tak, że DREAM, czy SRC pozostawały bez transmisji w TV – DREAM było nadawane w TBS, a Sengoku dopóki było ich stać płaciło za bycie pokazywanym w TV Tokyo. Późniejsza utrata tych transmisji wynikła z czego innego – słabej oglądalności. Japonii brakowało gwiazd. Jeszcze przed sprzedażą PRIDE doszło do niezwykle ważnego zdarzenia. Najbardziej rozpoznawalny zawodnik ze stajni DSE – Mirko Filipovic został zakontraktowany przez UFC. Niby jeden kontrakt a zmienił tak wiele. „Cro Cop” podpisany przez organizacje braci Fertitta był wyraźnym sygnałem dla reszty stawki, że warto powoli rozważać zmianę pracodawcy. Gdy przejęcie „dumy” zostało sfinalizowane kwestią czasu było, kiedy pozostali zawodnicy przeniosą się z ringu pomiędzy ściany oktagonu. I w tym miejscu dochodzimy do drugiego najistotniejszego problemu z jakim boryka się MMA w kraju samurajów. Całkowity brak zawodników przyciągających casualowego widza. Odszedł „Cro Cop”, odszedł Wanderlei Silva, Mauricio Rua. Wcześniej z KKW wyjechał Quinton Jackson. Zawodnicy którzy pozostali albo nie byli na tyle rozpoznawalni by  zapełnić – choćby w połowie – dotychczas pełne hale (Gomi, Aoki, Emelianenko – który wbrew pozorom w Japonii nigdy nie był  szczególnie rozpoznawalnym zawodnikiem), albo ich blask nieco przygasł („Kid”, Akiyama, Barnett) a nowy narybek jak Satoshi Ishi okazał się nie tak zdolny jak sądzono, co przełożyło się oczywiście na późniejszy spadek zainteresowania i co ważne – brak perspektyw rozwoju. Niespodziewanie DREAM 9 i walka Yamamoto vs. Warren osiągnęły w TBS bardzo dobre rezultaty (16,2% średnia oglądalność i 19,1% podczas main eventu) jednak był to najwyższy wynik w historii organizacji i drugi po Dynamite!! 2009 (walka Ishiego z Yoshidą uzyskała rating 24,3%) jeśli chodzi o japońskie MMA po sprzedaży PRIDE . Warto zwrócić uwagę, że wspólny sylwestrowy event FEG i WVR z 2009 roku był najchętniej oglądaną galą MMA w Japonii od czasów Dynamite!! 2006, gdzie starcia Sakuraba vs. Akiyama i Yamamoto vs. Majoros osiągnęły ratingi w granicach 25%. Był to jednak wyjątek a później było tylko gorzej.

Samo Sengoku również nie funkcjonowało zbyt dobrze. Mimo, iż federacja pod względem sportowym i organizacyjnym wypadała bardzo dobrze, mimo współpracy z Shooto, Pankrace, StrikeForce (a później kooperacyjna gala z DREAM), mimo posiadania dwóch bardzo znanych w Japonii nazwisk (Ishi, Yoshida)… mimo wszystko. Ciągle popularność SRC była niewielka. Niewielka do tego stopnia, że dziesiąty event zgromadził w hali mniej niż pięć tysięcy widzów!
Sengoku przynosiło straty, DREAM tak samo. Nie jest tajemnicą, że Real Entertiment zalegało pieniądze zawodnikom, swego czasu na brak wypłat uskarżali się Ronaldo Souza, Bibiano Fernades, czy Gary Goodbridge. Kiepskim wynikom oglądalności nie pomógł turniej Super Hulk, nie pomogła klatka (podczas DREAM 12 i 14) a nawiązanie współpracy z One FC było raczej ostatnim podrygiem, niż decyzją mogącą odmienić los federacji.

Wycofanie się głównego sponsora WVR (siec dyskontowa Don Quijote) na początku ubiegłego roku przyspieszyło agonię SRC. Real Entertiment jeszcze do niedawna planowało organizację kolejnej gali na czerwiec, jednak dziś już wiadomo, że DREAM 18 nie dojdzie do skutku.
Problem MMA w Japonii jest jednak głębszy a na trudności natrafiają nie tylko miejscowi promotorzy. Nawet taki kolos jak UFC nie cieszy się odpowiednim zainteresowaniem wśród potomków samurajów i jak na razie nie może liczyć na zarabianie pieniędzy w Azji. Oczywiście na UFC 144 z „Rampagem” (jedną z większych gwiazd MMA w Japonii) wysprzedano komplet biletów (20 000), jednak nie oznacza to, że Japonia będzie dla Dany White’a i braci Fertitta drugą Kanadą, czy Brazylią. Kraj kwitnącej wiśni w tym momencie, podobnie jak Europa, to rynek na jedną galę rocznie – w myśl umacniania międzynarodowego brandu, do czego dążą włodarze Ultimate Fighting Championship.

Paradoksalnie brak dużego MMA w Japonii (bo nie wyobrażam sobie by w przeciągu najbliższych kilkunastu miesięcy na tamtejszym rynku oprócz okazjonalnego UFC pojawiła się jakaś duża organizacja) może w dłuższej perspektywie wyjść azjatyckiemu MMA na dobre.
Tamtejsze MMA potrzebuje zmian. Tak organizacyjnych, jak i sportowych. Nie przypadkowo żaden Japończyk nie odniósł do tej pory większego sukcesu w USA. Brak spójnych zasad, rozbieżności w kwestii miejsca walki, ilości rund, dozwolonych technik. Brak systematyki gal a co za tym idzie, brak odpowiednich przygotowań (ogłaszanie oponenta często na kilkanaście dni przed eventem). To nie mogło i nie miało prawa wpływać na wyniki japońskich fighterów (poza rodzimymi organizacjami) inaczej niż negatywnie.

Teraz kiedy w cieniu Fuji nie ma żadnej dużej federacji MMA młodzi zawodnicy (amatorska i lokalna scena ma się tam ciągle całkiem dobrze) będą mieli jeden wyraźny cel – UFC. To powinno ujednolicić proces treningowy, skoncentrować fighterów na przepisach obowiązujących w Stanach  a w efekcie prędzej, czy później pierwszy Japończyk dosięgnie walki o pas największej organizacji świata.
Na razie jest to oczywiście odległą perspektywa. Nie zapominajmy jednak, że w kraju w którym elementy judo uczone są na wuefie utalentowanych zawodników nie brakuje. Teraz gdy UFC rozwija najniższe kategorie wagowe wykreowanie perspektywicznego fightera może potrwać góra kilkanaście miesięcy. Czy zatem jest to aż tak wielka abstrakcja?

Mimo, iż pod wieloma względami kraj wschodzącego słońca  jest wciąż zamknięty na obce marki, tak – paradoksalnie – baseball (całkowicie amerykańska gra) jest tam ogromnie popularny! Znaczek UFC obecnie zdaje się nie być żadnym magnesem na japońskiego telewidza, jednak Japończyk walczący o pas może szybko zmienić ten stan rzeczy o 180 stopni. A za jednym pójdą następni. Japonia (jak i cała Azja) jest rynkiem na którym bez wątpienia zależy każdemu myślącemu globalnie przedsiębiorcy. To nie Europa środkowa, nie Francja, nie Włochy. Sukces na japońskim gruncie byłby milowym krokiem w rozwoju UFC i zarówno White, jak i bracia Fertitta dołożą wszelkich starań by ten sukces osiągnąć. Jeśli tylko dostrzegą cień realnej szansy na zwycięstwo, to gra o skośnookiego widza rozpocznie się na dobre.

Japończyk (a najlepiej kilku) odnoszący sukcesy UFC to najkrótsza droga odrodzenia tamtejszego rynku. W zasadzie jest to jedyna droga jaką obecnie widzę. Nie jestem bowiem w stanie wyobrazić sobie sytuacji, w której z nikąd pojawia się w Japonii organizacja i przebojem zdobywa serca fanów. Nie widzę też sposobności by jakakolwiek marka poza UFC weszła na tamtejszy rynek i nie traciła pieniędzy. Ani One FC… ani tym bardziej KSW (a i tak szalone pomysły słyszałem) nie zapełnią nawet średnich rozmiarów obiektu w KKW a o dobrych ratingach w TV nawet nie ma co marzyć. Dodając do tego fakt, że Japonia to całkiem inny, mocno specyficzny rynek, zważając na trudności logistyczne, podatkowe i prawne… w końcu mając na uwadze obecności Yakuzy w każdym opłacalnym biznesie w tym kraju można założyć, że plan wejścia na tamtejszy rynek bez odpowiedniego zaplecza  to szaleństwo. Singapurska organizacja (ze względu na lokalizacje) jeszcze mogłaby mieć jakieś szanse, jednak wysyłanie Kawulskiego z Lewandowskim na drugi koniec świata to wyprawa podobna do tej Camerona w głąb Rowu Mariańskiego.

Jedno z japońskich przysłów mówi, że dobre lekarstwo ma zawsze gorzki smak. Trzeba mieć nadzieję na to, że gorzki smak upadku niegdyś największej sceny wszechstylowej walki wręcz jest smakiem lekarstwa, które w niedługim czasie rozejdzie się w daleko azjatyckim krwioobiegu. Trzeba mieć nadzieję, że duch samurajów jaki drzemie w japońskich zawodnikach w nieodległej przyszłości wypełni którąś z amerykańskich aren a to wydarzenie będzie początkiem odrodzenia mieszanych sztuk walki pod cesarskim niebem.

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.