W miniony weekend Ewelina Woźniak odniosła bardzo ważne zwycięstwo na gali Ares FC 7. Jej rywalką była bardziej doświadczona Anastasia Feofanova. W dzisiejszym opracowaniu przyjrzymy się ostatnim walkom Polki i postaramy się odpowiedzieć na pytanie co dalej z „The Mad Queen”?

Wygrany pojedynek z Feofanovą

Ewelina zaczęła go agresywnie. Narzucała rywalce tempo a komentatorzy chwalili ją za to, że atakuje środek, by otworzyć sobie drogę do głowy przeciwniczki. Nasza rodaczka faktycznie bardzo często celowała pojedynczymi kopnięciami na korpus, albo zaczynała kombinację od ciosu z pięści na wątrobę, by później przejść z ofensywą wyżej. Nie tylko w stójce pokazywała wyższość – również parter był pod jej dyktando. W pierwszej odsłonie obaliła oraz przetrzymała Rosjankę na macie. Początek drugiej rundy Ewelina zaczęła od potężnego prawego prostego z nogi zakrocznej. Potem było drugie obalenie i w konsekwencji wypracowania pozycji, duszenie zza pleców. Warto nadmienić, że Feofanova zdecydowała nie odklepywać techniki, przez co została uduszona do nieprzytomności, a sędzia przerwał walkę z własnej inicjatywy, bez żadnego znaku ze strony zawodniczki.

Debiut w ARES FC i pierwsza przegrana

Dla Eweliny Woźniak było to bardzo ważne zwycięstwo. Wcześniej rozpędzona była falą sześciu zwycięstw z rzędu w uznanych, zagranicznych organizacjach takich jak Brave CF czy OKTAGON. Gdy w końcu udało jej się zadebiutować na ciągle przekładanej gali ARES FC. Pod nową/starą banderą – bo kontrakt z ARES podpisany był już w 2020 roku – zmierzyła się z Marią Silvą z Brazylii.

Pojedynek ten nie układał się po jej myśli. O ile w stójce było równo i obie zawodniczki szły cios za cios, przewaga Brazylijki uwydatniła się w parterze. Ofensywnie, gdy w pierwszej rundzie obaliła Polkę i defensywnie, gdy po obaleniu jej, zagroziła Ewelinę poddaniem, wykorzystując ten manewr do szybkiego wstania do stójki. Woźniak jednak miała swoje momenty, zwłaszcza w drugiej rundzie. Nie tylko atakowała mocnymi ciosami, ale pod koniec rundy fantastycznie obaliła rywalkę i założyła jej technikę kończącą. Jednak ciasno zapięte duszenie zza pleców – które większość zawodniczek by dawno odklepało – zostało rozerwane przez Silvę, która tego dnia była bez dwóch zdań w świetnej dyspozycji.

Trzecia runda dla Polki zaczęła się najgorzej jak tylko mogła. Nietrafiony backfist spowodował, że Maria znalazła się za jej plecami. Wystarczyło wyniesienie i walka przeniosła się do parteru, do bardzo niekorzystnej dla Eweliny pozycji. Zgodnie z zasadą „niewykorzystane sytuacje się mszczą”, Woźniak została poddana tą samą techniką, z której rundę wcześniej wyszła Silva. Ewelina swoją przegraną skomentowała słowami:

Wygrać z kimś słabym to nie jest żadna chwała – dlatego ja się tej walki nie wstydzę. Nie wstydzę się tego, że przegrałam, przyjęłam to z pokorą (…) ale mam do siebie żal i niedosyt, bo wiem, że mogłam zawalczyć lepiej.

Co dalej?

Gdy Ewelina Woźniak podpisała kontrakt z ARES, na jej profilu na Instagramie można było przeczytać: „Przez najbliższe 4 walki nie zobaczycie mnie nigdzie indziej, no chyba że w UFC”. Słowa te były bardzo blisko spełnienia, z kilku powodów:

  • ARES nie robi problemów jeśli po wspinającego się w ich rankingach zawodnika upomni się UFC. Kilka zwycięstw w tej organizacji – pomimo kontraktu na cztery walki – mogłoby awansować Ewelinę prosto do pierwszej ligi świata.
  • UFC już wcześniej było zainteresowane Woźniak. Zaproponowali jej udział w Dana White’s Contender Series, czyli serii gal, na której obiecujący zawodnicy walczą ze sobą o kontrakt. Wtedy Ewelina odmówiła, chcąc wejść do UFC frontowymi drzwiami.
  • Sama Maria Silva zwycięstwem nad Eweliną Woźniak zapewniła sobie miejsce na wspomnianej wyżej DWCS. Czyli UFC przyglądało się pojedynkowi i temu, kto wyjdzie z niego zwycięsko. Jeśli Polce zaproponowano więc udział na tej gali znacznie wcześniej, to potencjalna wygrana nad Silvą śmiało mogłaby być pełnoprawną przepustką do UFC.

To moje największe marzenie by trafić do UFC. Będę do tego dążyć i prędzej czy później tam trafię – Ewelina Woźniak, 19.05.2022

Słowa te, wypowiedziane w wywiadzie do naszego redaktora Michała Tuszyńskiego w obecnej sytuacji, gdzie po dwóch ostatnich bojach jest 1-1, wcale nie muszą być tak odległe od spełnienia. Choć porażka zahamowała rozpędzoną Ewelinę, nie jest końcem wszystkiego. To nie boks, gdzie trzeba nabijać bilans. W MMA wystarczy zwyciężyć kilka kolejnych walk, by znów pojawić się na radarze. Jedna przegrana nie przekreśla tego, co osiągnęło się wcześniej. Dobrym przykładem jest tutaj kolega klubowy Eweliny, Mateusz Gamrot. „Gamer” przegrał w swoim debiucie w UFC. Ktoś mógłby powiedzieć wtedy, że dla organizacji jest już spalony. Tymczasem w tylko jeden rok: Jedna, druga, trzecia wygrana i przegrana Mateusza nie ma już żadnego znaczenia, a on sam teraz, w 2022 roku, traktowany jest jako czołówka kategorii lekkiej (#8. pozycja w oficjalnym rankingu UFC na 80. zakontraktowanych w tej dywizji zawodników).

Woźniak przez całą zawodową karierę ani razu nie biła się z rywalką, która ma ujemny bilans – a Šormova, Silva czy Feofanova miały wówczas kolejno: 10-2, 7-0, 8-1, więc całkiem niezłe rekordy o które warto było zacięcie walczyć, bo do UFC czasami trafiają zawodniczki z mniejszym doświadczeniem. Dlatego śmiało można napisać, że jeśli w najbliższej przyszłości wszystko pójdzie po myśli Woźniak, ta jedna przegrana nie będzie miała wielkiego znaczenia. Ewelina Woźniak – podobnie jak Gamrot – po przegranej szybko odbiła się dobrym występem (minęło raptem trzy miesiące od tych dwóch walk). Kafelki w jej bilansie znów świecą na zielono i za rok/dwa, możemy ją zobaczyć w organizacji jej marzeń.

Sztuki walki od 2004 roku. Pierwsza gala MMA - 2007. Instruktor Sportu, czarny pas w nunchaku jutsu. Pasy w Kenpo Jiu Jitsu i Sandzie. Doświadczenie w Boksie Tajskim. Wielokrotny Mistrz Polski w broni białej oraz ekstremalnych sztukach walki (XMA). Mistrz Europy w nunchaku.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.