Święta to okres z którym większość ludzi ma pozytywne skojarzenia. To czas radości i zadumy. Dlatego postanowiłem sporządzić łatwy i lekki w odbiorze tekst traktujący o tym dlaczego kocham MMA. Tak dla kontrastu od ciężkich analiz historii tego sportu. Wpis ten nie ma na celu słodzenia sobie w kręgu zapaleńców „jaki to nasz sport jest fajny”, tylko jest to też okazja by ukazać osobom mniej obeznanym o co tak naprawdę chodzi w MMA i dlaczego dyscyplina ta zdobywa coraz większą popularność na świecie. Jak każde współzawodnictwo, tak i wszechstylowa walka wręcz ma swoje walory, których próżno szukać w innych dziedzinach. Banały, rzeczy oczywiste i odpowiedź na pytanie: za co kocham MMA?

1. Konfrontacja Sportów Walki

Przede wszystkim za idee dążenia do doskonałości w walce. MMA w przeciwieństwie do większości sportów kontaktowych nie ogranicza się ramami, tradycją czy schematem. Dziedzina ta cały czas ewoluuje, poszerza się oraz asymiluje to co skuteczne. Lata pojedynków wyselekcjonowały główne nurty, którymi MMA podążyło, czyli: zapasy, BJJ, boks oraz tajski boks. W początkowych dziejach tego sportu, każdy radził sobie w tym w czym był dobry. Stójkowicz unikał parteru, a parterowiec do niego dążył. Dziś jednak można zauważyć trend unifikacji, który sprawia, że trening jest przekrojowy. To już nie style walczące ze sobą, ale elementy tworzące spójny obraz walki. Można oczywiście być słabszym w jednej lub dwóch dziedzinach. Jednak obecnie w ludzkich szachach, w których figury w oktagonie walczą o dogodną dla siebie pozycję nie może istnieć już tak wielka dysproporcja jaką mieliśmy gdy sport był jeszcze w zarodku. Swoista wyliczanka przypominająca „papier, kamień, nożyce” (grappling, boks, zapasy), to nic innego jak przeciąganie liny przez zawodników o zbliżonych parametrach tam, gdzie sami widzą swoją przewagę. Nie ma granic, nie ma ograniczeń – jest MMA.

2. Piękno

Walka, zwłaszcza ta prawdziwa wcale nie jest piękna. Sprowadza się najczęściej do obalenia przeciwnika i dobicia go uderzeniami. Filozofii w tym nie ma. Jednak pomimo tej teoretycznej brzydoty realnych walk, w MMA bardzo często jesteśmy świadkami ekscytujących lub wręcz niebywałych akcji i zakończeń. Niezależnie od konwencji zbliżonej do realizmu, nie brakuje tu pięknych obrotówek, ciosów o kosmicznej trajektorii czy efektownych poddań. Łączy się to z pojęciem widowiskowości, które przecież tak kochamy w innych sportach. Czym różni się kopnięcie na twarz z odbicia od siatki od gola strzelonego z połowy boiska? W obu przypadkach widownia szaleje, zmienna jest tylko estetyka teorii piękna – a to objawia się nie tylko w skończeniach, ale również w technikach i stylu zawodnika. Tak jak fani podziwiają wspaniałą kontrolę piłki gwiazd typu Ronaldo czy Messi, tak samo do niczego nie można porównać stójki Andersona Silvy, serca Frankie Edgara czy zapasów Caina Velasqueza. Te rzeczy się po prostu docenia.

3. Nieprzewidywalność

W MMA istnieje też składnik zwany nieprzewidywalnością. Człowiek może być pewien wyniku, a walka może toczyć się zgodnie z oczekiwaniami, aż tu nagle sędzia interweniuje, bo przeciwnik wyciągnął poddanie/KO z kapelusza. Walki takie jak Anderson Silva – Ryo Chonan, Tim Sylvia – Antônio Rodrigo Nogueira czy Todd Duffee – Mike Russow udowadniają, że w tym sporcie nie ma rzeczy pewnych oraz trwałych. Można dominować przez trzy, a nawet pięć rund (jak czynił to Cheal Sonnen) i przegrać sekundy przed końcem walki przez dobrze założone duszenie trójkątne. Można wyjść jako mistrz do walki z człowiekiem bez nazwiska i zostać znokautowanym jak to miało miejsce w walce Georgesa St-Pierre’a z Mattem Serrą. Rzeczy te sprawiają, że każda walka jest niepowtarzalna i może zakończyć się na dziesiątki sposobów. Można patrzeć na rekordy, statystyki i kursy u bukmacherów, a mimo to nawet największy dominator może przegrać z początkującym. Mnogość technik, które można zastosować w oktagonie jest tak wielka, że walka jest jednym wielkim znakiem zapytania aż do czasu gongu końcowego. Czy ktoś mógł przypuszczać, że Fujita jest w stanie prawie znokautować wielkiego i niepokonanego Fedora Emelianenko? No właśnie.

4 . Brutalność

Nie oszukujmy siebie ani innych. Lubimy krew. Nie jest to w żadnym wypadku wada. Odpierając jednak na samym wstępie zarzuty zbulwersowanych ludzi pragnę rzec, iż to nasze pokolenie wychowywało się na bajkach typu Tygrysia Maska, gdzie krew lała się strumieniami. To nas poiło kino lat 80/90, które słynęło z przemocy. To my żyliśmy w czasach, gdy kontrola rodzicielska oraz ochrona młodych ludzi przed przemocą nie była jeszcze w takim stopniu zaawansowana. To my graliśmy będąc dziećmi w Mortal Kombat, wyrywając innym kręgosłupy. Jednak żaden z nas nie lata dziś z tasakiem po ulicy. Incydenty takie jak zamach z Denver itd. dowodzą tylko, że psychopaci istnieli od zawsze, a seryjni mordercy to domena każdego pokolenia. Dlatego również i ta nieszczęsna krew w MMA nie jest w stanie wyrządzić nam nieodwracalnych krzywd w psychice. Po obejrzeniu gali kładziemy się spać i na następny dzień wstajemy do pracy. Jest to tylko element dodający pikanterii w sporcie. Ludzie muszą sobie uświadomić, że ta „barbarzyńska rzeź” jest non-stop pod nadzorem lekarzy, a tydzień po walce zwykle nikt już nie ma śladów boju. Nikt również nie cierpi z tego powodu, ani nie walczy za karę, a zakrwawiony zawodnik nie umiera po pojedynku. Każdy kto wchodzi na ring z własnych powodów wybrał taki sposób zarabiania na chleb. Mimo widocznych obrażeń, mieszane sztuki walki są o wiele bezpieczniejsze od boksu w którym aż tyle krwi nie uświadczymy z powodu ograniczonej konwencji. To uświadamia nam, jak bardzo nagonka na ten sport ma swoje fundamenty budowane na piasku. Jak łatwo wysuwać nieprawdziwe tezy tylko z powodu błędnej interpretacji klatki i okazyjnej krwi.

W każdym sporcie kontaktowym możemy ją zresztą uświadczyć. Krew to jedynie element tego sportu, a nie główny cel pojedynków. Jednak abstrahując od tego zagadnienia warto przyjrzeć się również naturze człowieczej. Dawniej ludzie zabijali dla pożywienia, zdobycia lądu, kobiet i z innych błahych powódów. Nie ma dekady, ani nawet choćby tygodnia w którym ktoś nie toczyłby ze sobą wojny! Instynkt mężczyzny zawsze pozostał ten sam – musi walczyć, bo jest drapieżnikiem. Dlatego w zgodzie z własną naturą zasiadamy przed telewizorem i oglądamy walki, nie będąc zakłamanym, że interesują nas motylki i kotki. Mamy o tyle komfortową sytuację, iż żyjemy w cywilizowanych czasach, gdzie nikomu nie robiąc krzywdy możemy obejrzeć starcie wojowników, które jest bezpieczne i zarazem dostarcza niezbędnych emocji. A jeżeli już przy tym jesteśmy…

[youtube id=”4FUR4CdD8Sk” width=”620″ height=”340″]

5. Emocje

walki MMA to nie tylko brutalność, widowiskowość i ogólna rzeźnia – jak wielu stara się widzieć. To również druga strona medalu, ta delikatniejsza. Niejednokrotnie emocje asystujące zawodnikom przed lub po walce to esencja tego sportu, która czasami jest bardziej interesująca niż sama walka. Wzruszenie czy nawet płacz bardzo często towarzyszy zawodnikom w oktagonie. Widok zakrwawionych mężczyzn, którzy przed chwilą wygrali lub przegrali swój pojedynek i ze łzami w oczach opowiadają jak wiele ich to kosztowało, to aspekt człowieczeństwa, który tak mało osób stara lub chce dostrzec. A przecież dzisiejsi wojownicy to nie maszyny bez uczuć. Teraźniejsze MMA jest dziełem ludzi wykształconych. Stąd emocje euforii lub smutku są nieodłączną częścią przedstawienia. Niewątpliwą zaletą tego sportu są wywiady tuż po walce, gdy uniesienie duchowe jest w pełnej krasie. I o to właśnie chodzi w tym wszystkim, by po „barbarzyńskim” laniu się po mordach ukazać swoją człowieczą naturę. Łzy, ucieczki z oktagonu, krzyki radości, „zła krew” przed walką, szacunek po – Te cechy sprawiają, że oglądając zawodników zbliżamy się do nich, utożsamiamy wręcz, a co za tym idzie obdarzamy ich sympatią za charakter, ducha i właśnie emocje którymi z się z nami dzielą.

6. Rodzime MMA

Mimo wielkiej ilości szamba wylewanego obecnie na polskie MMA, warto jednak zwrócić się na chwilę w tę stronę. Problemy Dariusza Ch. z prawem oraz notoryczne postulaty w stronę KSW w celu podwyższenia jakości własnych gal, to chleb, którym w tym roku żywili się fani. Jednak odsuwając na bok te wymiary, to można śmiało rzec, iż za to również kocham ten sport – za polskie emocje, które w największym udziale są zasługą MMA Attack oraz KSW. Fascynuje nas to jak Mamed walczy, śledzimy Janka i żyjemy karierą Materli. Cieszymy się z Polaków w czołowych organizacjach, z oktagonu w Polsce, sędziego Johna McCarthy’ego czy z zagranicznych zawodników u nas. Z drugiej strony żywiołowo reagujemy na Bazelaków i Najmanów czy bzdury nie raz wypowiadane przez szefów organizacji. Nie mówiąc już o kontrowersjach związanych z ostatnimi wydarzeniami w Londynie. Czyli dzieje się i to dzieje się dużo na naszej scenie! Jest o czym rozmawiać. A to również bardzo ważne, iż na naszym podwórku istnieje własne rozwijające się MMA, z problemami, upadkami i sukcesami. Do tego dochodzi baza fanowska, która okrasza swoimi komentarzami niejeden portal o tej tematyce. Wszystko to wskazuje na to, że MMA w naszym kraju żyje i żyć jeszcze będzie przez długi czas.

Każdy może teraz sam sobie odpowiedzieć za co kocha MMA. Mimo banałów, które przytoczyłem, uważam, że są to rzeczy warte napisania, choćby dla formalności ich istnienia. Przy okazji w moim największym marzeniu, ktoś może spojrzeć na nasz sport i zauważyć, że jednak mieszane sztuki walki nie ograniczają się do prymitywnych walk w klatkach. Nie są to pojedynki kogutów, ani boje na śmierć i życie. Może ktoś dostrzeże w tym wszystkim to, co my widzimy, choćby w minimalnej formie. Zapraszam do własnych opinii w temacie „za co kocham MMA”. A poniżej komentarz osób związanych z MMA, których zapytałem o to dlaczego oni kochają ten sport:

Zach Arnold (dziennikarz: FightOpinion.com, FoxSports.com, WrestlingObserver.com)

To przede wszystkim sport z drużynowym duchem, którego esencja krystalizuje dzięki jednostkom podczas walki. Fascynują mnie zarówno kulisy sportu wraz z jego polityką, jak i wszystko to, co dzieje się na ringu czy w klatce. Środowisko MMA przepełnione jest wieloma wspaniałymi historiami i wyzwaniami, lecz łatwo też o sporą dawkę przeciwności losu. Nic nie stoi w miejscu i zawsze dzieje się coś ciekawego a my, bez dokładania większych starań, mamy wiele okazji do poznania ciekawych ludzi, których nie uświadczymy w świecie konwencjonalnego biznesu.

Franciszek Georgiew (dziennikarz: MMAnews.pl)

Mógłbym napisać krótką rozprawkę o tym, jak bardzo kocham MMA za jego wymiar techniczny i ilość parametrów, z których każdy może zadecydować o wyniku walki. Nie skłamałbym ani słowem, bo co może być bardziej ekscytujące, niż świadomość, że nie będzie nigdy mistrzów, którzy nie mieli momentów słabości, albo nie znaleźli się o krok od porażki. Jednak to, co tak naprawdę trzyma mnie przy autentycznej miłości do tego sportu, to perspektywa na przyszłość, która rysuje się przed jego fanami. Nie oszukujmy się, świat jest ponury, a życie ciężkie, ale dla mieszanych sztuk walki zapowiadają się radosne lata. Zawodnicy powoli przestają dostrzegać granice pomiędzy płaszczyznami walki, a nie zobaczyliśmy jeszcze nawet pokolenia wychowanego na nowoczesnym MMA. Mamy też coraz więcej gal o wysokim standardzie, niektóre parę kroków od domu, niektóre w telewizji i internecie, w coraz wyższej jakości i bardziej interaktywnej postaci. Również po zawahaniach na polskim podwórku szykuje się nam bardzo udany rok 2013 – każdy, kto nie jest przekonany niech zagryzie zęby do jesieni i zobaczy to na własne oczy. Przypomnijcie sobie, gdzie był ten sport pięć lat temu i wyobraźcie sobie, co czeka nas za kolejnych pięć. Spodziewam się, że będzie to czas miłości wręcz grzesznej, bo tak łatwej, jak nigdy przedtem. Jedyne, co nam grozi, to przesyt.

Paul Reed (zawodnik: KSW)

Kocham MMA, ponieważ pozwala mi na wyładowanie mojego gniewu (śmiech).

Wojsław Rysiewski (dziennikarz: redaktor naczelny MMARocks.pl)

Myślę, że to co jest najciekawszym elementem MMA jako sportu jest przede wszystkim jego różnorodność i widowiskowość. Niezależnie od tego czy oglądam pojedynki na poziomie UFC czy małe lokalne gale w Polsce, tak naprawdę nigdy do końca nie wiem czego mogę się spodziewać. Od efektownych nokautów, przez błyskotliwe poddania, po ringowe wojny na wyniszczenie. Nie ma drugiego takiego sportu, który pokazywałby z bliska sportowców w tak ekstremalnych sytuacjach. Oglądając po raz kolejny pojedynek Michała Materli z Jay’em Silvą, uświadamiam sobie, że właśnie z powodu takich walk kocham MMA.

W czasopiśmie "Sztuki Walki" zajmował się okazyjną publicystyką. Z uwagi na przebiegunowanie zainteresowań ze sztuk walk ściśle na MMA, zamienił papier na Internet. Zgodnie z dewizą "jak pisać, to dla najlepszych" zwrócił się w stronę MMA Rocks i tak już zostało. Obecnie pracuje jako analityk, prześwietlając przy okazji rywali zawodników z którymi współpracuje.

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.