5usnx055

Fighters Arena nie ma ostatnio łatwego życia. Nie dość, że ich największa gwiazda, w postaci Michała Kity, przegrała swój ostatni pojedynek, a sam organizator nie popisał się stylem, nieco bez przekonania wręczając pas mistrzowski zagranicznemu zawodnikowi – to jakby tego było mało, w środowisku po raz kolejny zawrzało. Wszystko za sprawą zmiany wyniku pojedynku Damiana Milewskiego z Vitorem Nobregą. Jednocześnie rozgorzała dyskusja na temat słuszności w kwestii zmian werdyktów.

Cofnijmy się w nie tak odległą przeszłość. 5 listopada 2011 roku na pierwszej gali MMA Attack pojedynek Borysa Mańkowskiego z Peterem Sobottą zakończył się wygraną tego pierwszego. Nie trzeba było długo czekać na reakcję ze strony sztabu promotorskiego Sobotty, który taką decyzję uznał za krzywdzącą. W mig napisany protest, co do słuszności decyzji doszedł do Dariusza Cholewy, a później wszystko potoczyło się w podobnym tonie, jaki uświadczyliśmy dzisiaj ze strony Fighters Areny. Zebrała się komisja weryfikacyjna i po obejrzeniu zapisu wideo, przyznali… remis. Efektem tych działań było opuszczenie organizacji przez Borysa Mańkowskiego, który jako ostatni dowiedział się o tym, że ktoś wniósł protest oraz że komisja weryfikuje, czy naprawdę wygrał to starcie.

Mamy więc analogiczną – lecz odwrotną pod kątem wyniku – sytuację, gdzie po proteście sztabu szkoleniowego Damiana Milewskiego, werdykt z remisu, zmieniono na wygraną nad Vitorem Nobregą. Czy Damian wygrał tę walkę? Zarówno wygrana Damiana, jak i remis są werdyktami, które można uzasadnić i logicznie obronić.

Jednak pierwsze, co ciśnie się na usta to pytanie, jaki sens mają sędziowie oceniający gale na żywo, skoro można podważyć wynik, a co najważniejsze, zmienić go kompletnie? Walka wyrównana, która nie zakończyła się kontrowersją – a takich walk, gdzie pada albo remis, albo jeden zawodnik minimalnie jest lepszy od drugiego, są już setki, jeśli nie tysiące zarówno w rodzimym, jak i światowym MMA. Nie można zmieniać wyniku tylko dlatego, iż przeanalizowano walkę i uzyskano lepszy obraz tego, było widać na żywo. Przecież to logiczne, że w telewizji na wielkim ekranie zobaczymy więcej niż na żywo, bez pracy kamery, gdzie siatka, słupki, a nawet plecy zawodnika, czasem zasłonią widok. Materiał wideo można zastopować, cofnąć, a co za tym idzie, przeliczyć ciosy i porównać, jaka technika zrobiła więcej szkody: czy zawodnik „A” uderzając w gardę, czy zawodnik „B” od czasu do czasu celniej punktując. Powstaje tutaj paradoks, który jest od wielu lat powtarzany, a który mówi, że jeżeli dochodzi do takich sytuacji, to po co płacić sędziom punktowym za udział w gali? Nie lepiej zebrać ich po zakończeniu, rozdać płyty z zapisem walk i wtedy dać im karty sędziowskie? Wynik byłby na drugi dzień, obiektywny i czysty jak łza.

W żadnej większej organizacji nie ma miejsca na tego typu praktyki. Szczególnie w tej największej z USA, sankcjonowanej przez komisje sportowe. Wynik, nawet krzywdzący, pozostaje wynikiem już do końca. A już w szczególności rezultat, który był wyrównany punktowo na kartach i wizualnie. Idąc tym tropem, na UFC 160 mieliśmy o wiele większe kontrowersje związane, np. z wygraną Bermudeza z Hollowayem. Czy ta decyzja została zmieniona? Nie została, choć ewidentnie po przeanalizowaniu wideo można by było zatwierdzić werdykt w drugą stronę.

I tutaj najważniejsza sprawa. Większość walk można zakwestionować po powtórnym obejrzeniu, a pojedynek oglądany na żywo, a później w domu różni się diametralnie. Każdy o tym wie, kto choć raz był na gali, którą później oglądał w telewizji. Dlatego system weryfikacji powinien istnieć tylko i wyłącznie w przypadku błędów proceduralnych. Inaczej… po co komu sędziowie punktowi?

UPDATE: W związku z niejasnością związaną ze składem komisji weryfikacyjnej, nazwiska sędziów oraz przypisane do nich punktacje walki podamy w późniejszym terminie

Sytuacja związana z Fighters Areną rzuciła tylko kolejną kłodę wizerunkową pod nogi Pana Jesiotra. Niezbyt to ładnie wygląda, jeżeli przypomnimy sobie słowa, które powiedział w trailerze gali o Nobredze, czyli: „był remis, więc teraz czas na porażkę” i to w kontekście tego, iż to on sam zwołał skład sędziowski do weryfikacji punktacji (po wniosku sztabu szkoleniowego Damiana). Również nieprofesjonalnie wygląda to, że pracownik Fighters Areny, Jacek Sarna był w narożniku Damiana Milewskiego. Niestety tego typu rzeczy są tylko wodą na młyn do teorii spiskowych, których już tak wiele pojawiło się w polskim MMA. Jednak trzeba powiedzieć o równie ważnym aspekcie dotykającym Damiana. Dał on naprawdę świetną walkę. Jest to młody i utalentowany zawodnik, który zaskoczył wszystkich na MMA Attack i wciąż zadziwia, będąc niezaprzeczalnie jednym z większych odkryć młodej generacji w MMA. Tym bardziej szkoda, że afera dotyka właśnie jego. Bo werdykt został zmieniony, ale smród pozostaje. Jak to wpłynie na dalsze losy Fighters Areny – trudno stwierdzić. Wiemy natomiast bardzo dobrze, iż tego typu sytuacje są pamiętane przez fanów latami.

W czasopiśmie "Sztuki Walki" zajmował się okazyjną publicystyką. Z uwagi na przebiegunowanie zainteresowań ze sztuk walk ściśle na MMA, zamienił papier na Internet. Zgodnie z dewizą "jak pisać, to dla najlepszych" zwrócił się w stronę MMA Rocks i tak już zostało. Obecnie pracuje jako analityk, prześwietlając przy okazji rywali zawodników z którymi współpracuje.

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.