Foto: Piotr Pędziszewski/MMARocks.pl
Foto: Piotr Pędziszewski/MMARocks.pl

Nie dalej jak pół roku temu, poświęciłem całkiem długi tekst budowaniu popularności mieszanych sztuk walki w Polsce w oparciu o walki celebrytów. Napisałem wtedy między innymi, że owe mocowanie się dziwaków z każdą minutą czasu antenowego krzywdzi tę dyscyplinę bardziej, stwarzając u widza przeświadczenie, że w klatce bądź ringu mieszanych sztuk walki sprawdzić może się każdy – zarówno ten mniej, jak i ten bardziej znany z telewizyjnego odbiornika osobnik. W całej swej naiwności podsumowując ów artykuł wyraziłem nadzieję, iż taki rodzaj promocji wszechstylowej walki wręcz stopniowo będzie zastępowany przez model tradycyjny, sportowy – stawiający na utalentowanych zawodników dających efektowne walki. Nie sądziłem wówczas, że w swym wielkim powrocie druga siła  krajowego MMA upodli ten sport bardziej, niż do tej pory zrobiły to wszystkie inne walki celebrytów razem!

Siedząc w pokoju prasowym podczas sobotniej gali MMA Attack, patrząc przez palce na telewizor, z którego wylewały się wieńczące tę całkiem udaną galę sceny – celowo nie używam słowa cyrk, nie znam osobiście żadnego klauna ani innego pracownika cyrku, więc jakiż miałbym mieć powód do obrażania któregokolwiek z nich? – cieszyłem się z jednej rzeczy. Cieszyłem się, że jestem wśród dziennikarzy, w znacznej części branżowych, znających powody tego żenującego spektaklu… mówiąc krótko – byłem szczęśliwy, że jestem pośród swoich. W myślach dziękowałem opatrzności, iż nie muszę w tym momencie tłumaczyć osobom postronnym – którym przecież jeszcze kilkanaście godzin wstecz polecałem wykupienie transmisji w iPla TV – dlaczego organizacja, którą uznaję za poważną, dopuściła, aby na ich gali miał miejsce ów „gwałt” na wszechstylowej walce wręcz.

Początek mieszanych sztuk walki w Polsce był, jak wiemy, bardzo trudny. Udało się jednak przełamać wiele stereotypów odnośnie walk w klatce, udało się zasiać ziarenko mieszanych sztuk walki wśród rodaków. Teraz trzeba to drobne ziarenko pielęgnować, dbać o nie – ale dbać mądrze! – tak, by go nie zmarnować. Ktoś powiedział kiedyś, że każdy nadmiar szkodzi, a niestety taką politykę wielmożnych zarządców rodzimego MMA obserwujemy już od dłuższego czasu. Zdaje się, że równie wiele energii co w przygotowanie dziesięciu pojedynków sportowych nasi dobrodzieje wkładają w prognozowanie, jakiegoż to nowego celebrytę można by jeszcze wyjąć z ekranu i umieścić w ringu bądź w klatce MMA. Bo cóż z tego, że na Twitterze Martin Lewandowski wyśmiewa “pojedynek” Burneiki z Ozdobą, kiedy jeszcze kilkanaście tygodni temu musiał przekonywać swego wspólnika, że zatrudnienie niejakiego Pawła Raka – aby ten bezwstydnym pejczem smagał wszechstylową walkę wręcz na antenie Polsatu – nie jest pomysłem dobrym. Widać, że chęć zrobienia słupków oglądalności stosunkowo łatwym kosztem ciągle pojawia się u każdego parającego się tym zajęciem. Nic w tym  oczywiście złego, dopóki zatrudnianie tej całej masy bardziej bądź mniej znanych z telewizora osobników przynosi więcej pożytku niż szkody. Bo cóż dobrego z tego oburzenia, mającego na celu wymierzenie słusznego kuksańca konkurentowi, może wyniknąć? Czyżby na naszych oczach dokonywała się mentalna przemiana kreatorów wielkiego MMA w Polsce? Chciałbym tego bardzo, jednak z dalszym osądem wstrzymam się, aż nie poznam kolejnych ruchów rywalizujących ze sobą organizacji.

O tym, jak Ozdoba ozdobił trzecią galę MMA Attack pisać nie mam zamiaru – koń jaki jest każdy widzi… zapytać należy jedynie, czy aby nie jest to przypadkiem Incitatus, koń cesarza Kaliguli. Ozdoba nigdy nie był zawodnikiem jakiegokolwiek sportu walki, podobnie jak i Burneika, a wraz z nimi szereg innych wojowniczych celebrytów ninja. Nikt, za żadne pieniądze, nie zrobi z nich wojowników i dziwię się, że przed tym “starciem” pojawiały się jakiekolwiek głosy akceptacji takiego zestawienia. Od samego początku można było się domyślać, że będzie kupa śmiechu – na co zapewne liczył Dariusz Cholewa – niestety dla widzów, z tego powiedzenia pozostał jedynie pierwszy człon, bo śmiechu tam raczej za wiele nie było.

Przykład efektywnego  zestawiania walk mieliśmy na KSW 19, kiedy na plechach Mariusza Pudzianowskiego wybił się, niemal dosłownie, Michał Materla. Wspaniały pojedynek z Jay’em Silvą zaprocentował “przejęciem” znacznej części fanów, którzy usiedli przed telewizorami dla byłego strong-mana. Niesamowitym było obserwować wielokrotny wzrost popularności fanpage’u Michała na Facebooku – być może nie najlepszy sposób badania popularności, jednak w tym przypadku bardzo “namacalny” – w przeciągu zaledwie kilku dni po gali. Oczywiście na taki efekt wpływ ma wiele czynników, nie jest to jedynie kwestia odpowiednio dobranej karty walk. To splot wielu rzeczy, od zaangażowania samego Materli przez czynniki losowe, jednak ostateczny efekt KSW 19 dla promocji sportu był znakomity. Zyskał Materla, zyskało KSW, zyskało MMA. I chodzi właśnie o to, aby tak wyważyć “marketingową walkę wieczoru” – jak ostatnio ładnie określa się walki dziwaków – aby pomogła możliwie jak najmniej szkodząc. W przypadku MMA Attack 3 mam wrażenie, że końcowe słabe fajerwerki przysłoniły całe wcześniejsze przedstawienie.

Czy doczekamy się więc mądrego i regularnego matchmakingu po obu stronach barykady dzielącej polskie MMA? Jest nadzieja. Reakcja społeczności na sobotnie wydarzenia była bardzo jednoznaczna. Fani zdają się krzyczeć: “nigdy więcej takich walk” – i krzyczą głośno.

Chief Financial Officer | Shareholder of MMAROCKS. Columnist. Does not avoid political topics. Radical for Capitalism.

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.