Poniżej podsumowanie dziewięćdziesiątej gali UFC napisane wspólnymi siłami Tidzeja, który napisał główną część artykułu i moimi (fragmenty kursywą).

Dopóki nogi trzymały Patricka Cote (14-5) w jego walce z Andersonem Silvą (23-4) wszystko było w porządku. Jednak po 39 sekundach trzeciej rundy kolano Kanadyjczyka wyskoczyło ze swojego miejsca. Wraz z Cote runął entuzjazm wywołany przed dotychczasowe pojedynki UFC 90. Walka, w której niemal wszyscy przepowiadali rychłą klęskę Kanadyjczyka nie do końca tak wyglądała. Silva z pewnością wygrał obydwie rundy, zresztą ofensywa Cote ograniczyła się do leg-kicków i zdaje się dwóch ataków łokciem. Cote podbudowuje się tym, że dotarł z Silvą do trzeciej rundy ale dotarł tam jako najbardziej pasywny i zachowawczy z przeciwników Silvy w UFC. Opinie są podzielone co do zachowania Andersona w tej walce, osobiście uważam, że gdyby naprawdę chciał to potrafiłby skończyć Cote. Owszem Kanadyjczyk ma szczękę, której nie powstydziłby się Mark Hunt i ciosy, które przyjął w drugiej rundzie (lewy prosty, kolano, high-kick oraz kolana na korpus, które chyba najbardziej odczuł) nokautowały Lebena, powalały Hendersona i masakrowały twarz Franklina. Nie mówię, że Anderson zlekceważył Cote ale moim zdaniem nie postrzegał go jako groźnego przeciwnika kiedy już zaczęła się walka, zwłaszcza widząc jaki gameplan obrał jego rywal. Stąd zachowania jak przebieżki po oktagonie, oferowanie dłoni i ruchy rąk jak z Hokuto no Ken. Odtrąbienie wytrzymania ponad 10 minut w klatce z Silvą Cote przepłacił kontuzją kolana a po walce nic nie każe mi myśleć, że sobotni pojedynek obnażył jakieś słabości „Pająka”.

Czy jakby Silva chciał to potrafiłby skończyć Cote? Moim zdaniem Pająk chciał skończyć tę walkę, ale styl jego oponenta nie pozwalał mu rozwinąć skrzydeł. Nie dość, że Kanadyjczyk prawie nie atakował, bo ciężko nazwać atakiem low-kicki, markowanie lewych prostych i dwa czy trzy pojedyncze obszerne prawe cepy, to jeszcze jak już Silva trafił to ciosy zupełnie nie robiły na Patricku wrażenia. Wbrew temu co piszą niektórzy walka wcale nie była taka zła, ale po prostu Anderson trochę za bardzo nas rozpieścił poprzednimi pojedynkami. Poza tym muszę przyznać, że po raz pierwszy w odbiorze walki przeszkadzała mi zgodnie uznana za jedną z najgorszych w historii publiczność w Chicago, jak ktoś chcę naprawdę docenić ten pojedynek polecam obejrzeć go jeszcze raz z wyłączonym głosem. Jakie wzywania ma przed sobą teraz najlepszy zawodnik na świecie? Prawdopodobnie kolejną wycieczkę do kategorii półciężkiej i być może pojedynek z Liddellem w Londynie, w średniej pierwszym kandydatem będzie chyba Okami, który powinien poradzić sobie z Listerem, chociaż UFC broni się przed walką Silva vs. Okami jak tylko może. Cote czeka na razie artroskopia kolana i osiem miesięcy przerwy.

To czego nie pokazał Anderson nadrobił swoją walką Thiago Alves (16-3) pokonując decyzją sędziów Josha Koschecka (11-3). Thiago pokazał już jak jest groźny w walce z Hughesem ale Koscheck, nawet walczący z dwutygodniowym wyprzedzeniem, był dla niego stylistycznie trudniejszym przeciwnikiem dysponując lepszą stójką i zapasami niż były mistrz wagi półśredniej. Pomimo iż zabrakło definitywnego rozstrzygnięcia tej walki Alves wypadł w niej jeszcze lepiej niż w czerwcu w Londynie. Koscheck nie potrafił ani razu obalić Brazylijczyka a w stójce, choć pokazał kilka całkiem udanych kombinacji, został wyraźnie pokonany. Już od pierwszych sekund Alves nie bał się atakować kopnięciami i po 15 minutach walczył z wyraźnie kulejącym Koscheckiem, co więcej, leg-kicki często otwierały drogę do kolejnych ciosów jak kolano w trzeciej rundzie, dzięki któremu był bardzo blisko nokautu. Koscheck wytrwał cały kwadrans ale nie mogło być wątpliwości kto był zwycięzcą walki.

Alves zdecydowanym zwycięstwem zapewnił sobie walkę o pas, ale biorąc pod uwagę, że pojedynek St. Pierre’a i Penna jest dopiero pod koniec stycznia, Thiago zawalczy jeszcze raz zanim dostanie szansę zdobycia tytułu. Raczej nie będzie to Sanchez, bo po co psuć Diego rekord, stawiam na kogoś na poziomie Chrisa Wilsona, Rory’ego Markhama lub Ryo Chonana. Plany Koschecka, który mimo, że nie obalił ani razu Alvesa na prawdę wypadł całkiem solidnie, są dość jasne, jeśli nie odniósł żadnej większej kontuzji to czeka go walka wieczoru na UFC: Fights for Troops w grudniu z Yoshiyuki Yoshidą.

Gray Maynard (6-0) nadal pozostaje niepokonany ale styl w jakim wygrywa ostatnio walki pozostawia coraz więcej do życzenia. Z Richem Clementim (32-13-1) próbował przetestować swoją stójkę, ale szybko uznał, że to nie dla niego i przeniósł walkę do parteru gdzie praktycznie, pomijając małe przerwy, toczyła się do końca. Maynard sprawnie poprawiał pozycję i nie dawał się poddać czy przetoczyć prawie do samego końca ale jeśli chodzi o ground-and-pound to Maynard pokazał go o wiele za mało. Clementi po spędzeniu jakichś 10 minut na plecach zupełnie na takiego nie wyglądał. Maynard ma spory potencjał ale do jego zrealizowania jeszcze długa droga.

Jednowymiarowość Maynarda sprawi, że raczej nie dostanie pojedynków z najlepszymi w najbliższym czasie, chociaż chyba dobrym dla UFC rozwiązaniem byłby jego pojedynek z Huertą, jeśli wygra to dokończy zemstę Dany na niezadowolonym z płacy gwiazdorze, jak przegra to też dobrze, bo na jakiś czas nudziarz będzie z dala od czołówki. Clementi na razie ma zagwarantowane ciepłe miejsce gate-keepera w kategorii do 155 funtów.

Jeszcze zanim Silva i Cote założyli rękawice największą sensację wieczoru sprawił Junior dos Santos (7-1) nokautując w niespełna półtora minuty jednego z najlepszych zawodników wagi ciężkiej UFC Fabricio Werduma (11-4-1). Joe Silva sprawnie rozwiązał kłopot z Werdumem, który do tej pory był piątym kołem u wozu jeśli chodzi o rywalizację o pas. Werdum, jak wielu grapplerów przed nim, za bardzo uwierzył w swoją stójkę i po byle jakim overhandzie nadział się na kontrę z podbródkowego, który posłał go na matę na miejscu. Jeszcze w lipcu waga ciężka w UFC wyglądała fatalnie ale od tego czasu pojawiło się w niej wiele nowych twarzy, które mogą namieszać i „Cigano” teraz do tego grona dołącza.

Jeszcze w sumie niesprawdzonego Santosa UFC będzie chciało przetestować pewnie najpierw stójce, więc kolejnymi przeciwnikami mogą być Kongo, Hardonk, Herring albo zdecydowanie łatwiejsi Wain lub Evensen. Jak Tidzej słusznie zauważył przegrana Werduma jest na rękę UFC, myślę, że to też doskonała okazja, żeby sprawdzić, któregoś z dwójki Carwin, Velasquez jak poradzi sobie z topowym zawodnikiem.

W pojedynku otwierającym transmisję dwóch topowych zapaśników: Sean Sherk (33-3-1) i Tyson Griffin (12-2) zdecydowało się na pokazanie co potrafią stojąc. Zarówno jeden jak i drugi notorycznie walczyli z przeciwnikami o większym zasięgu więc kiedy wystawiono ich przeciwko sobie wreszcie można było zobaczyć całą gamę ich umiejętności. Jak się okazało to Sherk był lepszym stójkowiczem, składał lepsze kombinację, był lepiej przygotowany kondycyjnie i, póki którykolwiek z fighterów miał ochotę na zapasy w pierwszej rundzie, dwa razy miał plecy Griffina. Zawodnik Xtreme Couture miał swoje momenty ale jedyna rzecz w której był stale lepszy to kopnięcia w nogi, ale jeśli ktoś nie kopie jak Thiago Alves to ciężko mu wygrać walkę to jedną techniką. Podobnie było tym razem bowiem Sherk wyszedł z klatki jako zwycięzca po jednogłośnej decyzji sędziów.

Podobnie jak w wadze półśredniej pojedynek GSP vs. Penn zablokował trochę rywalizację w kategorii lekkiej. Nawet jak w listopadzie Florian wygra ze Stevensonem to trudno się spodziewać, że będzie czekał pół roku na walkę o pas, dlatego logicznym wydaje się zestawić zwycięzcę tego pojedynku z Sherkiem. Szczególnie rewanż krwawej walki z Florianem można całkiem nieźle sprzedać jako drugi pojedynek wieczoru. Co czeka Tysona? Kolejnych kilka prowadzonych w szybkim tempie walk zakończonych decyzją, może Franca, może Huerta, może Wiman (jak wygra z Edgarem), a w oddali pojedynek z Nate’em Diazem, który ma do niego jakiś problem od kiedy Tyson opuścił północną Kalifornię.

Wśród walk nie przeznaczonych do transmisji Thales Leites (14-1) szybko poddał duszeniem zza pleców Drew McFedriesa (7-5). Shannon Gugerty (11-3) sprawił sporo problemów Spencerowi Fisherowi (22-4) przez dwie wyrównane rundy ale w końcu przegrał przez trójkąt w trzeciej. Dan Miller (10-1) uporał się z nieco niekonwencjonalnymi technikami BJJ w wykonaniu Matta Horwicha (22-11-1) i zwyciężył przez decyzję sędziów. Marcus Aurelio (16-7) przez dwie rundy nie potrafił znaleźć odpowiedzi na stójkę Hermesa Franci (19-7) a kiedy udało mu się wykonać obalenie w trzeciej rundzie nie utrzymał tej pozycji wystarczająco długo, żeby wykonać jakąś technikę. Franca pokonał swojego byłego nauczyciela przez jednogłośną decyzję. Podobnym werdyktem zakończyła się pierwsza walka wieczoru, w której Pete Sell (8-4) przetrzymał ataki Josha Burkmana (18-8) w pierwszej rundzie i potem przejął kontrolę kiedy przeciwnik już się zmęczył notując swoje ledwie drugie zwycięstwo w UFC.

Z walczących poza PPV Leites jest najwyżej notowany, do walki o pas jeszcze mu trochę brakuje, szczególnie, że McFedries to o klasę słabszy przeciwnik, dlatego Thales musi jeszcze trochę popracować na swoją pozycję, być może ze zwycięzcą pojedynku Quarry vs. Maia, może z Reljicem lub z Danem Millerem, który bardzo udanie zaprezentował się dwóch walkach w UFC i jego pojedynek z Leitesem byłby na pewno ciekawy. Spencer Fisher potwierdził swoją rolę gate-keepera dywizji lekkiej, o pracę spokojni mogą też być Franca, Horwich (który, może dać wiele świetnych walk wadze średniej), Gugerty i Sell. W gorszej sytuacji są Burkman, który nie dość, że nie wygrywa to nie jest zbyt porywający i Aurelio, który jak na poziom jaki prezentuje za dużo kosztuje (40 tys. + 40 tys.). McFedries chyba nie ma w planach trenować parteru, dlatego pewnie dostanie wolne na zanotowanie kilku efektownych nokautów na mniejszych galach.

Mimo tego, że walka wieczoru nie zakończyla się po myśli UFC (czyli spektualrnym nokautem) ogólnie gala to dość spory sukces. Hala została wyprzedana w całości (15359 widzów), a wpływy z biletów wyniosły 2.8 mlin $ co jest rekordem Allstate Arena i jednocześnie czwartym wynikiem UFC w tym roku (za UFC 83, 84, 86). Wszystko wskazuje na to, że gala sprzedała się też świetnie na PPV, Countdown w Spike TV obejrzała rekordowa liczba 796 tys. widzów, co oznacza, że liczba sprzedanych PPV mogła przekroczyć nawet 600 tys. Zresztą w przypadku Silvy, który zwykle sprzedaje ok. 300 tys. PPV nawet bardziej prawdopodobny wynik nieznacznie powyżej pół miliona to ogromny sukces.

Na koniec jeszcze podsumowanie typów redakcji

defthomas 7/10

Tidzej 8/10

Venom 8/10

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.