Plakat na grudniowe UFC z Liddellem i Griffinem był zaprojektowany już od dawna, kontrakty zostały spisane i brakowało na nich tylko podpisów zainteresowanych. Dla pracowników Zuffy zwycięstwo Chucka było najpewniejszą rzeczą we wszechświecie. Nawet Dana White wygadał się jeszcze przed galą mówiąc, że kiedy (nawet nie jeśli) Chuck wygra to czeka go walka o pas. Ale jak niemal wszystkie plany prezydenta UFC, które wyjawia szerszej publice zanim wszystko jest doklepane, ten również puszczono z dymem.

Mogłoby się wydawać, że po walce z Wanderleiem Silvą w grudniu 2007 Liddell wyciągnął odpowiednie wnioski ze swoich porażek i pokazał wszystkim, że jest kompletnym zawodnikiem. W walce z Rashadem wrócił jednak do swojego starego jednowymiarowego stylu i zapłacił cenę. Greg Jackson raz już rozgryzł styl Liddella i, jak powiedział sam Evans po walce, Icemana trzeba pokonać w stójce wykorzystując jego otwartą (albo wręcz brak) gardę a obalenia to tylko recepta na szybkie zmęczenie się. Rashad wykorzystał pierwszą rundę by znaleźć odpowiedni dystans i kiedy to mu się udało w drugiej rundzie momentalnie zaczął trafiać Liddella w niemal każdej wymianie. Mało tego, że Evans, który miał by w tej walce znokautowany, sam zgasił światła swojego przeciwnika w brutalny sposób, zrobił to tym samym „overhand right”, który przyniósł Liddellowi tyle zwycięstw.

Kiedy Goldberg i Rogan przytaczali przed walką statystyki pomyślałem do siebie, że 60% sukcesu przy obaleniach to nie jest zbyt dużo, zwłaszcza dla kogoś jak Evans, który przecież jest zapaśnikiem (GSP i Fitch zdaje się obydwaj mieli powyżej 75%). Okazało się to zupełnie nieistotne bo Evans pokazał, że potrafi wygrać ważne walki bez posiłkowania się swoimi zapasami i zaprezentował się z zupełnie innej strony niż w walkach z Ortizem i Bispingiem. Patrząc dzisiaj na tamte dwie walki aż dziw bierze, że Evans chciał te walki wygrać na macie, a jeśli jego stójka poprawiła się tak znacząco przez 10 miesięcy oznacza to, że Rashad ma ogromny potencjał.

Kilka razy już pisałem, że walka Franklina jest dla mnie co najmniej zastanawiającym match-up’em. Rich wypadł świetnie pokazując swoją wszechstronną stójkę na tle dość schematycznego przeciwnikia jakim był Matt Hamill a skończenie walki przez kopnięcie w żebra byłoby warte nagrody za nokaut wieczoru na wielu innych galach. Mimo to, jak przyznał sam Franklin, Hamill bynajmniej nie jest czołowym zawodnikiem w wadze półciężkiej ale jeśli Ace nie jest zachwycony perspektywą siłowania się z zawodnikami większymi od siebie to ciężko mi znaleźć powody, dla których powinien pozostać w tej dywizji. Zwłaszcza jeżeli inni zawodnicy będą chętniej wykorzystywać swoją przewagę w zapasach niż Hamill, który praktycznie zrezygnował z obaleń.

Zdaję sobie sprawę, że Franklin nie chce być odźwiernym wagi średniej ale czy nie pełni teraz tej samej roli wagę wyżej? Jest przynajmniej dwa zwycięstwa od walki o pas a waga półciężka jest obstawiona silniej niż „ścieżki zdrowia”. Henderson, Marquardt i Filho – to trójka przeciwników z którymi Rich powinien się zmierzyć (i żaden z nich nie będzie walczył o pas w najbliższej przyszłości), żeby pokazać, że jest #2 w wadze średniej na świecie i gdyby nie Anderson Silva to on byłby na szczycie. Nawet jeżeli Franklin wygrałby wszystkie 3 walki to daje to minimum 9 miesięcy w ciągu których ktoś może, może jakimś przypadkiem, pokona Andersona. Jeśli nie to dopiero wtedy niech Franklin wybiera się na podbój wyższej wagi.

Przykład przysłowiowych „szachów” dali w swojej walce Dan Henderson i Rousimar Palhares. Brazylijczyk próbował każdego sposobu na sprowadzenie walki na matę podczas gdy Henderson używał swoich zapaśniczych umiejętności by utrzymać walkę w stójce. Partię wygrał Amerykanin i uczynił pierwszy krok na drodze do rewanżu z Andersonem. Sama walka nie należała do wybitnie emocjonujących ale wspomniana dynamika spowodowała, że oglądało się ją z nieco większym niż zwykle zaciekawieniem. Henderson trzymał się gameplanu i dał dobry występ, Palhares może być zadowolony z tego, że dotrwał do decyzji bo jego szczęka została solidnie sprawdzona. Wytrzymałość Toquinho oraz to, że kilka razy potrafił obalić Amerykanina, w tym raz przez efektowny slam, każą myśleć, że ten zawodnik ma przed sobą udaną przyszłość w UFC.

Z trzech „ofiar” Andersona Silvy na UFC 88 najlepiej wypadł Nate Marquardt. Pochodzący z Wyoming zawodnik nic nie robił sobie z, wydawałoby się, trudnego stylistycznie przeciwnika jakim był dla niego Martin Kampmann i zbił go jakby Duńczyk był mu winny pieniądze. Kop w głowę po 45 sekundach zasygnalizował początek końca. Kampmann, który pokazał, że potrafi przetrwać ciężkie momenty, wytrzymał tym razem tylko 37 sekund będąc absolutnie bombardowanym przez Marquardta dopóki nie miał dość. Nate pokazał, że kiedy nie traci w punktów w głupi sposób jest jednym z najlepszych zawodników w wadze średniej i chyba można uznać jego walkę z Leitesem za wypadek przy pracy.

W swojej drugiej walce w oktagonie Dong Hyun Kim niemal w niczym nie przypominał fightera który zmiażdżył Jasona Tana. W sobotniej walce z Mattem Brownem paliwa starczyło mu na 5 minut i tylko temu, że Brown również się zmęczył pod koniec walki zawdzięcza zwycięstwo. Tym niemniej nie było w tym zwycięstwie absolutnie nic kontrowersyjnego – Brown wygrał drugą rudnę a Kim pierwszą i trzecią. Na szczęście tylko Joe Rogan i Cecil Peoples mają inne zdanie, co ciekawe jednak nawet Peoples przyznał trzecią rundę Kimowi, według niego Matt Brown wygrał rundy numer dwa i jeden co najlepiej zostawić bez dalszego komentarza. Kim z pewnością jest utalentowanym i ważnym z marketingowego punktu widzenia fighterem ale UFC musi dać mu czas na rozwój i nie rzucać go na zbyt głębokie wody.

Kurt Pellegrino wygrał walkę z Thiago Tavaresem inkasując przy okazji premię za walkę wieczoru. Pellegrino posyłał Tavaresa na deski aż trzy razy w pierwszej rundzie, potem zrobił sobie 5 minut przerwy ale postawił kropkę nad i wygrywając rundę trzecią. Pojedynek słusznie został nagrodzony ale z drugiej strony nie była to walka o której będą pamiętać za kilka tygodni. Amerykanin potwierdził, że w wadze lekkiej należy się z nim liczyć podczas gdy Tavares zawiódł w kolejnej walce z trudniejszym przeciwnikiem.

Zawodowy kolekcjoner bonusów Jason MacDonald (dostał już 4 przy 8 występach w UFC) odbił sobie porażkę z Demianem Maią na Jasonie Lambercie. Lambert, mimo zejścia do wagi średniej, nie wydawał się silniejszy od przeciwnika a jego ofensywa ograniczyła się do prób gilotyny. MacDonald wytrzymał duszenie i w drugiej rundzie nie dał już Lambertowi szans szybko go poddając. Kanadyjczyk miał już swoje wzloty i upadki ale od drugiej walki z Doerksenem widać u niego postęp w stójce a umiejętności w parterze, przynajmniej atakując, nigdy mu nie brakowało. Pewnie nigdy nie będzie walczył o tytuł ale to solidny przeciwnik i jego walki niemal zawsze są ekscytujące.

Mike Patt nie zabawił w swoim debiucie w UFC zbyt długo przeciw Timowi Boetschowi. Patt, czarny pas BJJ (i przykry przykład na dewaluacje tego osiągnięcia w dzisiejszym MMA), nie potrafił sprowadzić przeciwnika do parteru i nadział się dwa razy na tą samą kombinacje, która za drugim razem zakończyła jego wieczór. Boetsch nadal jest sporą niewiadomą, jedyne jego zwycięstwa w UFC odniósł nad przeciwnikami, którzy nie koniecznie byli na poziomie tej organizacji. Nie wymagam żeby walczył z kimś z pierwszej dziesiątki, ale starcie z sprawdzonym weteranem pokazałoby na co go właściwie stać.

Werdykt w walce Kima z Brownem był sprawiedliwy ale UFC 88 nie obyło się bez kontrowersji sędziowskich. W pierwszej walce wieczoru Ryo Chonan i Roan Carneiro wygrali po rundzie. Mi osobiście wydawało się, że w ostatnich 5 minutach to Brazylijczyk zrobił wystarczająco dużo, żeby wygrać ale dwójka sędziów inaczej zinterpretowała wydarzenia. Przynajmniej runda była wyrównana i przyznanie jej Chonanowi nie jest jakąś ogromną zbrodnią ale, jak powiedziałem, zwycięstwo raczej należało się Brazylijczykowi. Nawet z tym zwycięstwem Chonana czeka zapewne kolejna walka zagubiona gdzieś w gąszczu undercarda z kimś z niższych stref drabinki wagi półśredniej.

Po zakończeniu walk okazało się, że na tej gali „breakthrough” był tylko jeden ale za to w jakim stylu. Gdyby nie niespodziewany rezultat walki wieczoru UFC 88 byłoby jedną z bardziej przeciętnych, żeby nie powiedzieć – brytyjskich, gal Zuffy. Z jednej strony Rashad Evans upewnił się, że o tym wieczorze będzie się jeszcze mówić przez długi czas z drugiej jednak strony każdy kto widział twarz Dany White przez ten ułamek sekundy kiedy pokonany Liddell wychodził z klatki wie dokładnie jak bardzo zarząd UFC cieszy się z tego rezultatu. Zupełnie jakby ogłoszony powrót Couture’a wyssał całą energię z tej gali.

Luźne obserwacje:

– Rozumiem, że Henderson nie lubił przydomka „Hollywood”, ale nie wiedziałem, że gardzi też „Dangerous”. Tak czy inaczej „Hendo” naprawdę nie daje rady.

– Publiczność w Atlancie była fatalna. Pomijając skandowanie „USA” buczeli po kilku sekundach bez akcji i nie wydawali się zbytnio wciągnięci w to co się dzieje. Publiczność z Minnesoty w porównaniu z nimi to skarb.

– Lokalni celebrities też się za bardzo nie palili to przyjścia na galę skoro realizator musiał pokazywać typów z TapOut aż dwa razy.

– Na galach bokserskich sędziowie mają koszule i muszki. W UFC Mario Yamasaki ma ortalionowy dres.

– Matt Brown to, Matt Brown tamto, Matt Brown wykonuje head-kick, Matt Brown jest strasznie twardy, Matt Brown, Matt Brown, Matt Brown… Dość! To był chyba najbardziej stronniczy komentarz walki od Liddella z Wandem. Rogan z Goldbergiem się wybitnie nie popisali.

Poprzedni artykułKSW EXTRA: Czech za Czecha!
Następny artykułKrajobraz po UFC 88
Jedyny człowiek na świecie, który wkręcił się w MMA walką Arlovski vs. Eilers. Poliglota. Entuzjasta i propagator indonezyjskiego przemysłu tekstylnego. Warszawiak od kilku pokoleń i dumny z tego faktu. Nie zawsze pisze o sobie w trzeciej osobie ale kiedy to robi jest to w polu biografia na MMARocks.pl

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.