Rok 2007 kiedy dobiegł końca został szybko okrzyknięty „rokiem niespodzianek”. Zobaczyliśmy wtedy dwa nokauty gwiazd PRIDE autorstwa Sokoudjou, Kieth Jardine pokonał Liddella, Gonzaga pokonał Crocopa własną bronią i Matt Serra jakimś cudem wygrał z GSP. Mijający rok wydawał się znacznie spokojniejszy i bardziej przewidywalny aż do 27 Grudnia, kiedy znowu mogliśmy się przekonać o prawdziwości jednego z truizmów o MMA, że każdy może wygrać z każdym.

Tidzej: Forrest Griffin (16-5) był znany z świetnych występów przeciw wyraźnie faworyzowanym, przynajmniej u bukmacherów, rywalom. Udoskonalił tą sztukę do tego stopnia, że w walce przeciw Rashadowi Evansowi (13-0-1) byli tacy, co uważali, że Griffin znów znajdzie jakiś sposób by pokonać swojego oponenta. Podobnie jak w walce z Jacksonem Forrest oparł ciężar swojego ataku na niskich kopnięciach, których Evans ani specjalnie nie blokował, ani nie próbował wyłapać i uzyskać obalenie. Rashad zaczął powoli wyczuwać dystans w drugiej rundzie, w której Griffina trafiał zdecydowanie częściej ale broniący tytułu mistrzowskiego Griffin wyprowadzał znacznie więcej ciosów i pod sam koniec rundy trafił supermana. Po dwóch rundach Griffin najprawdopodobniej prowadził 20-18. Na początku trzeciej rundy Evans wreszcie wyłapał low-kicka i powalił Griffina przedramieniem. Natychmiast zaczął ground-and-pound i już w tym momencie wydawało się, że był bliski skończenia walki ale po kilku sekundach Griffin wziął przeciwnika do pełnej gardy i nieco uspokoił sytuację. Jak sam zauważył po walce jego garda była jednak dość pasywna – Griffin koncentrował się na kontrolowaniu nadgarstków Rashada i, zdaje się, czekaniu na stand-up ze strony sędziego. Nie doczekał się bo zostawiwszy prawą rękę Evansa samą sobie na chwilę dał się trafić wystarczająco mocno, co załamało jego obronę po czym kolejne ciosy zmusiły sędziego do przerwania walki. Tym zwycięstwem Evans został trzecim mistrzem wagi półciężkiej w tym roku i niewykluczone, że w tej niesamowicie wyrównanej dywizji równie dużo zmian właściciela pasa będzie w 2009.

Venom: Nie ma wątpliwości, że Rashad Evans to jeden z najlepszych zawodników tego roku, a Greg Jackson to zdecydowanie najlepszy trener w USA. Metamorfoza Sugara jest zadziwiająca, z dość jednowymiarowego zwycięzcy jednego z najgorszych sezonów TUF (z 9 zawodników wagi ciężkiej, którzy pojawili się w programie, w UFC zostało tylko dwóch, nota bene obaj walczą w półciężkiej) stał się niezwykle groźnym uderzaczem, z piekielną siłą w rękach, cały czas mocnymi zapasami i obroną przed poddaniami. Pamiętam jak przed UFC 78 Dana White przekonywał nas, że pojedynek Evans vs. Bisping to starcie czołowych zawodników w wadze do 205 funtów, wtedy chyba nawet sam prezydent UFC w to nie wierzył. Kto jako pierwszy spróbuje odebrać koronę Rashadowi? Logicznym wyborem wydaje się Rampage, ale sprawę komplikuje jego proces, który zacznie się na początku roku. Joe Silva poczeka też chyba na wynik brazylijskiego starcia Thiago Silva vs. Lyoto Machida, jeśli ten drugi wreszcie wygra efektownie, to może być to najlepszy moment na walkę o pas dla Dragona. Zarówno Rampage i Machida to bardzo wymagający przeciwnicy dla nowego mistrza i wcale niewykluczone, że w 2009 roku właściciel pasa w tej kategorii będzie się zmieniał równie często co w tym roku.

Jeżeli chodzi o Forresta to jest to nadal znakomity zawodnik, wygrywał pojedynek ale popełnił błąd. Moim zdaniem za bardzo uwierzył w swoją, chwaloną przez wszystkich gardę i zamiast próbować uciekać do stójki chciał się pochwalić swoim BJJ, dał się trafić i po raz kolejny pokazał, że szczęka nie jest jego atutem. Teraz czeka go dłuższa przerwa, ponieważ według mmaweekly złamał rękę, na razie nie wiadomo jak poważna jest ta kontuzja. Z ciekawych walk, które może dostać w okolicach połowy roku są na pewno rewanże z Rampage’em i Jardine’em lub ewentualne mega-starcie z Liddellem.

Tidzej: Niezależnie od tego jak dalej potoczą się losy Franka Mira (12-3) w sobotę dołączył on do bardzo ekskluzywnego grona zawodników, którzy pokonali Antonio Rodrigo Nogueirę (31-5-1, 1 NC) i jako pierwszy zrobił to przed czasem. Ciosy skutecznie wyprowadzone przez Brazylijczyka, który miał być lepszym strikerem w tej walce, można spokojnie policzyć na palcach obu dłoni. Mirowi do światowego poziomu w stójce też jeszcze sporo brakuje ale pamiętając, że do tej pory jego najlepszymi uderzeniami była kombinacja trzech ciosów na Wesie Simsie to postęp jest ogromny. Amerykanin regularnie trafiał podbródkowym, trzymał dystans kopnięciami i posyłał Nogueire na deski lewym overhandem, na którego weteran PRIDE nie miał odpowiedzi. Pierwszą rundę Mir spokojnie wygrał 10-8 zaliczając dwa knockdowny, w drugiej Nogueira wyglądał nieco żywiej, ale po raz kolejny nadział się na wspomniane lewe i runął na deski. Mir tym razem postanowił nie przerywać ataku i poprawił ground-and-pound notując zwycięstwo przez TKO. Dzięki temu Mir nie tylko wrócił do poziomu sprzed wypadku ale wręcz stał się lepszym fighterem. Jeszcze dwa lata temu wszyscy skreślali Mira po upokarzających występach przeciwko Pe de Pano i Verze.

Venom: W starciu z Nogueirą nie dawałem Mirowi żadnych szans, wydawało mi się, że w żadnej płaszczyźnie nie ma przewagi na Brazylijczykiem. Frank tą walką pokazał jak bardzo się myliłem, przede wszystkim jak sam trochę zarozumiale powiedział podczas jednego z odcinków TUF 8 jest w tej chwili po prostu lepszym sportowcem, szybszym, silniejszym, z lepszym refleksem. Nadal nie wierzę w teorię o dwóch Mirach tym przed i tym po wypadku, w tym starciu był kilka razy lepszy niż w każdym pojedynku w karierze. Warto też wspomnieć nazwisko osoby, która jest odpowiedzialna za to co zobaczyliśmy w niedzielę nad ranem. Ken Hahn, bo tak nazywa się trener stójki Mira, przygotował go znakomicie, dewastujące kombinacje lewy prosty, prawy podbródek, lewy prosty i bezpośrednie lewe dochodziły celu prawie za każdym razem. Po pojedynku Lesnara z Couture’em napisałem, że Brock już w tej chwili jest lepszym uderzaczem od Franka, teraz muszę się z tego wycofać. Jak jest w rzeczywistości pokaże ich unifikacyjne starcie, prawdopodobnie w maju. Obaj mają swoje atuty i na razie trudno powiedzieć kto jest faworytem.

Pierwszym sygnałem słabej formy Minotauro było ważenie, sylwetka byłego mistrza była daleka od tej z jego najlepszych walk. W Octagonie był powolny, niezdecydowany, jego obrona bokserska zupełnie nie istniała. Szczerze mówiąc do tej pory nie mogę uwierzyć, że przed czasem nie udało się go pokonać ani Fedorowi, ani CroCopowi, ani Barnettowi, a tak łatwo zrobił to Frank Mir, klatka/ring nie wybacza jeśli nie jesteś przygotowany w 100% to nie masz czego szukać. Nie wiem co jest przyczyną tak słabej postawy Rodrigo, czy rzeczywiście ciężkie boje z przeszłości dają już o sobie znać, czy to prawda, że Mino w ograniczonym stopniu widzi na jedno oko. Jedno jest pewne od czasu przejścia do UFC Nogueira dużo nie walczył zaledwie trzy walki przez dwa lata, więc to raczej nie przemęczenie, a może przyczyną słabej formy jest właśnie wypadnięcie z rytmu 4-5 walk w roku. Wiele wskazuje na to, że dla UFC to dobry moment na pojedynek legend Couture’a z Nogueirą i patrząc na ich ostatnie występy to Natural będzie zdecydowanym faworytem.

Tidzej: Najbardziej oczekiwany z trzech „głównych” pojedynków UFC 92 dostarczył najmniej fajerwerków. Trzecie spotkanie Quintona Jacksona (29-7) z Wanderleiem Silvą (32-9-1, 1 NC) wyglądało zupełnie inaczej niż dwa poprzednie, nie tylko dlatego, że tym razem walczyli w klatce i rezultat był odwrotny. Wanderlei zaczął walkę jak na siebie bardzo pasywnie i przez trzy minuty robił tylko niewiele więcej niż Rampage, który twardo czekał na okazję do kontry. Kiedy w końcu taka się pojawiła, bo Silva zupełnie nie cofnął prawej ręki do gardy po wyprowadzeniu ciosu, Jackson idealnie trafił lewym sierpowym i odkuł się za dwa brutalne nokauty z czasów PRIDE. Być może walka Rampage’a z Griffinem była tylko wypadkiem przy pracy, czas pokaże. Silva z kolei z jednej strony po raz kolejny dostaje KO z drugiej strony za każdym razem nokautowali go niesamowicie silni strikerzy a z Chuckiem wytrzymał wszystko. Nie wydaje mi się, żeby był to koniec drogi ale w wadze średniej, pozbawionej aż tylu tak silnie bijących zawodników, czułby się chyba lepiej.

Venom: Nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak ważne musiało być to zwycięstwo dla Rampage’a, nokaut, którym się zrewanżował Wanderleiowi można śmiało porównać z tym, który Silva zafundował mu w drugiej walce. Quinton po raz kolejny udowodnił, że Ibarra wprowadził jego boks na poziom, który przewyższa wszystkich zawodników w jego wadze. Cały czas do rozwiązania pozostaje problem obrony low-kicków, Silva punktował nimi bez większych problemów. Jednak zanim Rampage po raz kolejny pojawi się w Octagonie czeka go sądowe rozwiązanie jego problemów osobistych, a potem być może próba odzyskania tytułu w pierwszym pojedynku o pas mistrzowski UFC dwóch czarnoskórych zawodników.

Tak jak napisał Tidzej dla Wanderleia najlepszym rozwiązaniem byłoby przejście do wagi średniej, w której UFC desperacko potrzebuje osobowości pokroju Silvy, jednocześnie Brazylijczyk warunkami fizycznymi dużo lepiej do niej pasuje. Musi też zdecydowanie popracować nad zmianą stylu walki, sytuacja wygląda trochę jak z Liddellem. Każdy dobry technicznie uderzać jest w tej chwili w stanie go skontrować, jeżeli Silva atakuje nie broniąc szczęki. W średniej na początek powinien dostać jakiegoś uderzacza jak Cote, Leben, może Kanga, jeśli ten upora się z Belcherem. Po efektownym zwycięstwie, biorąc pod uwagę jego zasługi Wand mógłby spokojnie dostać walkę z Andersonem. Oczywiście możliwe jest też pozostanie w średniej i rewanż z Liddellem, ale nie stawiałbym w nim na Brazylijczyka tak samo jak w innych walkach z czołówką naszpikowanej świetnymi zawodnikami wadze półciężkiej.

Tidzej: Mike Massenzio (11-3) stanął do walki z C.B. Dollawayem (8-1) z poważnie obandażowanym kolanem. Ciężko powiedzieć czy kontuzja wywarła bezpośredni wpływ na walkę, choć raczej nie ułatwiała trzymania gardy i skutecznej walki w parterze. Nawet w takim stanie Massenzio zaczął walkę bardzo dobrze trafiając Dollawaya w stójce lewym sierpowym i przejściu do gilotyny. Dollaway, dla odmiany, obronił się przed poddaniem i przejął kontrolę przechodząc do dosiadu i kończąc walkę przez TKO z pozycji a la Matt Hughes kontra Royce Gracie, bijąc przeciwnika rozłożonego na brzuchu niemal „wahadłowymi” ciosami.

Venom: C.B. to interesujący prospekt, pokazuje co raz lepsze BJJ, chociaż jego obrona przed poddaniami jest cały podejrzana. Joe Silva jeszcze pewnie nie rzuci go na głębokie wody, możliwe, że dostanie któregoś z przetransferowanych zawodników WEC Chaela Sonnena, Nissena Osternecka, Aarona Simpsona lub Tima McKenzie, może jakiś innych weteranów TUFa jak Grove lub Herman. Po Massenzio spodziewałem się więcej, jednak trudno powiedzieć jaki wpływ na jego występ miał kontuzja kolana, jeśli rzeczywiście miał je uszkodzone to próba trójkąta z gardy raczej nie była najmądrzejsza. Stać go na więcej i włodarze UFC zdają sobie z tego sprawę, dostanie jeszcze swoją szansę możliwe, że również z byłymi zawodnikami WEC.

Tidzej: Cheick Kongo (13-4-1) rozniósł debiutującego w UFC Mustaphę Al Turka (6-4) w pierwszym transmitowanym pojedynku. Al Turk nie radził sobie ze stójką Francuza od samego początku i również nie dawał rady obalić rywala. Jeżeli cokolwiek zostanie w pamięci z tego pojedynku to tylko wymiana ciosów w krocze no i końcówka, gdzie Kongo posłał Al Turka na deski i zaczął najbrutalniejszy atak gnp jaki widziałem ostatnio w UFC. Trafiał wszystkim – łokciami, pięściami i to przez dobre kilkanaście sekund. Kiedy walkę przerwano twarz Anglika była cała zakrwawiona.

Venom: Muszę przyznać, że Francuz poczynił spory postęp jeżeli chodzi o umiejętności zapaśnicze, jeszcze dwa lata temu Marrero i Assuerio Silva rzucali nim w klatce jak laleczką, teraz na prawdę niezły grappler nie potrafił go sprowadzić na ziemię. UFC dość konsekwentnie buduje Kongo by zrobić z niego pretendenta do pasa, ostatnio całą robotę popsuł im Heath Herring, teraz logicznie byłoby zestawić Kongo z Hardonkiem, a potem ze zwycięzca walki Carwin vs. Gonzaga i wygranemu dać walkę o pas. Debiutanci w UFC lekko nie mają, Al Turk to na prawdę solidny europejski ciężki, docelowo został zatrudniony, żeby wypełniać gale w Wielkiej Brytanii, na UFC 95 raczej nie będzie gotowy, pewnie powróci na kolejnej gali na Wyspach, możliwe, że w długo oczekiwanym w Anglii pojedynku z Neilem Grove.

Tidzej: Inny świetny striker z podejrzanym parterem na gali, Antoni Hardonk (8-4), musiał nieco bardziej zapracować na wygraną z Mike’m Wesselem (6-1) ale też nie był w żadnych poważnych kłopotach. Holender, oprócz świetnej stójki podkreślonej serią piekielnie mocnych kolan w tajskim klinczu, pokazał też nieco technik jiu-jitsu wraz z przetoczeniem, które otworzyło mu drogę do kończącego walkę ground-and-pound. O ile np. taki Gonzaga nadal pewnie zwinąłby Hardonka w precelek o tyle Holender pokazał jakiś postęp od pamiętnej (dlatego, że przeraźliwie nudnej) walki z McCullym.

Venom: O ile Kongo nauczył się zapasów to Hardonk dalej nic nie umie w tym zakresie, za to ma co raz lepsze BJJ, tak jak napisałem powyżej najprawdopodobniej zobaczymy go z Kongo ewentualnie z Barrym. Jeżeli chodzi o jego przeciwnika Mike’a Wessela, biorąc pod uwagę, że wziął walkę w ostatniej chwili dostanie jeszcze jedną szanse, ale nie pokazał nic co pozwalałoby sądzić, że pozostanie w UFC na dłużej

Tidzej: Matt Hamill (5-2) wykorzystał swoje umiejętności bokserskie by pokonać Reese’a Andy’ego (7-3) przez TKO. Weteran trzeciej serii TUFa wygrał pierwszą rundę agresywnością ale defensywnie nadal prezentuje się słabo. Mimo przewagi Hamilla Andy był w stanie trafić go na tyle dobrze, żeby przeciwnika rozciąć a pod koniec Hamill już zaczynał się męczyć albo po prostu zwyczajowo trzyma ręce na wysokości klatki piersiowej. W drugiej rundzie Hammil znalazł jeszcze trochę energii by złapać Andy’ego dwoma kolanami w klinczu i przede wszystkim trafić dwa potężne ciosy na korpus, które odebrały siły Andy’emu. Hamill mając słaniającego się rywala pod płotem nie odpuścił i doprowadził do przerwania walk.

Venom: Hamill to solidny, silny fizycznie i pracowity zawodnik, z takimi przeciwnikami zawsze będzie wygrywał, z najlepszymi raczej nigdy sobie nie poradzi, bo każdy dobrej klasy uderzacz wypunktuje go lub nawet znokautuje jak Franklin. Myślę, że zanim dostanie kolejną walkę z czołowym zawodnikiem swojej UFC nakarmi go jakimiś TUFowcami, może Soszyński, Marshall, ciekawie wyglądałoby jego starcie z debiutującym w UFC Markiem Munozem. Biorąc pod uwagę dość wysoką pensję i mało efektowny styl Andy raczej pożegna się z organizacją.

Tidzej: Jedyny zwycięski debiut w UFC na Ultimate 2008 zaliczył znany ze swoich kopnięć weteran K-1 Patrick Barry (4-0) systematycznie przez dwie minuty niszcząc nogi Dana Evensena (10-4). Będąc mikrego wzrostu jak na wagę ciężką Barry znacznie wydłuża swój zasięg bardzo mocnymi kopnięciami. Przeciwko Evensenowi potrzebował tylko czterech trafień w nogi by chwilowo odebrać Norwegowi umiejętność poruszania się i wygrał tym samym przez TKO.

Venom: Skoro Evensen potrafił obalić Barry’ego zrobi to każdy średniej klasy grappler. Jeśli Joe Silva jest złośliwy zestawi go z Justinem McCully, jeśli nie, da mu jakiegoś uderzacza jak Hardonk, może Eddie Sanchez. Norwega chyba już nie zobaczymy w UFC.

Tidzej: W dwóch nietransmitowanych walkach czołowy zawodnik wagi średniej w UFC Yushin Okami (23-4) pokonał w bardzo niespektakularny sposób Deana Listera (11-6). Lister zupełnie nie miał sposobu na Japończyka i był zmuszony do wielokrotnych prób wciągnięcia go do swojej gardy, które praktycznie wszystkie spełzły na niczym. Okami spokojnie punktował przeciwnika w stójce i kiedy w trzeciej rundzie Lister wreszcie miał czas na pracę z pleców nadal nie był w stanie nawet zbliżyć się do wykonania jakiejś techniki. Okami pewnie zwyciężył ale ta walka raczej nie przybliży go do konfrontacji z Andersonem Silvą.

Venom: UFC ma ogromny problem z Okamim, jego styl walki i całkowity brak popularności sprawiają, że Dana i spółka zrobią wszystko, żeby nie dać mu starcia z Andersonem Silvą. Przeciwników, którzy daliby sobie radę z zapasami Japończyka i jednocześnie wygraliby z nim w stójce widzę dwóch, może trzech: Henderson, Marquardt, może Kang. Ewentualnie Okami może dostać walkę z Silvą, o ile ten łaskawie zgodzi się z nim walczyć, na gali gdzie sprzedane PPV zapewni inny pojedynek jak miało to być UFC 88. Lister nawet jakby dostawał po 1$ za walkę i tak straciłby pracę, jego walk po prostu nie da się oglądać.

Tidzej: Brad Blackburn (13-9-1, 1 NC) dobrze zaczął walkę z Ryo Chonanem (15-9) wygrywając pierwszą rundę skutecznym kontrowaniem Japończyka. Jak to często jednak bywało im dłużej trwała walka tym bardziej wymykała się Blackburnowi spod kontroli. Amerykanin zrobił jeszcze wystarczająco dużo, żeby zwyciężyć w drugiej rundzie ale trzecia to była już „obrona Częstochowy”. Chonan polował na nokaut rzucając kopnięcie za kopnięciem ale bez spodziewanego skutku i w efekcie przegrał walkę wynikiem 29-28.

Venom: Blackburn co prawda wygrał już drugi pojedynek w UFC, ale jest zbyt chimeryczny, żeby coś osiągnąć w organizacji. Chonan raczej wróci walczyć do ojczyzny.

Aspekty finansowe i wrażenie:

Venom: Wynik finansowy UFC 92 – 3.47 mln $ wpływów z 14 tys. 103 sprzedanych biletów w porównaniu z poprzednimi grudniowymi galami UFC 66 (5.4 mln $) i UFC 79 (5 mln $) wygląda dość blado, w klasyfikacji tego roku jest to czwarty rezultat (za UFC 83, 91, 84). Jednak biorąc pod uwagę kryzys i to, że jest to jedna z trzech dużych gal w Las Vegas z rzędu, a jej walka wieczoru była zdecydowanie mniej medialna od starć Lesnar vs. Couture i Penn vs. St. Pierre, wynik jest całkiem niezły. Sprzedaż PPV patrząc na dobrą oglądalność Countdownu (733 tys. widzów) powinna przekroczyć 500, może nawet 600 tys.

Podobnie jak na UFC 91, walki potoczyły się bardzo szybko i po raz kolejny mogliśmy zobaczyć sporo pojedynków z undercardu. Obok UFC 84 i UFC 91 najlepsza gala w tym roku.

Luźne obserwacje:

Phil Baroni wypowiedział się negatywnie o czyimkolwiek przygotowaniu kondycyjnym? Niesłychane.

Defthomas nie próżnował i już znalazł zdjęcia nowej ring girl UFC, która wygląda jakby wyciągnęli ją prosto z liceum.

Wszyscy fighterzy, którzy przeszli bezpośrednio z PRIDE do UFC w 2007 mogą obecnie pochwalić się bilansem 11-17.

Typowanie: Venom 8/10, Tidzej i Yoshihiro 5/10.

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.