O zakończeniu kariery przez Fedora pisały już praktycznie wszystkie portale branżowe. My również dołożymy cegiełkę do legendy tego zawodnika.

Fedor Emelianenko urodził się w 28 września 1976 w miejscowości Rubiżne w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (obecnie Ukraina). Dwa lata później rodzina Emelianeko przeniosła się do Starego Oskoła (600 km na południe od Moskwy). Miasto to słynie z tego, że zbudowano je nad ogromnymi złożami rudy żelaza. Wczesne dzieciństwo Fedora było ciężkie. Z powodu pracy do późnych godzin nocnych, w domu często brakowało rodziców, przez co malutkim carem musiała zajmować się pięcioletnia siostrzyczka Marina. Gdy młody Fedor podrósł, matka zachęciła go do uprawiania sportów walki – i tak w wieku 11 lat bohater nasz zaczął treningi judo oraz sambo. Nieocenioną rolą w ukształtowaniu psychiki króla kategorii ciężkiej miał pierwszy trener Vasiliy Ivanovich Gavrilov, który widząc potencjał drzemiący w tym zawodniku, kupił mu strój do praktykowania judo. Gest ten sprawił, że Fedor mocno przykładał się do treningów nie chcąc zawieść swojego trenera. Rok później przeszedł pod skrzydła trenera Vladimira Mihailovich Voronova, który tworząc klasę sportową zwrócił uwagę na młodziutkiego Fedora i dał mu szansę, czyniąc go jedną z dwudziestu osób, które przeszły selekcję z prawie trzech setek uczniów. Voronov sam w sobie to również ciekawa postać. Fakt, że trenuje Fedora już od prawie dwóch dekad w judo i sambo jest wyjątkowy. Mimo pracujących rodziców, w domu się nie przelewało. Często dochodziło do sytuacji w której brakowało jedzenia. Z pomocą wtedy zawsze przychodziła drużyna oraz trener Voronov.

W 1991 roku Emelianenko skończył szkołę średnią, a już cztery lata później (mając 19 lat), odsłużył zasadniczą służbę wojskową w jednostce przeciwpożarowej. To właśnie ten okres nakierował Fedora na drogę po której kroczy po dziś dzień. Jak sam twierdzi, armia nauczyła go szacunku oraz skromności. Dwa lata po wyjściu z wojska Fedor poślubił swoją pierwszą żonę: Okasnę. Owocem tego małżeństwa była córka Masha. Można uznać, że to przypadek sprawił, iż The Last Emperor spojrzał w stronę MMA. W tamtym okresie Fedor chciał występować tylko w Sambo oraz Judo. Jednak pieniędzy z reprezentowania swojej ojczyzny z tych sportów nie było. Wszystko przez fatalną sytuację ekonomiczną kraju, w którym aktywność fizyczna, a szczególnie sporty walki straciły mocno na wartości, a co za tym idzie kwota finansowania reprezentacji spadła do minimum. Trzeba było szukać czegoś innego. Czegoś bardziej dochodowego. I wtedy właśnie na salony wchodziło MMA.

Swoją przygodę z mixed martial arts przyszły mistrz zaczynał od Russian Top Team. Jednak już trzy lata później odszedł z tego teamu z powodu konfliktu z Vladimirem Pogodim. Dochodzimy więc do roku 2000, kiedy to w 21 maja Fedor stoczył swoją pierwszą walkę z Martinem Lazarovem. W starciu tym już pierwszym ciosem zamroczył Martina, po kolejnym obaleniu na korzyść Rosjanina, Lazarov wpadł w pułapkę duszenia gilotynowego i tak zaczęła się ta przygoda z MMA. Trzy miesiące później ciągle w organizacji RINGS, Ostatni Cesarz stoczył kolejną walkę, tym razem z Gruzinem Levonem Lagvilavą wygrywając przez duszenie zza pleców, by w trzeciej walce zaliczyć swoje pierwsze KO na Hiroya Takadzie. Walka trwała zaledwie 12 sekund! Już wtedy można było zauważyć charakterystyczne zachowanie po walce. Po odcięciu prądu Japończykowi, Emelianenko chodzi wolno po ringu, po czym podnosi jedną rękę do góry, a twarz jego nie zdradza najmniejszych emocji. Usta stanowią cienką prostą linię, a oczy przybrały znudzony wygląd. Powaga po takim zwycięstwie wręcz niebywała.

Po trzech zwycięstwach z rzędu przyszedł czas na turniej organizacji RINGS w wadze ciężkiej. W rundzie otwarcia Fedor zmierzył się mocnym Ricardo Aroną. Warto wspomnieć, iż już wtedy Ricardo miał fenomenalne osiągnięcia w grapplingu, jak np. wygraną na ADCC w kategorii poniżej 99kg. Emelianenko po ciężkim boju wyszedł z tego pojedynku z tarczą, wygrywając przez jednomyślną decyzją sędziowską. Walka była emocjonująca i mogła iść werdyktem w obie strony. W piątym starciu, nowy w sporcie Rosjanin zaliczył pierwszą porażkę. Wielu fanów jej jednak nie uznaje z powodu kontrowersyjnego przerwania walki, które nastąpiło wskutek nielegalnego uderzenia łokciem przez Tsuyoshi Kohsakę. Prawda jest jednak taka, że wynik zawsze idzie w świat, a łokieć przypadkowo dosięgnął głowy sambisty, który posmakował pierwszej klęski na ringach MMA.

Po tej niefortunnej walce przyszły kolejne. A dokładnie sześć walk w organizacji RINGS, podczas których pokonane zostały takie nazwiska jak choćby Renato Sobral. W czasie tych sześciu pojedynków Fedor zdobył dwa tytuły mistrzowskie: Rings Openweight Championship oraz Rings 2001 Absolute Class. Rok 2002, Emelianenko przechodzi do legendarnej już organizacji PRIDE. W pierwszej walce zmierzył się z weteranem Semmy Schiltem, który miał w tym czasie już na swoim koncie aż 34 walk, z czego 22 wygrał, a jedną zremisował. Fedor natomiast miał trzy razy mniej pojedynków, a mimo to zdołał wywalczyć decyzję na mocnym Holendrze. W drugiej walce, organizacja dała mu Heatha Herringa, który został skończony przez TKO. Po tych wygranych dostał niesamowitą szansę zawalczenia z Antonio Rodrigo Nogueirą, który już od roku posiadał pas wagi ciężkiej PRIDE oraz miał trzynaście wygranych z rzędu!

Żeby uzmysłowić sobie wielkość Rosjanina w tej walce trzeba poznać przede wszystkim jego przeciwników. Jeżeli przyjrzymy się rankingom, to aż osiemnastu z trzydziestu ośmiu zawodników, z którymi wszedł w konfrontację, było w czasie walki notowanych w TOP 10 świata wagi ciężkiej (co najmniej trzy niezależne rankingi źródłowe). Oznacza to, że prawie połowa fighterów była blisko lub w swojej szczytowej formie walcząc z Rosjaninem. To samo tyczy się Antonio Rodrigo Nogueiry. Był on bezsprzecznie numerem jeden wagi ciężkiej w roku 2003. Gdy nadszedł czas boju Fedor, jak to miał w zwyczaju, patrzył smutnym i obojętnym wzrokiem w ring tylko czasami spoglądając Nogueirze prosto w oczy. Staredown jednak nigdy się nie miał najmniejszego znaczenia jeżeli chodzi o tego legendarnego zawodnika. Bo ten krótko po rozpoczynającym gongu wylądował w gardzie Antonio i ukazał na mistrzu swoje śmiercionośne ground & pound. Bomby, które leciały w głowę przeciwnika broniącego się z dołu były od pewnego czasu znakiem rozpoznawczym pretendenta. Jednak dopiero w tej walce publiczność jak i sami komentatorzy ujrzeli kunszt krótkich, lecz mocnych uderzeń z parteru. Okrzyki zachwytu „ochów” i „achów” wypełniały stadion w Jokohamie. Po kompletnej dominacji, Big Nog stracił swój tytuł Mistrza Świata PRIDE w wadze ciężkiej, a Fedor po raz kolejny wszedł na tron. Walka ta została okrzyknięta najlepszym pojedynkiem w historii PRIDE.

Po tym wielkim sukcesie i po zaledwie dwudziestu dniach, nasz bohater wrócił do organizacji RINGS, by odprawić w niej Litwina Egidijusa Valaviciusa. Po powrocie do Japonii nadszedł czas na walkę z Kazuyuki Fujitą. W jednej z wymian Emelianenko łapie skronią zamachowego prawego sierpowego przeciwnika. Przez krótką chwilę nogi odmawiają posłuszeństwa, a ciało wdaje się w taniec mający na celu uratowanie równowagi. Świat zamarł, a Japończycy przez chwilę pomyśleli, że Fujita znokautuje Rosjanina. Tylko instynkt uratował wtedy Fedora przed porażką. Nie było jednak niespodzianki i po chwili Kazuyuki odklepał duszenie zza pleców, a mistrz chwiał się jeszcze długo po tym jak walka się zakończyła.

Pojedynek ten ukazał drugą stronę Fedora. Tę bardziej ludzką. Jak każdy człowiek, tak i on może miewać problemy w walce. Jednak pomimo kłopotów potrafił wyjść z opresji i przeciągnąć szalę zwycięstwa na swoją stronę. W przyszłości przyjdzie jeszcze wiele momentów w których The Last Emperor zostanie nazwany specjalistą od uciekania z opresji. Jest to bez wątpienia pewien wyznacznik mistrzostwa – wygrywać mimo niekorzystnych warunków. Kwestia ta jest jednym z wielu atutów dla których ludzie pokochali tego zawodnika. Fedor może być w opałach, ale zawsze znajdzie sposób by wygrać. Idąc jednak dalej: Po szybkiej i kompletnej demolce Gary’ego Goodridge’a oraz Yuji Nagaty, Rosjanin zmierzył się kolejno z Colemanem, Randlemanem oraz Ogawą. W walce z Colemanem pokazał, że wystarczy mu jedna okazja do balachy i ją wykorzysta. W walce z Randlemanem udowodnił, że może być rzucany na głowę i nie robić sobie z tego najmniejszego problemu. Tłumacząc w późniejszych wywiadach, że tego typu rzuty ćwiczy na treningach i ten Randlemana nie zrobił na nim wrażenia. Wszystkie te wyzwania były kwalifikacjami do Grand Prix wagi ciężkiej w którym Emelianenko zmierzył się ponownie z Antonio Rodrigo Nogueirą. Po bolesnej porażce w pierwszej walce, Big Nog wygrał pięć pojedynków (Fedor siedem). Oczekiwania do ich rewanżu były więc bardzo wysokie. Starcie niestety zakończyło się wynikiem No Contest z powodu zderzenia głowami. W następstwie tej sytuacji, w grudniu zrealizowana została ich trzecia walka i trylogia ta zakończyła się po raz kolejny wygraną ówczesnego dominatora wagi ciężkiej w przekonującym stylu.

Po tej walce nastąpił rewanż z Tsuyoshi Kohsaką, z którym Fedor przegrał po przerwaniu lekarskim (wskutek nielegalnego uderzenia łokciem). Kohsaka zgodnie z przewidywaniami został zdemolowany. Za to w sierpniu 2005 roku nastąpiła najbardziej oczekiwana walka w PRIDE, o ile nie w całej historii MMA. Rosjanin zmierzył się z Mirko „Cro Copem” Filipovicem. Wielu ekspertów uważało, iż starcie to zakończy się przed czasem wygraną przez wysokie kopnięcie albo przez poddanie i ground & pound. Walka wieczoru Pride Final Conflict 2005 dała tyle emocji ile spodziewano się, że da. Obyło się bez fajerwerków w stylu incydentów z walk z Randlemanem czy Fujitą, jednak fani dostali solidną walkę dwóch najlepszych ciężkich o jakże różnych stylach walki. Do dzisiaj zestawienie to jest umieszczane w rankingach pojedynków wszech czasów. Cro Cop miał na swoim koncie siedem wygranych pod rząd w których pokonał takie tuzy jak debiutującego w MMA Aleksandra Emelianenko czy Josha Barnetta (który wtedy miał rekord 18-2!). Także spodziewano się wojny i tę wojnę otrzymano. Co prawda nie było rzeźni, jednak oglądanie rzemiosła tych zawodników spełniło swoją rolę i dostarczało równie dużo emocji. Jeden fałszywy ruch i każdy z nich mógł paść nieprzytomny na ring. Gdyby jednym słowem trzeba było opisać tę walkę, z całą pewnością tym słowem by było „napięcie”, które unosiło się w Saitama Super Arena, a powietrze było aż gęste od przeszywających je drobnych i niewidzialnych błyskawic, którymi można było zobrazować podekscytowanie widowni. Jak atmosfera przed burzą, gdy jony unoszą się wolno w górę elektryzując otoczenie i wieszcząc nadejście nieuniknionego. Tak poetycko można opisać tę walkę, która zakończyła się wygraną Fedora poprzez jednogłośną sędziowską decyzję.

Po tej walce nasz bohater zmierzył się jeszcze z Zuluzinho, Colemanem i Huntem. Era PRIDE się zakończyła. Po odprawieniu Matta Lindlanda w organizacji BodogFIGHT, w Nowy Rok 2008 Rosjanin wybrał się na galę Yarennoka!, w której gościnnie miał podjąć giganta Choi Hong-mana. Koreańczyk sprawił mu sporo kłopotów. Jego masa sprawiała, że ciężko było go przewrócić i w klinczu zawodnicy często lądowali… na Rosjaninie. Po dwóch próbach balachy, ta druga okazała się na tyle skuteczna, że wymusiła odklepanie Choia.

Przyszła pora na kolejną organizację, tym razem mocno promowaną Affliction. W walce wieczoru Fedor zmierzył się z wysoko wtedy jeszcze notowanym Timem Sylvią. Pomimo upadku PRIDE, upadku Rosyjskiego Cara jeszcze nikt nie wieńczył. A już na pewno nikt, po tak fantastycznej wygranej. Emelianenko potrzebował zaledwie trzydziestu sześciu sekund na odprawienie Sylvii. Ten z kolei bardzo długo kręcił głową nie mogąc uwierzyć w to co się stało. W tym czasie Rosjanin nadal pozostawał na pierwszym miejscu w rankingach, a Brock Lesnar zaczął dobijać się do czołówki. Rok później 32-letni Rosjanin spotkał się z również będącym w TOP5 wagi ciężkiej Andreiem Arlovskim.

Białorusin wyglądał w tej walce bardzo świeżo. Praca nóg była świetna, a kombinacje wyćwiczone do granic możliwości. Widać było dobre przygotowanie oraz duże zaangażowanie w kwestii potoczenia tego pojedynku pod własne dyktando. I teoretycznie tak właśnie było. Niezaznajomiony obserwator wręcz uznałby, że to Leonidas walczy z jakimś przypadkowym grubaskiem. Sam Fedor nie wyglądał dobrze w tej walce, jednak zrobił to co zawsze – wygrał. Kolejna walka i kolejna organizacja. Tym razem trafiło na Strikeforce. W swoim debiucie mistrz zmierzył się z obiecującym Brettem Rogersem. Jednak złe wrażenie nie zmyło się po poprzedniej walce. Fedor wyglądał na wolnego oraz słabego. Wygrał urywając przeciwnikowi głowę, jednak zła impresja pozostała, a sama postawa mistrza nie była już tak dominująca jak można się było spodziewać z takim przeciwnikiem.

26 czerwca 2012 roku nastało w końcu to, co wielu przepowiadało. Jedni nie mogli się z tym pogodzić, a inni mówili, że to już najwyższy czas: Fedor Emelianenko przegrał po raz pierwszy w swojej karierze (choć oficjalnie zrobił to już z Kohsaką). Świat zamarł, a filary na których stały rankingi światowe posypały się niszcząc to co utrzymywały, czyli pozycję niekwestionowanego lidera wagi ciężkiej. Król zszedł z tronu. Jednak pomimo tego co mówią złośliwi, upadek Rosjanina wcale nie był taki oczywisty. Jeżeli przeanalizować jego trzy ostatnie występy przed porażką, to można by je ocenić szkolną skalą tak:

Tim Sylvia – celujący
Andrei Arlovski – dostateczny
Brett Rogers – dopuszczający

Mimo ostatnich słabych walk, to nadal nikt poważny go nie skreślał. Kryzys nastąpił dopiero później. Wracając jednak do meritum: Rosjanin przegrał z Fabricio Werdumem poprzez duszenie trójkątne+balachę. Mistrz ucieczek, Ostatni Car został złapany w technikę kończącą. Coś co wcześniej było nie do pomyślenia, nagle się urzeczywistniło. Można to było uznać za szczęście Werduma. Jednak szczęście tu nie miało nic do rzeczy o czym przekonały nas dwa następne pojedynki. Nie należy wierzyć też w to, że Fedor się podpalił w tej walce i bezmyślnie poszedł w gardę. On ZAWSZE w nią wchodził. Czym różni się Werdum od Kohsaki? Nawet komentatorzy w walce z tym drugim zauważyli, że Fedor może zostać złapany w balachę lub trójkąt przez zbytnią pewność w swoje ground & pound. Nie robiłbym z Werduma geniusza, który wyprowadził swoim sprytnym planem Rosjanina w pole. To po prostu połączenie genialnego BJJ, rzucania się Fedora na leżących przeciwników oraz coraz gorszej dyspozycji.

W pojedynku z Antonio Silvą mistrz po raz kolejny zaprezentował swoją powolność w ciosach i ślamazarność poruszania się po oktagonie. Nie było ognia, tylko smutne widowisko nastawione na przetrwanie. Co jednak najbardziej bolało, to kompletny brak kondycji już w połowie pierwszej rundy. To nie był Fedor jakiego ludzie znali. Czuć było to w wodzie, w ziemi i w powietrzu. Wiele z tego, co było – przepadło. Pewien etap w kalendarzu MMA się zakończył. Druga runda starcia była niczym innym jak egzekucją. Antonio Silva zasłużenie wygrał poprzez werdykt lekarski zabraniający Carowi dalszego kontynuowania walki. Trylogia porażek skończyła się na Danie Hendersonie. Walka z nim udowodniła, że da się definitywnie znokautować Rosjanina. Przegrana z Danem była o tyle ważna, że potwierdziła tylko słowa Dany White’a, który mówił, że Fedor wcale nie jest taki mocny, skoro położył go czterdziestolatek z kategorii (a nawet dwóch!) niższej. White osiągnął swoje. Zdyskredytował umiejętności Ostatniego Cara. A jego akcje poszły ostro w dół i Rosjanin przestał być towarem na wagę złota dla UFC.

Po trzech przegranych z rzędu Emelianenko zaliczył trzy wygrane z mniej wymagającymi przeciwnikami, kolejno: Jeffem Monsonem, Satoshi Ishiim oraz Pedro Rizzo. I po tym ostatnim jego kariera się zakończyła się. W czym można się upatrywać upadku? Teorie o tym, że Fedor jest zbyt mały na tę kategorię wagową, to niestety brednie. Co udowadnia Antonio Silva, który został później zniszczony przez Caina Velasqueza. Poprzednie walki z większymi przeciwnikami też nie stanowiły problemu. Kwestia wieku jest już bardziej logicznym wnioskiem, ale co z tego, skoro są o wiele starsi mistrzowie, którzy nadal walczą dominująco? Główną winę zwalić można na system treningowy Rosjanina. Można mieć zniszczone ciało od lat mocnych starć, można szybciej/wolniej się starzeć, ale rozwoju nie oszukamy. I tutaj wychodzi główny problem starego mistrza. Od wielu lat stał w miejscu! Praktycznie większość jego przygotowań miała miejsce w Starym Oskole. Tę bazę treningową jeżeli chodzi o warunki jakie mają obecni mistrzowie UFC, można porównać jak gospodarkę Rumunii do Niemiec. Bardziej przypominało to obóz dla nastolatków za 1500zł na dwa tygodnie, niż pełnoprawny obóz przygotowawczy lidera rankingów. Sparingpartnerzy, sprzęt, trenerzy, odnowa biologiczna – dla tych rzeczy nie znajdziemy taniego ekwiwalentu! To co oferował Stary Oskol czy Kisłowodzk było dobre, ale w czasach gdy MMA raczkowało, a nie w chwili gdy Fedor miał 8 % udziałów w M-1 i za walki dostawał grubą kasę. Nawet po porażce z Werdumem nie zrobił kompletnie nic ku zmianie swoich przygotowań. Nadal leciał do Kisłowodzka bez jakichkolwiek mocnych sparingpartnerów. Człowiek, który od lat robi to samo – stoi w miejscu i się nie rozwija. Podczas gdy systemy treningowe poszły niewiarygodnie do przodu, Fedor cały czas uderzał młotem w oponę i biegał po lesie. Nie, że to nie jest skuteczne, tylko w rozwój należy inwestować. Bywały momenty przebłysku jak przed walką z Cro Copem, kiedy w Holandii jego obóz trenował z najlepszymi kickbokserami lub gdy przed Arlovskim wypożyczono Dennisa Lebedieva. To wszystko prawidłowe ruchy. Jednak były to tylko wyjątki potwierdzające regułę. Fedor miał złą bazę treningową i to po latach się na nim zemściło, kiedy zaczął odstawać od czołówki.

Jednak największą porażką w karierze mistrza nie było to, że przegrał cztery walki. Przegrana po dwudziestu siedmiu wygranych z rzędu to jest NIC. Nadal seria zwycięstw w większości z zawodnikami z TOP 10 jest fenomenalnym osiągnięciem! Nie to jest więc porażką Fedora. Jego Największą klęską jest nie kto inny jak Vadim Finkelstain. To ten człowiek znany z ciągłych kłótni z ludźmi takimi jak Bas Boon (Golden Glory) czy Dana White (UFC) jest przyczyną brzydkiego zapachu rozpościerającego się wokół osoby Rosjanina. Przypisywano mu nawet powiązania z mafią rosyjską. Prawdopodobnie on również jest winny nieudanych negocjacji z UFC. Jak sam Boon mówił „Jego (Vadima) nazywają w Ameryce – „Gwóźdź”, jest gwoździem do trumny”. Z jego powodu nie odbyło się również wiele pojedynków na które fani czekali jak z Brockiem Lesnarem czy Alistairem Overeemem. Pamiętne są również ironiczne komentarze Finkelstaina „Myślę, że Overeem nie osiągnął jeszcze odpowiedniego poziomu by walczyć z Fedorem”. Z powodu chciwości i dbania tylko o własne interesy nigdy nie doczekaliśmy walk Fedora z najlepszymi. Nie dowiemy się więc już czy pogrom Rosjanina nastąpiłby szybciej w organizacji braci Fertitta czy może byłby to powrót dominacji. Piękne zacementowanie kariery i ostateczny sprawdzian na to, czy legendarny ciężki godzien jest miana najniebezpieczniejszego ciężkiego w historii. Pozostało nam jednak nic innego jak tylko domysły. Oferta UFC w porównaniu do tego co Fedor zarabiał w M-1 wcale nie była kiepska o czym usilnie przekonywał Vadim. Od 2008, co roku Emelianenko dostawał 2 mln dolarów. Miał też 8,5 % w udziałach firmy. Jednak jest to nic w porównaniu do zarobków czołówki UFC wraz z udziałami PPV, nie mówiąc już o ustępstwach na jakie korporacja ZUFFA chciała iść Fedorowi na rękę. Zwykła pazerność Vadima pogrążyła jego zawodnika, który od pewnego czasu był coraz bardziej odsuwany od czołówki światowej mimo że sam na pierwszym miejscu zasiadał. Brak Fedora w UFC mimo wyciągniętej ręki ZUFFY i fenomenalnych warunków zarobkowych, to jedna z największych porażek tego sportu. Na równi z upadkiem Affliction, w którym Vadim też maczał swoje palce.

Brak nowoczesnej bazy treningowej, brak dobrych sparingpartnerów aż w końcu brak dobrego zarządzania zawodnikiem – te czynniki zatraciły najlepszego ciężkiego w historii MMA. Fedor sam w sobie jednak wzbudza skrajne emocje. Wielu ludzi do dzisiaj neguje jego osiągnięcia mówiąc, że  dawny mistrz obecnie dostałby lanie od średniaków w UFC. Ludzie ci zapominają, że nie da się przekładać dzisiejszych sportowców na ówczesnych. Jest to założenie z góry skazane na niepowodzenie. Niestety wielu komentatorów pragnie tej konfrontacji, która może odbyć się tylko w bogatej wyobraźni. Czy Cain lub Junior pokonaliby Fedora w swojej szczytowej formie? Analizy te są bez sensu, bo to były „tamte czasy”. A tamte czasy również miały swoją czołówkę wagi ciężkiej. Czy poziom był gorszy? Moim zdaniem tak. Jednak tylko dlatego, że sport jakim jest MMA cały czas ewoluuje. Zmienia się, rozszerza i asymiluje coraz więcej rzeczy. Wyszkolenie zawodników również pochłania coraz więcej zasobów pieniężnych, a metody treningowe zmieniły się nie do poznania. Jednak czy to sprawia, że zwycięstwa Cara były gorsze? Absolutnie nie. Podobne gadanie można zaobserwować w boksie, gdzie często słyszy się „Gdyby Tyson wciąż boksował i był w formie, to by pozamiatał całą czołówką wagi ciężkiej”. Może i pozamiatałby, Mike’a Tysona jednak nie ma i nie będzie! Tak samo jak Caina czy JDSa nie było wtedy. Czasy były inne, lecz zwycięstwa rankingowe smakowały tak samo. Kwestią w dominacji jest to, że dominuje się swoje czasy. Przekładanie więc tego na przeszłość/przyszłość jest niczym innym jak pisaniem fantastyki. A tym się przecież nie zajmujemy. Opieramy się na faktach i dokonaniach.

Po latach każdego zawodnika można będzie podsumować tym samym tokiem myślenia. Andersonowi Silvie zarzuci się, że spośród szesnastu walk pod rząd, walczył z takimi „kelnerami” jak Fryklund, Lutter, Cote, Leitas czy Irvin. W tak wielkim bilansie nie da się uniknąć przeciwników słabszych. Dziś w dobie potęgi UFC o wiele łatwiej wyselekcjonować pretendenta, który po latach nie zostanie okrzyknięty kelnerem jak to ma miejsce w przypadku przeciwników Rosjanina. Czy więc Ostatni Car jest słusznie nazywany największym zawodnikiem w historii MMA? Każdy będzie miał tutaj swoją odpowiedź po przeanalizowaniu tego tekstu. Nie można mu jednak odmówić miejsca w panteonie tych najjaśniejszych gwiazd, które stały się symbolem sportu. I Fedor bez wątpienia takim symbolem jest. Czy jest to najjaśniejsza gwiazda, czy dająca nieco mniej światła niż sąsiednia – to jest bez znaczenia. Faktem jest, iż to właśnie on był najwięcej razy wybieranym zawodnikiem roku oraz że najdłużej był liderem swojej kategorii wagowej spośród wszystkich zawodników i wag. Fedor Emelianenko pozostał pewnego rodzaju znakiem. Znakiem rozpoznawczym epoki, która się już skończyła ustępując miejsca nowoczesności oraz młodym. I nie wolno mu tego odbierać. Jemu oraz MMA.

Tomasz Chmura
Sztuki walki od 2004 roku. Pierwsza gala MMA - 2007. Instruktor Sportu, czarny pas w nunchaku jutsu. Pasy w Kenpo Jiu Jitsu i Sandzie.