Fot. Sherdog.com
Fot. Sherdog.com

Jest wiele sposobów definiowania sukcesu w mieszanych sztukach walki. Zwycięstwa, pieniądze oraz sława niewątpliwie zawsze będą częścią tej definicji, ale istnieją także mniej wymierne parametry, takie jak rozwój osobisty i stan psychiczny.

W historii UFC było kilku zawodników, którzy mimo talentu i umiejętności na najwyższym poziomie, z jakiś przyczyn nigdy nie założyli na swoje biodra pasa mistrzowskiego największej organizacji MMA na świecie. Dla niektórych jest jeszcze czas, dla innych – jest już raczej za późno. Zespół redakcyjny strony Sherdog.com wybrał dziesięciu najlepszych fighterów, którzy nigdy nie zdobyli tytułu mistrza UFC.

Wszyscy kandydaci pochodzą z nowożytnej historii MMA i musieli mieć na koncie przynajmniej jeden stoczony pojedynek w UFC, aby móc pojawić się na tej liście.

10. Michael „The Count” Bisping (24-5)

UFC 152: Michael Bisping vs Brian Stann
Fot. Sherdog.com

Bisping jest pierwszym zawodnikiem, który przychodzi na myśl, kiedy mówi się o utalentowanych fighterach będących zawsze o krok od najwyższych laurów. Pomimo 19 stoczonych w UFC walk, „Hrabia” nigdy nie miał okazji walczyć o mistrzostwo organizacji. To oczywiście nie oznacza, że Anglik nie ma na koncie wielu sukcesów.

Od wygranej w trzeciej edycji show „The Ultimate Fighter”, arogancki Wyspiarz zwyciężył 14 razy w Octagonie, gdzie pokonał, m.in. Matta Hamilla, Chrisa Lebena, Yoshihirę Akiyamę, Briana Stanna oraz Alana Belchera. Niemniej, hasłem przewodnim w karierze Bispinga było zawsze zdanie „blisko, ale za daleko”.

Anglik na stałe zadomowił się w pierwszej dziesiątce wagi średniej UFC, ale kiedy przychodziło do walki o status pretendenta, zawodnik z Manchesteru zawsze czekał na przełom. Dan Henderson, Vitor Belfort i Cheal Sonnen zablokowali skutecznie drogę Bispinga do starcia o pas – ci dwaj piersi w bardzo brutalny sposób, ku uciesze wielu antyfanów „Hrabiego”.

Koniec końców, jeden z najlepszych sportowców w tym sporcie ciągle dąży do wiadomego celu i nie może go osiągnąć. Na szczęście dla mającego polskie korzenie zawodnika, nie brakuje rywali, którzy chętnie rzucają wyzwanie Anglikowi. Możliwe, że dla 35-latka następne starcie eliminacyjne, będzie ostatnim tego typu w jego karierze.

9. Nick Diaz (26-9, 1NC)

Fot.: Sherdog.com
Fot. Sherdog.com

Pomimo pewnych przegranych w starciach tytułowych, Diaz jest niekoronowanym mistrzem w oczach wielu oddanych fanów oraz swoich. Jak inaczej wyjaśnić sytuację, kiedy starszy z braci w każdym udzielonym wywiadzie powtarza, że wróci z niespodziewanej emerytury tylko po to, aby stoczyć pojedynek o pas kategorii półśredniej.

Można go kochać albo nienawidzić, ale trzeba oddać zawodnikowi ze Stockton, że potrafił wykreować się zarówno na gwiazdę, jak i na poważnego pretendenta do tytułu. Reprezentant Cesar Gracie Jiu-Jitsu odszedł z UFC w 2006 roku z bilansem 6-4, przy czym większość porażek była wynikiem przewagi zapaśniczej rywali Amerykanina. Po tej decyzji Diaz występował na galach różnych organizacji i przegrał tylko raz w następnych 17 pojedynkach, a zdobył m.in. pas Strikeforce oraz fanatycznych fanów. Starszy z braci zawdzięczał swoją świetną passę także temu, że w Strikeforce rzadko musiał mierzyć się z oponentami, którzy dysponowaliby solidnymi zapasami. Niemniej, niewielu przeciwników potrafiło stanąć z stocktończykiem w klatce i dotrzymać mu kroku w wymianach bokserskich oraz pokonać jego gardę na ziemi.

Gdy Diaz wrócił do UFC po ponad pięciu latach i zdominował B.J. Penna, w nagrodę otrzymał szansę walki o pas tymczasowy. Choć zdaniem ekspertów starszy z braci przegrał pojedynek z Carlosem Conditem, ani reprezentant Cesar Gracie Jiu-Jitsu, ani jego fani nie pogodzili się do dzisiaj z tą decyzją. Mimo porażki na koncie, Diaz w następnym starciu spotkał się z  Georges’em St. Pierre’em i próbował zabrać Kanadyjczykowi tytuł. W tym pojedynku GSP zastosował tę samą broń, którą wiele lat wcześniej stosowali inni oponenci Amerykanina, i dzięki zapasom pewnie wygrał decyzją.

Niezależnie od tego, co robi, Diaz zawsze wzbudza emocje. Gdyby stocktończyk po raz kolejny wrócił do UFC, następna walka o pas może być tylko kwestią czasu.

8. Takanori „The Fireball Kid” Gomi (34-9, 1NC)

mma_sd_gomi_576
Fot. MMARocks.pl

Gomi może nigdy nie dojść do mistrzostwa w UFC, ale dla wielu osiągnął już szczyt kategorii lekkiej, kiedy bezsprzecznie rządził w swojej dywizji za czasów PRIDE.

Był taki moment, kiedy Gomiego można było nazwać najlepszym lekkim na świecie – lepszym nawet od B.J. Penna. Od 15 lutego 2004 roku do 31 grudnia 2005 „The Fireball Kid” wygrał dziesięć pojedynków z rzędu, z czego 8 przed czasem. Oprócz tego jedyny w historii PRIDE mistrz wagi lekkiej wygrał także Grand Prix 2005. Przed występami w legendarnej organizacji Japończyk zanotował passę 12 zwycięstw na galach Shooto oraz zdobył ich tytuł.

Mając na uwadze te wszystkie aspekty, trudno dziwić się, że tak wielu zawodników UFC chce zmierzyć się z Gomim. Niestety, od czasów PRIDE dyspozycja Japończyka jest bardzo niestabilna. Japończyk nie może wejść do czołowej dziesiątki największej organizacji na świecie, a jego bilans w UFC wynosi zaledwie 3-4.

Czasami w występach „The Fireball Kid” można zaobserwować dawnego czempiona – na przykład, gdy znokautował Tysona Griffina w 64 sekundy albo podczas porywającej walki z Eijim Mitsuoką. Niemniej, wspaniała forma Gomiego odeszła wraz z PRIDE.

7. Mirko „Cro Cop” Filipovic (28-11-2, 1NC)

UFC110_MMAROCKS6
Fot. Sherdog.com

Oczekiwania i mityczna sława otaczająca Filipovica runęły wraz z kopnięciem w głowę, którym w 2007 roku powalił Chorwata na ziemię Gabriel Gonzaga.

Przed tym wydarzeniem „Cro Cop” zasłużył na tytuł jednego z najlepszych ciężkich na świecie, dzięki udanym występom w PRIDE. W japońskiej organizacji Mirko dorobił się 16 zwycięstw, czterech porażek i dwóch remisów. Wśród wygranych mieszczą się również te, które pozwoliły mu sięgnąć w 2006 roku po tytuł zwycięzcy Grand Prix w otwartym wagowo turnieju. Mieszanka światowej klasy kickboxingu i przyzwoitej obrony przed obaleniami pozwoliły Filipoviciowi ściągnąć skalpy z głów Wanderleia Silvy, Igora Vovchanchyna, Josha Barnetta, Marka Colmana, Kevina Randlemana i Aleksandra Emelianenki.

Kiedy oficjalnie ogłoszono, że Chorwat pojawi się w klatce UFC, wielu nie mogło doczekać się prawdopodobnego starcia pomiędzy „Cro Copem” a ówczesnym dominatorem wagi ciężkiej Randym Couture’em. Niestety, te plany pokrzyżował Gonzaga i jego fenomenalne kopnięcie.

Niegdysiejszy jeden z najgroźniejszych stójkowiczów w MMA i postrach wagi ciężkiej nie odnalazł się w UFC. Po przegranej z Brazylijczykiem Mirko zapisał na swoim koncie tylko trzy wygrane i aż pięć porażek w największej organizacji na świecie, a swoją przygodę w Octagonie zakończył trzema nokautami z rzędy, które zafundowali mu Frank Mir, Brendan Schaub i Roy Nelson.

6. Jake Shields (29-7-1, 1NC)

Fot. Sherdog.com
Fot. Sherdog.com

Jeśli ktoś ułożyłby listę najbardziej ekscytujących zawodników, Jake Shields na pewno by się na niej nie znalazł. Nie zmienia to faktu, że reprezentant Cesar Gracie Jiu-Jitsu w 38 walkach udowodnił swoją wartość.

Shields zapracował na określoną markę w latach 2005-2010, kiedy to wygrał piętnaście pojedynków z rzędu, a w pokonanym polu pozostawił, m.in. Yushina Okamiego, Carlosa Condita, Mike’a Pyle’a, Paula Daleya, Jasona Millera i Dana Hendersona. Wchodząc do Octagonu Kalifornijczyk był posiadaczem pasów mistrzowskich Shooto, EliteXC i Strikeforce. Po niejednogłośnej wygranej z Martinem Kampmannem Shields dostał szansę walki o tytuł z Georges’em St. Pierre’em. Jak większość przeciwników Kanadyjczyka, podopieczny Cesara Gracie’ego także uległ przez decyzję.

Od tamtego starcia forma Jake’a waha się, ale Kalifornijczyk pozostaje koszmarem dla wszystkich, którzy marzą o titleshocie. Bardzo nieatrakcyjny dla widzów styl i niedawna porażka z Hectorem Lombardem uniemożliwiła Shieldsowi szybki powrót do ścisłej czołówki wagi półśredniej.

5. Gilbert „El Nino” Melendez (22-3) 

melendez
Fot. Sherdog.com

W ostatnich dniach panowania Melendeza w Strikeforce było pewne, że Amerykanin pali się do walki z najlepszymi. Oczywiście, większość utalentowanych zawodników było wtedy w UFC i dopóki Strikeforce nie zostało wchłonięte przez światowego potentata, nie było wiadomo, kiedy „El Nino” zrealizuje swoje plany.

Na fali zwycięstwa w najlepszej części z trylogii walki z Joshem Thomsonem, Melendez mógł pochwalić się bilansem, który pretendował go do starcia z każdym lekkim na świecie. Był tylko kwestią czasu, kiedy Strikeforce upadnie, a gdy się już to stało, Gilbert dostał od razu status pierwszego pretendenta do pasa UFC.

Na UFC on Fox 7 szczęście jednak nie sprzyjało Amerykaninowi, ponieważ uległ on kontrowersyjną decyzją z ówczesnym mistrzem Bensonem Hendersonem. Niemniej, w kolejnym występie – z Diegiem Sanchezem – Melendez zaprezentował się świetnie i znów stanął w centrum uwagi.

To, co wydarzyło się potem, był niespodziewane. Melendez podjął rozmowy kontraktowe z Bellator MMA, mimo że miał zagwarantowane, iż w niedalekiej przyszłości będzie mógł zmierzyć się z najlepszymi w UFC. Zuffa zareagowała jednak szybko i przedstawiła Amerykaninowi odpowiednią ofertę finansową, a co ważniejsze – szansę walki o pas z Anthonym Pettisem pod koniec bieżącego roku. Innymi słowy, możliwe, że dni Melendeza na tej liście są policzone.

4. Jon Fitch (25-6-1, 1NC)

Fitch
Fot. Sherdog.com

W latach 90. w NBA świetni zawodnicy, tacy jak Patrick Ewing, Karl Malone i Charles Barkley, ciągle nie mieli szansy na tytuł tego najlepszego, z powodu niegasnącej sławy jednego człowieka: Michaela Jordana. Niekoronowani mistrzowie NBA, Jon Fitch łączy się z wami w bólu.

Choć trudno powiedzieć, czy Jonowi Fitchowi żyłoby się lepiej w dywizji półśredniej, gdyby nie istniał Georges St. Pierre, to zawsze było pewne, że reprezentant AKA był najlepszym zawodnikiem walczącym w kategorii do 170 funtów, który nie nazywał się GSP.

Fitch rozpoczął przygodę z UFC od ośmiu zwycięstw z rzędu, w wyniku których otrzymał szansę zmierzenia się ze słynnym Kanadyjczykiem na UFC 87. Jedyne, co zaprezentował Amerykanin w tym starciu, to niespotykana wytrzymałość. Mimo niepowodzenia, 36-latek pozostał pretendentem numer 1. przez dwa kolejne lata.

Po zwycięstwie z Thiagiem Alvesem na UFC 117 sytuacja reprezentanta AKA nie była jednak zbyto kolorowa, mimo bilansu 13-1 w UFC. Fitch często był krytykowany i wyszydzany ze względu na styl, dzięki któremu zdobywał kolejne skalpy. Wiadome było, że nie dostanie nigdy kolejnej szansy na starcie z GSP, zatem po wygraniu zaledwie jednej z kolejnych czterech walk, został zwolniony przez Danę White’a. Amerykanin może nie był jednym z bardziej ekscytujących zawodników, którzy walczyli w UFC, lecz na pewno był jednym z najskuteczniejszych fighterów – po prostu nie na tyle efektywnym, aby obalić najlepszego półśredniego w historii sportu. To nie jest powód do wstydu.

3. Urijah „The California Kid” Faber (30-7)

Faber
Fot. Sherdog.com

Przed wchłonięciem WEC i kategorii wagowych poniżej 155 funtów przez UFC, Urijah Faber niósł pochodnię, która przyświecała wszystkim mniejszym zawodnikom. „The California Kid” był nie tylko najbardziej znanym reprezentantem World Extreme Cagefighting, ale także najlepszym. Amerykanin zdobył tytuł mistrzowski 17 marca 2006 roku i bronił go aż do porażki z Mikiem Thomasem Brownem w listopadzie 2008. Od tamtej pory ręka Kalifornijczyka zawsze pozostała w dole, kiedy ogłaszano wyniki starć o najwyższą stawkę.

Faber doświadczył wielu sukcesów od czasu wchłonięcia WEC przez UFC. 34-latek zdominował niemal wszystkich zawodników z „TOP 10” wagi koguciej. Lidera klubu Alpha Male pokonał w ostatnich latach, m.in. Takeyę Mizugakiego, Eddiego Winelanda, Briana Bowlesa, Scotta Jorgensena i Michaela McDonalda. Na tej liście brakuje tylko dwóch nazwisk: Cruz i Barao – dwóch ludzi, którzy noszą na biodrach pas, od kiedy koguci występują w UFC.

Faber przegrał z Dominickiem Cruzem na UFC 132, który następnie zmuszony był do przerwania przygody ze sportem, z powodów kontuzji kolan. Kiedy miało dojść do walki unifikacyjnej pomiędzy tymczasowym mistrzem Barao i „Dominatorem”, kolejne przeszkody medyczne wyeliminowały Cruza. W tej sytuacji w jego miejsce wskoczył własnie Urijah, który miał na koncie 4 wygrane z rzędu w 2013 roku. Przegrana w pierwszej rundzie z Brazylijczykiem była szóstą porażką „The California Kid” w walkach mistrzowskich, w tym trzecią w UFC, od momentu, kiedy oddał tytuł Brownowi w 2008. Faber pozostaje najgroźniejszym kogucim, poza mistrzem, w największej organizacji na świecie.

2. Wanderlei „The Axe Murder” Silva (35-12-1, 1NC)

Fot. Sherdog.com
Fot. Sherdog.com

Podczas najlepszych dni w Pride FC Wanderlei Silva był zawodnikiem, który budził największy strach wśród wszystkich potencjalnych rywali. W latach 2000-2004 „The Axe Murder” wygrał osiemnaście pojedynków z rzędu, często przed czasem i w spektakularny sposób.

Były mistrz PRIDE wagi średniej dostał jedną szansę walki o pas UFC w kwietniu 2000 roku. Przegrał wtedy z Titem Ortizem przez jednogłośną decyzję na specjalnej gali zorganizowanej w Japonii. Minęło ponad siedem lat, zanim Silva stanął ponownie w Octagonie. Do tego czasu Brazylijczyk – który pokonał, m.in. Quintona Jacksona, Kazushiego Sakurabę i Dana Hendersona – nieraz splamił swój zawodniczy rekord.

Silva przegrał przez brutalny nokaut z Hendersonem i Filipoviciem w ostatnich dwóch występach dla PRIDE, które nieco przyćmiły jego gwiazdę przed długo oczekiwanym starciem z Chuckiem Liddellem na UFC 79. Porażka przez decyzję w tej walce okazała się prognostykiem w dalszej karierze Wanderleia w UFC. Brazylijczyk przegrał pięć z dziewięciu pojedynków w największej organizacji MMA na świecie, włączając w to bój z Amerykaninem. Jeden z najbardziej uwielbianych fighterów nadal porywa tłumy, czego dobrym przykładem może być reakcja na jego niedawne bezpardonowe wymiany w starciu z Brianem Stannem na UFC on Fuel TV 8.

„The Axe Murder” ciągle zachwyca i posiada ogromną rzeszę fanów, wiernych od czasów Pride FC. Jednak, jeśli chodzi o sprawę Silvy i jego szans na mistrzostwo, to wydaje się, że Brazylijczyk przyszedł do UFC nieco za późno.

1. Dan „Hendo” Henderson (30-11)

Fot. Sherdog.com
Fot. Sherdog.com

Niektórzy mogą powiedzieć, że podczas turnieju na UFC 17 w maju 1998 roku Dan Henderson wygrał wszystko, co mógł w tamtych czasach. Jednak, mimo pokonania Allana Goesa i Carlosa Newtona oraz wygrania turnieju wagi średniej, nie jest to tym samym, co zdobycie pasa mistrzowskiego.

„Hendo” był jednym z najbardziej udekorowanych zawodników w Pride FC i jako jedyny zdobył mistrzostwo japońskiej organizacji w dwóch kategoriach, kiedy przyszedł do UFC po 9 latach od wygrania wyżej wspomnianego turnieju. Takie wyróżnienia pozwoliły mu na natychmiastową walkę o tytuł mistrza kategorii półciężkiej z Quintonem Jackosnem na UFC 75. W starciu zwyciężył „Rampage”. W następnym pojedynku Henderson został poddany przez Andersona Silvę podczas UFC 82.

Niedługo potem, po trzech zwycięstwach, Amerykanin przeszedł do konkurencyjnej organizacji Strikeforce, gdzie zdobył tytuł mistrzowski, dzięki wygranej przez nokaut w trzeciej rundzie z Rafaelem Cavalcantem w marcu 2011 roku. Po posłaniu na deski legendarnego Fedora Emelianenki w następnym starciu, reprezentant „Team Quest” ponownie dołączył do UFC i stoczył „Walkę roku 2011” z Mauriciem Ruą.

W tym miejscu historia brutalnie zmienia swój bieg. Henderson miał walczyć na UFC 151 z Jonem Jonsem o pas dywizji półciężkiej, ale kontuzja kolana zmusiła go do wycofania się. Później Amerykanin przegrał trzy pojedynki z rzędu, po czym odbił się niedawnym zwycięstwem z „Szogunem”. Teraz 43-latek ma przed sobą bardzo długą drogę do przebycia, jeśli znów chciałby znaleźć się blisko szczytu.

Autor oryginału: Tristen Critchfield/Sherdog.com

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.