Zła krew między Daną Whitem, a Natem Diazem trwa w najlepsze. Jakie ma podłoże oraz która strona ma słuszność w tym sporze? Dziś postaramy się przeanalizować zachowanie Nate’a i słuszność jego argumentów oraz wymogów kontraktowych opiewających o absurdalne wręcz sumy. Przede wszystkim jednak zastanowimy się: o co do cholery mu tak naprawdę chodzi i czemu nie chce walczyć?

Niedawno trener Diaza w wywiadzie dla Submission Radio wspomniał, że Nate nie walczy bo UFC nie chce zapłacić mu tyle ile on by chciał – 15 milionów dolarów. Dana White skwitował tę sytuację słowami: „Nate Diaz odrzucił walkę z każdym zawodnikiem w naszej federacji. Oferujemy mu pojedynki od 1.5 roku” – czy czegoś nam to nie przypomina? Cofnijmy się do 2014 roku.

Myles Jury świeżo po rozmowie z UFC, pochwalił się mediom, że dostał ofertę walki z Diazem, którą od razu zaakceptował. Okoniem do tego pomysłu (tak jak i teraz) stanął wtedy Diaz, który jak to ma w zwyczaju, w absurdalnym stylu poinformował świat, że nie chce tej walki i chce natychmiastowego zwolnienia z UFC z powodu… bankructwa i braku możliwości renegocjacji lepszych warunków. Dana White powiedział mu wówczas, żeby wziął się do pracy i nie pragnął pieniędzy za siedzenie na tyłku. Brzmi znajomo? Dokładnie taka sama sytuacja ma miejsce teraz. UFC daje Diazowi propozycje, a on je odrzuca, siedzi na tyłku i narzeka na cały świat.

W okresie gdy młodszy z braci Diaz chciał uwolnienia z kontraktu z powodu bankructwa, równie głośno (co i teraz czyni!) przeklinał Danę White’a, co samo UFC. O Największej na świecie organizacji powiedział, że płaci mu psie pieniądze i narzekał jednocześnie na 60 000 dolarów, które przed 2014 miał w kontrakcie. Jednak najbardziej obrażony był na sporą obniżkę, którą zaakceptował po sromotnej porażce z Joshem Thomsonem. Padło wtedy słynne: I don’t get paid shit and I’m about to tell the world.

White na te słowa w 2014 zareagował następująco:

Nate Diaz podpisał nową umowę i był z tego bardzo szczęśliwy. Daliśmy mu walkę o pas i przegrał z Bensonem Hendersonem. Gdyby udało mu się wygrać, oczywiście, jego oferta zostałaby zmieniona, jeśli zostałby mistrzem, którym jednak nie został. Potem zastopował go Thomson. Josh go skończył. Teraz wygrał z Grayem Maynardem i czuje, że powinien zarabiać kasę, jaką ma Justin Bieber. Nate musi wrócić do oktagonu i zacząć walczyć, wygrywać i zasłużyć sobie na kolejny pojedynek o pas.

Słowa White sprzed czterech lat jak widać nie za bardzo wpłynęły na Diaza, który znów zaczyna tę samą śpiewkę. Wracając jednak do przeszłości:

Po roku marudzenia, Nate wrócił i za 16 000 dolarów 13 grudnia 2014 zawalczył z Rafaelem dos Anjosem, po czym… znów zniknął na rok i stoczył bój z Michaelem Johnsonem za 20 000 dolarów. Nadal było to poniżej jego oczekiwań, aż w końcu trafił mu się los na loterii w postaci Conora McGregora. Nate za jednym zamachem zgarnął 500 000 dolarów, a potem (za rewanż) aż 2 000 000 dolarów! Jak wygląda dziś kontrakt Diaza? Tego nikt nie wie, ale zapewne wrócił z milionów do „tylko” setek, może nawet i kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nic więc dziwnego, że Nate za „psie pieniądze” nie chce już walczyć.

To co jednak Nate musi sobie uświadomić, to że „money fights” się skończyły i o ile nie zrobią trylogii z Conorem, już nigdy nie zbliży się do wypłaty jaką miał choćby za pierwszą ich walkę.

Trener Diaza Perez, wspomniał w wywiadzie, że Nate jest teraz gwiazdą i należy się mu od 15 000 000 do 30 000 000 dolarów. Problem w tym, że Diaz koncertowo robi wszystko by o tej nowo nabytej popularności ludzie zapomnieli. Jest powiedzenie „Interesuje mnie to jak zeszłoroczny śnieg”. Idąc w ten deseń, co ludzi interesuje, że rok temu Nate wygrał z McGregorem, jak świat od tego czasu zdołał obrócić się wokół własnej osi 366 razy. Conor poszedł dalej, przekuł popularność na walkę z Floydem Mayweatherem, a Nate Diaz tak jak w 2014, siedzi dalej na kanapie i śni o piętnastu milionach złotych zamiast zgodnie ze słowami Dany White’a „wrócić do oktagonu, zacząć walczyć, wygrywać i zasłużyć sobie na lepsze pieniądze”.

O co więc do cholery chodzi Nate’owi z tymi 15 000 000 dolarów? Moim zdaniem liczy na nic innego jak właśnie trzecią walkę z Conorem, mogącą mu zapewnić dostatnie życie na lata. Skoro z pół miliona dolarów zdołał podbić stawkę do dwóch baniek, to tym razem liczy na podobne negocjacje. Jednak nie zdaje sobie sprawy, że brak aktywności na macie (lub gdziekolwiek), skutkuje znaczącym obniżeniem jego wartości marketingowej i samo zwycięstwo z McGregorem w odległej przeszłości już nie wystarczy – ludzi już nie będzie obchodzić ta rywalizacja gdy w pobliżu są bardziej ciekawi zawodnicy jak: Tony Ferguson czy Khabib Nurmagomedov. Nawet Max Holloway wydaje się ciekawszym pojedynkiem od trzeciej walki z siedzącym od półtora roku na tyłku Diazem.

Osobiście uważam, że bój z Diazem był jednorazową rzeczą, która przerodziła się coś większego bo nikt nie spodziewał się, że Nate podda Conora. Diaz rysem psychologicznym pasował do roli rywala McGregora – twardy, nieustępliwy, pyskaty, mający zupełnie inny rodzaj trash-talku, charakterystyczny. Szanse jak najbardziej są na to by trzecia walka doszła skutku i Diaz robi wszystko by przeczekać i ponownie wstrzelić się w upragnioną rolę rywala Irlandczyka, żądając tym samym o kilka milionów więcej niż ostatnio. Ciężko powiedzieć co zrobi Conor/UFC, ale Nate wybrał już drogę kariery i jest to polowanie na 'super walki’. Przyszłość pokaże czy taka taktyka mu się opłaci.

Sztuki walki od 2004 roku. Pierwsza gala MMA - 2007. Instruktor Sportu, czarny pas w nunchaku jutsu. Pasy w Kenpo Jiu Jitsu i Sandzie. Doświadczenie w Boksie Tajskim. Wielokrotny Mistrz Polski w broni białej oraz ekstremalnych sztukach walki (XMA). Mistrz Europy w nunchaku.

2 KOMENTARZE

  1. Artykuł jest trafny, ale można go sprowadzić do jednego zdani: Diaz jest głupi. Nigdy już nie zarobi takiej kasy, nigdy już nie zawalczy z Connorem, który ma mnóstwo ciekawszych i bardziej intratnych propozycji.

  2. (najebany mocno)Dla mnie Diaz zawsze będzie zwykłym siurkiem do szczania, którego absolutnym maxem było TOP 5 dywizji. Jedynym jego znaczącym zwycięstwem w całej pierdolonej karierze było pokananie Kowboja 6 LAT TEMU. Gdyby nie Conor to by nigdy nie zaistniał i walczył – zgodnie z tym co mówi Łysy – za 20 tysięcy. Niech wypierdala na tą emeryturę i nie wraca, bo nie chce mi się ani go oglądać ani słuchać, zwłaszcza że jest to człowiek na skraju upośledzenia umysłowego. Ewentualnie dać go na odbudowanie dla Kevina Lee, żeby młody miał łatwą kasę, to jest wszystko do czego nadaje się ten głupek

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.