Alistair Overeem vs Antonio Silva
Foto: Esther Lin/MMAFighting.com

Właśnie mija tydzień od UFC 156. Tydzień, który fanom MMA upłynął na komentowaniu głównie dwóch pojedynków – Aldo vs. Edgar oraz Overeem vs. Silva. Młody Brazylijczyk, pokonując byłego mistrza wagi lekkiej, potwierdził przynależność do ścisłej czołówki bez podziału na kategorie wagowe, Antonio Silva natomiast bez skrępowania potłukł porcelanową wazę UFC z namalowanym ozdobną czcionką napisem “Alistair Overeem – przyszły pretendent do tytułu najlepszego zawodnika świata”. I jak to zwykle bywa, w najbardziej makabrycznym cyklu MMARocks zajmiemy się walką zakończoną nagłą utratą przytomności.

Twardy orzech do zgryzienia.

Możemy zaklinać rzeczywistość na wszelkie możliwe sposoby, nie zmienimy jednak tego, że obecnie waga ciężka w MMA jest w fatalnej kondycji. Wynika to z kilku czynników, jednak tym najistotniejszym powodem owego stanu rzeczy jest mała ilość mężczyzn ważących naturalnie powyżej 100 kg. To sprawia, iż już na starcie pula talentu jest uboższa niż powiedzmy w przedziale 70-93 kg. Dodatkowo spory odsetek „wielkich chłopów” zwyczajnie nie nadaje się do uprawiania tak złożonych sportów, jak mieszane sztuki walki (słaba motoryka). Jeżeli już natomiast trafi się Goliat o ruchach 90-kilogramowego mężczyzny, który dodatkowo ma odpowiednią etykę pracy, by stać się gwiazdą sportu, to najpewniej już w collage’u do jego drzwi puka oficjel NFL bądź NBA z kontraktem nie do odrzucenia. Tak to w skrócie działa w Stanach Zjednoczonych. Koszykówka i futboll amerykański – podobnie jak waga ciężka w MMA – potrzebują sprawnych gigantów. Problem wszechstylowej walki wręcz polega na tym, iż finansowo – jak na razie – nie może nawet zbliżyć się do wspomnianych „federacji” – zwłaszcza do NBA, która nie dość, że oferuje niebotyczne kontrakty, to jest również, ze względu na globalny zasięg koszykówki, niesamowicie atrakcyjnym sportem dla reklamodawców. To dlatego MMA nie doczekało się jeszcze swojego Shaquille’a O’Neala i obawiam się, iż długo może się nie doczekać.

Podobny problem tyczy się oczywiście także lżejszych kategorii wagowych, szczególnie dywizji muszej. Wagi lekkie ratuje jednak bądź będzie ratować w przyszłości kontynent azjatycki, na którym drobni mężczyźni to przecież większa część społeczeństwa. Zła sytuacja w ciężkim MMA siłą rzeczy musi rzutować na królewskiej kategorii wagowej w największej organizacji świata. Mimo że możemy bez większych trudności wymienić kilkunastu wartościowych ciężkich zatrudnionych przez Zuffę, to w praktyce ścisła czołówka ogranicza się do pięciu, sześciu nazwisk. Reszta stawki albo już nie jest albo nigdy nie będzie w stanie nawiązać wyrównanej walki o pas mistrzowski. I nie byłoby to problemem, gdyby jak w niższych kategoriach wagowych, w dolnych segmentach rankingów czekali potencjalni kandydaci na mistrzów (a przynajmniej na miejsca na podium kategorii). Zawodnicy, których w przeciągu roku, półtora można wypromować na tyle, by sportowo udźwignęli brzemię pojedynku z mistrzem. HW zwyczajnie brakuje talentu – co najlepiej widać właśnie teraz, po przegranej Overeema.

Nic więc dziwnego, że na długo przed wybiciem pierwszego gongu Dana White oficjalnie ogłosił, że jeśli holenderski Człowiek demolka wygra pojedynek z Silvą zapewni sobie walkę o pas mistrzowski przeciwko Cainowi Velasquezowi. Overeem jest nie tylko dobrym sportowo zawodnikiem, ale również (a może z punktu widzenia UFC przede wszystkim?) produktem z ogromnym potencjałem marketingowym. Łatwo zatem domyślić się za kogo w miniony weekend kciuki trzymali włodarze UFC.

Kolos na glinianych nogach

Wbrew pozorom powyższy nagłówek nie jest jedynie nawiązaniem do sytuacji Alistaira tuż po przyjęciu sierpowego w trzeciej rundzie. Kolosem na glinianych nogach można nazwać całą grę Holendra odkąd nabrał on kilogramów i przeszedł do wagi ciężkiej. Kolosem na glinianych nogach okazały się również plany związane z Overeemem w UFC – najpierw wpadka dopingowa, teraz porażka z rąk niezbyt medialnego Big Foota. Zastanówmy się jednak dlaczego jak na razie mistrz K-1 (World Grand Prix 2010) nie sprawdza się stojąc naprzeciw doświadczonych zawodników MMA, a przynajmniej naprzeciw tych będących w optymalnej formie.

Zapewne w tym akapicie nie powiem nic odkrywczego, jednak z kronikarskiego obowiązku muszę wyjaśnić rzecz fundamentalną – różnicę pomiędzy uderzaniem w K-1 a MMA. Mimo iż obie dyscypliny czerpią z bardzo podobnych technik, to poprzez różnice w przepisach są od siebie zupełnie inne. Przede wszystkim zadawanie ciosów w MMA bezwzględnie uwarunkowane jest obecnością obaleń i rzutów. Zagrożenie zapaśnicze wymusza zmiany już na etapie pozycji walki (nogi ułożone szerzej, nieco bardziej frontalnie) – by zawodnik mógł w każdej chwili wykonać odrzut i obronić wejście w nogi. Przeciwnik z dobrymi sprowadzeniami do parteru warunkuje również ilość stosowanych technik, znacząco redukując wszelakie kopnięcia (zwłaszcza zewnętrzne low kicki, które łatwo można przechwycić) i wymaga odpowiedniego planu – trzymanie na dystans i boksowanie, poruszając się do tyłu. Bardzo istotną różnicą są także rękawice. Duże, 10-uncjowe, pełne rękawice, jakie stosowane są w K-1, otwierają przed zawodnikami szereg możliwości defensywnych – można „łapać” ciosy proste, zasłaniać twarz szczelną gardą a w ostateczności całkowicie ukryć się za podwójną gardą. Malutkie (6 uncji) „piąstkówki”, w których walczą zawodnicy MMA, nie tylko premiują inne nawyki (zbijanie, a przede wszystkim unikanie ciosów), ale w pierwszej kolejności boleśnie ganią za to, co w K-1 często jest skuteczną obroną.

W czasie kiedy Overeem przeplatał występy w K-1 z tymi w MMA zamienił kategorie półciężką na ciężką/superciężką, i to właśnie ta zmiana, bardziej nawet niż zmiana zasad, odbiła się na obecnej grze Holendra. Wagę niżej Overeem był – śmiało można użyć takiego określenia – zupełnie innym zawodnikiem. Uderzał bardziej złożonymi kombinacjami, nie bał się pójść za ciosem, był dynamiczny. Wraz z przybraniem na wadze zamienił powyższe cechy na siłę fizyczną. Ogromną siłę fizyczną… i równie ogromne problemy z wydolnością. 120 kg mięśni potrzebuje regularnych dostaw tlenu, o który jak wiadomo wewnątrz octagonu nie łatwo. To z kolei sprawiło, że całą swoją dotychczasową grę musiał przekształcić na modłę napiętych muskułów. Oszczędza więc ciosy, uderzając krótkimi kombinacjami, by nie przeszarżować niczym Carwin w walce z Lesnarem. Aby nie wystrzelać się w pierwszych minutach walki. Zamienił kickbokserskie kombinacje na siłę ciosów i kopnięć. Czyste trafienie może więc w każdej chwili zakończyć walkę na korzyść Overeema. Schody zaczynają się dla niego, kiedy rywal nie pozwala się trafić silnym ciosem.
Jedyną rzeczą, która się nie zmieniała pomimo przejścia do innej wagi przez Holendra jest jego szczęka – delikatnie mówiąc, niezbyt odporna. Już w czasach PRIDE celnie trafiony Overeem rozsypywał się i po chwili walka kończyła się interwencją sędziego. Dziś nie jest inaczej, czego przykład mieliśmy podczas UFC 156.

Ty nie szanować wielka stopa

Wiele razy w kontekście tego pojedynku powtarza się jakoby Overeem miał zlekceważyć Silvę. Przyznam, że w pierwszej chwili również takie myśli chodziły mi po głowie. Kiedy jednak obejrzałem walkę ponownie, przypomniałem sobie jego starcie z Brockiem Lesnarem ta teoria odeszła w niepamięć.
Tak, Overeem trzymał ręce nisko… za nisko. Można to tłumaczyć nastawieniem na obronę obaleń (ręce nisko to ułamek sekundy szybsze uzyskanie podchwytu, od którego zaczyna się zapaśnicza defensywa) choć ja nie do końca zgodzę się z tą teorią. Overeem trzymał ręce tak nisko, tak nienaturalnie blisko siebie, że momentami wydawało się, iż jedyne z czym walczy to chęć podrapania się po kroczu. Nie na tym polega gotowość do obrony wejść w nogi. Zresztą w całej walce Silva wykonał raptem dwie próby obalenia, które dodatkowo były tak płytkie, że przeciętnej klasy zapaśnik wybroniłby je z normalnej pozycji.
Opuszczanie rąk, niskie, bokserskie uniki i bananowy uśmiech towarzyszący Holendrowi od momentu wejścia do klatki były oznaką braku szacunku… próbą wytrącenia rywala z równowagi. Brak szacunku nie równa się jednak lekceważeniu. Naturalnie jedno nie wyklucza drugiego, lecz nie ma znaku równości pomiędzy tymi słowami, a w tym konkretnym przypadku była to gra ze strony Overeema. Gra mająca na celu sprowokowanie Silvy i otwarcie drogi do użycia ciężkiej artylerii. Nie doszukiwałbym się tu lekceważenia. Z Lesnarem walczył bardzo podobnie i w  tamtej walce zdał egzamin. W tej również się sprawdzało, przynajmniej przez dwie pierwsze rundy.

Wielkie mięśnie, wielki problem

Co zatem przyczyniło się do ostatecznej porażki trenującego w Blackzilians Holendra? Trenerzy Antonio Silvy powtarzają, że planem na walkę było przeczekanie pierwszej rundy i zaatakowanie w drugiej – kiedy Alistair będzie już osłabiony. I rzeczywiście wydaje się to prawdą. W pierwszej rundzie Brazylijczyk zanotował w zasadzie dwie ofensywne akcje – próbę obalenia i kombinację prostego i wysokiego kopnięcia. Cała reszta była jedynie straszeniem i pozorowaniem akcji. Poza tymi – i tak niewyraźnymi – momentami cała inicjatywa w tej rundzie stała po stronie Holendra. Nie była ona oczywiście jakaś kolosalna, Overeem punktował kombinacjami dwóch ciosów, trafił kilka prostych i haków. Oprócz tego drwił z rywala, sadząc proste i niskie kopnięcia z wysokości bioder. Zanotował również kilka kolan w klinczu, a to wszystko zebrane razem dało mu u sędziów w pełni zasłużoną rundę 10-9.

Od drugiego gongu Silva rozpoczął bardziej agresywnie – co by się zgadzało ze słowami trenerów. Plany na dobrą drugą rundę dla Brazylijczyka zniweczył jednak sam Overeem, który przy wymianie w półdystansie sklinczował i wykonał obalenie. Ofensywa Holendra z górnej pozycji trwała praktycznie przez całą rundę (kilka mocnych ciosów, uderzenia łokciami) i przesądziła o punktacji – po raz kolejny zasłużone 10-9 dla Holendra. Warto jednak zwrócić uwagę na postawę Big Foota, który w parterze skupiał się wyłącznie na obronie i to w taki sposób, by dać Alistairowi możliwość zadawania ciosów. Bardziej zaawansowana obrona ze strony Silvy następowała dopiero w momencie większego zagrożenia – kiedy Reem trafiał mocniejszymi ciosami. Wtedy Brazylijczyk podnosił głowę, kleił się do przeciwnika i wiązał jego ręce. Dopiero w sytuacji faktycznego zagrożenia, nie wcześniej. Wyraźnie zatem widać, że chciał by Overeem się wystrzelał. Zresztą w pierwszej rundzie było dokładnie tak samo, z tą tylko różnicą, iż walka toczyła się na nogach.

Punktem przełomowym w tym pojedynku była końcówka drugiej (tak, drugiej) rundy. Na trzydzieści sekund przed końcem Herb Dean podniósł walkę do stójki. W tym momencie Silva wiedział już, że Overeem nie ma sił i zaatakował bardziej zdecydowanie. Co prawda, te kilka celnych ciosów i łokci w żaden sposób nie mogły przeważyć ponad czterominutowej kontroli Overeema, ale dały Silvie pewność, że walka jest do skończenia. I rzeczywiście, trzecia runda była jedynie wykończeniem tego, co Big Foot rozpoczął w końcówce drugiej odsłony.

Od następnego gongu Brazylijczyk nacierał z wielką determinacją, bardzo szybko (po rozerwaniu klinczu) trafił prawym podbródkowym, który napoczął Holendra. Dalsza nawałnica ciosów zmusiła Overeema do ukrycia się za podwójną gardą, co było początkiem jego końca. Taki sposób obrony nie był w stanie zatrzymać choćby większości ciosów rywala, a dodatkowo pozbawił holenderskiego kickboksera podglądu na całą sytuację. Świetnie wykorzystał to Silva, który atakował mocnymi kombinacjami kiedy tylko Ali opuszczał ręce. Właśnie tak dosięgnął głowy Holendra wysokim kopnięciem. Będący w tarapatach Overeem starał się uciec w klincz, jednak i tam rywal nie przestawał trafiać.
Zmęczenie Overeema uniemożliwiało mu nawiązanie jakiejkolwiek walki. Ręce trzymał nisko już nie by drwić z przeciwnika, a dlatego że nie miał sił przez cały czas trzymać gardy. Wiedział o tym Silva, który po rozerwaniu uścisku trafiał sierpowymi. Dodatkowo uniki tułowiem, które w pierwszej rundzie zdawały egzamin po dziesięciu minutach walki były tak wolne, iż nie stanowiły żadnej ochrony przed ciosami. Dokładnie w takim momencie silnym prawym prostym trafił Antonio Silva – kiedy Overeem starał się zejść z linii ciosu. Kolejny prosty całkowicie odłączył zasilanie w organizmie Holendra, a seria podbródkowych i sierpów powaliła go nieprzytomnego na ziemię.

 

Jakub Bijan
FREESTYLE || GRECO