Znajomy powiedział mi kiedyś, że pił wódkę całe życie i nigdy mu nie smakowała. Ja całe życie walczyłem i nigdy przesadnie nie lubiłem tego robić. Może brzmi to zaskakująco, ale ta myśl zawsze pojawiała się w mojej głowie w nocy tuż przed starciem. Nie mogłem wtedy spać. Stres był ogromny, a ja leżałem w łóżku i rozmyślam. Wiem, że najlepiej byłoby się dobrze wyspać i zregenerować. Niestety nic nie pomagało.

Walczyłem od piętnastego roku życia. Na różnych arenach stoczyłem ponad 70 zawodowych pojedynków. Wydawać by się mogło, że takie doświadczenie powinno sprawić, iż stres zniknie, a ja będę coraz bardziej pewny swego. To jednak nigdy się nie zmieniło. Natomiast przez lata nauczyłem się przekuwać strach i stres w determinację i wolę walki. Ludzie mówili, że nie było widać po mnie nerwów, że gdy stawałem twarzą w twarz z rywalem, wyglądałem na rozluźnionego i pewnego siebie. Pozory. Część tej gry. Musisz udawać. Walka psychologiczna przed starciem jest elementem całego spektaklu. Jeśli przegrasz przed wyjściem na arenę, przegrasz też w klatce.

Dlaczego walczyłem? Zadawałem sobie to pytanie wielokrotnie. Lubiłem ten styl życia. Lubiłem treningi. Lubiłem atmosferę sali treningowej, ciągły rozwój, dążenie do perfekcji. Lubiłem też uczucie jakie ogarniało mnie po każdym zwycięstwie – fala euforii nieporównywalna z żadnym narkotykiem. Nie wyobrażałem sobie pracy w korpo i siedzenie w biurze po osiem godzin. Walczyłem też dla rodziny. Tylko w taki sposób potrafiłem zapewnić jej utrzymanie. Nie umiałem niczego innego. Myśląc o całym moim życiu przyznaję, że bijąc się byłem szczęśliwym człowiekiem. I chociaż nie cierpiałem samego momentu walki, wychodziłem na arenę jedynie dwa lub trzy raz w roku. Trzy dni stresu to niewielka cena za życie, które się kocha. Myślę, że wiele osób nie może liczyć na taki komfort.

Początki w tym biznesie były trudne. Gdy rozpocząłem treningi, nie myślałem, że będę kiedyś z tego żył. Bakcyla złapałem jednak od pierwszej wizyty na sali i choć po wycisku na macie wszystko mnie bolało, poczułem, że znalazłem swoje miejsce na ziemi. Pamiętam, że w trakcie pierwszych sparingów bokserskich, gdy trafiałem swojego rywala, zaraz chciałem go przepraszać. Musiałem przezwyciężyć w sobie wiele blokad i wiele psychicznych oporów. Sporty walki to nie wyścig na bieżni, tu chcąc wygrać musisz pokonać nie tylko swoje słabości, ale też sprać rywala, czasami do nieprzytomności. Fascynujące jest jednak to, że walka w niesamowity sposób zacieśnia relacje międzyludzkie. Gdy spędzisz z kimś piętnaście intensywnych minut w klatce lub na macie, czujesz do rywala dużą dozę szacunku i wdzięczności za to, że wyszedł z tobą do rywalizacji. Koledzy z maty stają się twoją rodziną. Bywa oczywiście, że trafisz w walce na zwykłego gnojka lub zakompleksionego bandytę, który na sali treningowej szuka ucieczki od realnego życia i chce każdemu udowodnić jakim jest zakapiorem. Wtedy po skopaniu mu dupska odczuwasz jedynie satysfakcję.

Doskonale pamiętam swoją pierwszą walkę amatorską. Miałem piętnaście lat. Wychodząc na matę czułem autentyczne przerażenie. Miałem wrażenie, że chłopak z drugiej strony jest pewny swego i z pogardą spogląda na mnie, wiedząc, że to moja pierwsza konfrontacja. Dodatkowo fizycznie wyglądał znacznie lepiej ode mnie. Nie wiem, czy czymś się szprycował, ale był świetnie zbudowany, a z jego postawy emanowała siła. Zaraz jednak po tym jak zaczęliśmy wyprowadzać ciosy, okazało się, że jego umiejętności są na znacznie niższym poziomie niż moje. Trafiałem go więc raz za razem, unikając spokojnie jego kontr. Szybko przejąłem inicjatywę, a buzująca w ciele adrenalina tylko dodawała mi skrzydeł. Walka skończyła się dosłownie po minucie, a ja mogłem cieszyć się z pierwszego nokautu i zwycięstwa przed czasem, ale gdy tylko starcie zostało przerwane, o mało co nie zemdlałem. Przez stres w trakcie walki prawie przestałem oddychać. Serce waliło mi jak oszalałe, a ja ledwo trzymałem się na nogach. Wówczas też zobaczyłem jak długo droga przede mną i jak wiele muszę się jeszcze nauczyć. Całe szczęście, nie zachłysnąłem się wygraną i nie uznałem, że już jestem mistrzem świata. Próżność nigdy nie pojawiała się w mojej głowie, nawet po największych tryumfach. Zawsze czułem, że mogę jeszcze coś poprawić, coś dopracować. Gdy natomiast przegrywałem, motywacja do dalszych treningów była jeszcze silniejsza.

Decyzję o wejście do zawodowego świata mieszanych sztuk walki podjąłem dopiero po stoczeniu jakichś trzydziestu starć amatorskich. Wiedziałem, że droga na szczyt w tym sporcie jest kręta i zdradliwa, a tylko nieliczni mogą z tego żyć na dobrym poziomie i zapewnić godne funkcjonowanie swojej rodzinie. W każdej chwili można było złapać kontuzję, która na lata eliminowała ze sportu. Na szczęście rozwój nanotechnologii, sztucznej inteligencji, a co za tym idzie, narzędzi diagnostycznych i treningowych, pozwalały na coraz szybszy powrót do zdrowia zawodników. Oczywiście było też sporo nielegalnego wspomagania, które dziś w zasadzie zostało całkowicie wyeliminowane z całego świata sportu. Choć może bardzie pasowałoby stwierdzenie, że zostało zastąpione. Gdy jednak zaczynałem, niektórzy rywale świecili w nocy jak elektrownie atomowe. Nie będę udawał świętego. Też próbowałem różnych rzeczy. Niestety mój organizm nie reagował dobrze na takie bodźce, więc ostatecznie odstawiłem wszystko czego próbowałem i skupiłem się na dalszej karierze. Nie stać mnie też było na dobry towar, więc jechałem na sucho.

Przełom w walce z dopingiem nastąpił, gdy stworzono MicroDiaga. To cholerne narzędzie pozwalało dosłownie w kilka sekund ustalić w zasadzie wszystko, co organizm w sobie zawierał. Światowa Agencja Antydopingowa ruszyła więc na podbój sal treningowych i można powiedzieć, że ostatecznie wygrała wojnę z dopingiem. Na szczęście ktoś też poszedł po rozum do głowy i przestał udawać, że sport zawodowy to zdrowie i radosna rywalizacja. Każdy zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo zawodowstwo wyniszcza organizm. Ostatecznie dopuszczono więc do użytku niektóre substancje, które pozwalały na szybszą regenerację sportowców, a które wcześniej były zakazane. I tak o to w sporcie nagle okazało się, że wszyscy mają prawie równe szanse, przynajmniej teoretycznie, przynajmniej w zakresie chemicznego wspomagania.

Zawodnicy sportów walki odczuli technologiczne i medyczne zmiany bardzo mocno. W końcu po każdej walce może pojawić się sporo kontuzji, które należy szybko zaleczyć. Im wolniej trwa cały proces, tym mniej możesz walczyć i tym mniej pieniędzy spływa na twoje konto. Biliśmy się więc korzystając z dobrodziejstw nowych technologii i medykamentów, a naukowcy pracowali dalej nad tym, jak jeszcze nam „pomóc”, czyli, jak jeszcze bardziej uatrakcyjnić widowisko.

Gdy mając 30 lat trafiłem do największej organizacji MMA na świecie, poczułem, że złapałem Boga za nogi. Było ciężko. Krew lała się strumieniami, ale na konto płynęła coraz szersza rzeka pieniędzy. Kontrakt był rygorystyczny, a i tak każdy go podpisywał, bo tylko tu można było zdobyć największą kasę. Białe krawaty siedzące na szczycie Olimpu świata sportów walki dostarczały gawiedzi walk na miarę rzymskiego Koloseum, a my za cenę nieopisanego bólu i ryzyka, mogliśmy liczyć, że w końcu worek z pieniędzmi rozwiąże się nad naszymi głowami.

Każdą kontuzję mogłem już wówczas leczyć z dnia na dzień. Organizacja miała swoją placówkę medyczną, która na bieżąco zajmowała się zawodnikami. Raz zakończyłem starcie z rozciętym łukiem brwiowym, trzema złamanymi żebrami, złamanymi kośćmi dłoni, złamanym nosem i naruszoną wątrobą. Gdy wynoszono mnie z klatki, czułem się jakbym umierał, a moje ciało bolało tak bardzo, jakby było rozrywane przez stado wilków. Cierpiałem niemiłosiernie, szczególnie po tym, jak opadł poziom adrenaliny. Cała twarz pulsowała mi od przyjętych ciosów. Nogi miałem opuchnięte i posiniaczone. Katusze jakie przechodziłem były trudne do opisania. Zgarnąłem jednak bonus za walkę wieczoru, co nieco osładzało cały koszmar jaki przeżywałem po walce. Trzy dni później wyszedłem ze szpitala organizacji jak nowo narodzony, a trzy miesiące później znowu walczyłem.

Nazywano nas współczesnymi gladiatorami. I faktycznie coś w tym było. Walczyliśmy na śmierć i życie, tylko pod koniec sędzia przerywał starcie, zanim ktoś zginął. W trakcie samej walki jednak każdy chciał rywalowi urwać głowę i z roku na rok byliśmy tego bliżsi. Po tym jak wyeliminowano ze świata sportu wspomaganie farmakologiczne, wyścig zbrojeń przybrał zupełnie nową, nieoczekiwaną formę. Pierwszym szokiem dla świata okazał się zawodnik, o którym mówiono, że ma pięści z tytanu. Gdy nimi trafił, nokautował przeciwnika. Zawsze. Stał się ulubieńcem tłumów i postrachem wśród fighterów. Uległ jednak wypadkowi samochodowemu i poważnie pokaleczył sobie dłoń. W trakcie operacji okazało się, że faktycznie miał w niej prawdziwe kowadło. Cała ręka była naszpikowana implantami kości, stworzonymi z durum, niesamowicie trwałej masy, która działała jak prawdziwe kowadło przy uderzeniu rywala, a której nie można było wykryć zwykłym prześwietleniem lub skanem ciała.

Kolejny wpadł koleś, który zamówił sobie implanty skóry na twarzy. Dzięki temu nie było możliwości, żeby go choćby drasnąć. Pięści dosłownie ześlizgiwały się po gębie. O poważniejszym rozcięciu nawet nie można było marzyć. Skóra okazała się ciekawym wynalazkiem, ale na krótko. Szybko bowiem organizacje MMA wyposażyły cutmanów, czyli ludzi klajstrujących nasze rany w przerwach między rundami, w nowe, laserowe zestawy medyczne. Dzięki temu, każde rozcięcie w trakcie przerwy było błyskawicznie zespalane, a zawodnik mógł spokojnie walczyć dalej. Z jednej strony wyeliminowało to możliwość przegrania przez rozcięcie właśnie, z drugiej mniej krwi w klatce otworzyło MMA drogę do nowych odbiorców, sponsorów i mediów, które unikały tego sportu ze względu na krew. Upieczono więc dwie pieczenie na jednym ogniu. Organizacje mogły w więcej miejsc sprzedawać prawa do transmisji i kusić nowych sponsorów, a my mogliśmy się dłużej bić i dawać lepsze show. Dodatkowo na nowo rozkręcił się system turniejowy, kiedy to w jedną noc można było walczyć nawet cztery razy. Połatani zawodnicy, nawet po ciężkim boju, wracali do klatki i bili się dalej.

Wyścig zbrojeń trwał w najlepsze. Zawodnicy walczący na najwyższym poziomie mieli zapewnionych tzw. technicznych trenerów, czyli technologię opartą na sztucznej inteligencji, która na bieżąco monitorowała każdy aspekt przygotowań i jego wpływu na organizm. Trening był więc idealnie dopasowany do osoby, a każdy błąd, zbyt duże obciążenie korygowano na bieżąco. Dzięki nanotechnologii pojawiła się możliwość wspierania zawodników różnego typu mikroskopijnymi nowinkami, chipami i całym tym nanobadziewiem, które przyspieszało ruchy, zwiększało siłę ciosu itd. Światowa Agencja Antydopingowa wróciła więc do walki, tym razem z zupełnie nowym przeciwnikiem. Niektóre wszczepy były akceptowalne, szczególnie te, pomagające w regeneracji.

Prawdziwy przełom dla zawodników nastąpił jednak w roku 2050. Wówczas to udało się stworzyć nanoboty działające w mózgu, które całkowicie eliminowały możliwość jego uszkodzenia w trakcie walki. Coś, co nastręczało najwięcej problemów zdrowotnych zawodnikom okazało się możliwe do wyeliminowania. Pojawił się jednak jeden problem. Brak wstrząsów mózgu oznaczał brak nokautów. Sól sportów walki bez tego całkowicie straciłaby swój smak. I chociaż politycy i niektóre komisje sportowe naciskały na wprowadzenie tej technologii do stałego użytku, organizacje nie chciały rezygnować z efektownych skończeni w klatkach. Nikt nie wiedział jak taka sytuacja mogłaby wpłynąć na oglądalność. Już możliwość szybkiego zszywania rana został niezbyt ciepło przyjęta przez część fanów. Brak nokautów mógłbym podkopać fundamenty biznesu sportów walki. Rzeka pieniędzy od korporacji popłynęła więc do polityków i lobbystów. A gdy tylko jakaś korporacja chciała, aby dane prawo nie weszło w życie, na pewno nie wchodziło. Ostatecznie więc z nowej technologii zawodnicy mogli korzystać w trakcie sparingów, przygotowując się do walki. Podczas gal trzeba było jednak wychodzić z „czystą głową” i możliwością zgarnięcie nokaut. Wszystko to spowodowało, że walczyliśmy jeszcze mocniej i jeszcze brutalniej. Z czasem zacząłem jednak myśleć, że niedługo to już nie ludzie będą się bić w klatkach i na ringach, ale roboty w ludzkiej skórze, którymi z wolna się stawaliśmy.

W wieku 47 lat byłem na szczycie mojej kariery. Niegdyś nie do pomyślenia, żeby po czterdziestce rywalizować z najlepszymi. Zarabiałem świetne pieniądze. Walczyłem nawet pięć razy w roku, a moje życie ograniczało się do ciągłego obozu przygotowawczego. To było jak narkotyk. Chęć rywalizacji, konfrontowania się z kolejnymi rywalami. Sława, fani, pieniądze… Nawet nie wiem kiedy i jak to się stało, że zacząłem wracać do pustego domu. Żona i córka wyprowadziły się, a ja zostałem zupełnie sam. Wówczas zacząłem trenować jeszcze więcej. Zatraciłem się zupełnie. Spędzałem na macie całe dnie i jeszcze bardziej pogrążałem się w chaosie kolejnych walk i przygotowań. Szło mi jednak coraz gorzej. Ostatecznie mimo całego technologicznego wsparcia w pewnym wieku nie dawało się z organizmu wycisnąć już nic więcej. W końcu straciłem najlepszego pracodawcę w świecie MMA. Walczyłem jednak dalej, dla mniejszych organizacji, aż wylądowałem pod skrzydłami lokalnej marki, oglądanej nie przez miliony, a przez kilka setek kibiców. Biłem się za marne grosze i nie potrafiłem znaleźć drogi wyjścia z tej matni. Pieniądze z konta prysnęły jak bańka mydlana. Musiałem sprzedać dom. Nie stać mnie było na przedłużenie licencji działania niektórych czipów w organizmie. Czułem, że stoczyłem się na samo dno mojego świata i czułem również, że od tego dna nie dam rady się już odbić.

Wiele lat wcześniej pracowałem ze sportowym psychologiem, który zapisał mi świetne tabletki pozwalające na oczyszczenie głowy ze zbędnych emocji. Nie łykałem ich często, ale od czasu do czasu pomagały mi przetrwać trudniejsze momenty w karierze, szczególnie ciężkie chwile po porażkach. Niestety tabletki miały jedną wadę, nie można było ich brać tuż przed walką, bo w poważny sposób obciążały serce i układ nerwowy. Połączenie tej farmakologii ze stresem i adrenaliną z walki mogło doprowadzić do zawału lub wylewu.

Gdy byłem na dnie, przypomniałem sobie o tych pigułkach i nagle wszystko zaczęło układać się w mojej głowie w logiczną całość. Nie czułem obawy. Wiedziałem już, co muszę zrobić.

Siedzę teraz w szatni, tuż przed ostatnim starciem w karierze. Zawsze w takich chwilach lubię pobyć nieco sam. Trener wyszedł na korytarz, a ja spoglądam na ekran z podglądem gali. Żałuję, że ostatniej walki nie stoczę dla większej widowni. Żałuję, że nie będę miał okazji pożegnać się z karierą w wielkim stylu. Może jednak taka droga była mi pisana. Może od początku byłem skazany na taki koniec. Sam już nie wiem co o tym myśleć. Sięgam do torby i wyciągam pudełko z tabletkami. Wysypuję na dłoń połowę jego zawartości. Łykam, popijam wodą i wychodzę się bić. Idę spotkać swojego ostatniego rywala, znaleźć drogę wyjścia. Tłum wiwatuje, światła błyskają, a ja słyszę coraz mniej, jestem coraz spokojniejszy. Wchodzę do klatki. Drzwi się zamykają, a sędzia daje znak.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

11 komentarzy (poniżej pierwsze 30)

...wczytuję komentarze...

Avatar of Jacek Łosak
Jacek Łosak

Moderator

8,928 komentarzy 16,585 polubień

Coś dłuższego do poczytania na weekendowy relaks.

Odpowiedz 6 polubień

Avatar of GypsyKing
GypsyKing

Bellator
Middleweight

4,494 komentarzy 13,174 polubień

Coś dłuższego do poczytania na weekendowy relaks.

:pudzianfap:

:conorsalute:

Odpowiedz 5 polubień

S
Shadowmma

Oplot Challenge
Featherweight

2 komentarzy 4 polubień

Dobra to teraz czekam na książkę, opowiadanie mocno fantastyczne ( abstrakcyjnie wręcz )ale czyta sie płynnie i przyjemnie , w dodatku dobrze opisane odczucia z maty i swietne zakończenie. Graty

Odpowiedz 4 polubień

Avatar of ermine
ermine

Shark Fights
Heavyweight

1,380 komentarzy 4,717 polubień

Kawul nakręci o tym film

Odpowiedz 1 Like

Avatar of Jacek Łosak
Jacek Łosak

Moderator

8,928 komentarzy 16,585 polubień

Dobra to teraz czekam na książkę, mocno fantastyczne ( abstrakcyjnie wręcz )ale czyta sie płynnie i przyjemnie , w dodatku dobrze opisane odczucia z maty i swietne zakończenie. Graty

Dzięki. Do książki raczej daleka droga, ale może kiedyś coś w odcinkach na MMARocks. Zobaczymy.

Odpowiedz 3 polubień

Avatar of Cyklop Schabowy
Cyklop Schabowy

UFC
Bantamweight

8,294 komentarzy 18,609 polubień

Czegoś takiego jeszcze do tej pory nie czytałem. Bardzo przyjemna lektura, nie zabrakło wątków typowych dla science fiction. Z drugiej strony wysoka technologia dość szybko się rozwija i kto wie, czy część z wyżej przedstawionych pomysłów rzeczywiście nie wejdzie w życie. Liczę na kolejne tego typu wpisy, bo potencjał z pewnością jest :conorsalute:

Odpowiedz 4 polubień

Avatar of Cassius42
Cassius42

Vale Tudo
Open

20,956 komentarzy 34,775 polubień

"W wieku 47 lat byłem na szczycie mojej kariery. Niegdyś nie do pomyślenia, żeby po czterdziestce rywalizować z najlepszymi." :bye:
Pudzian zamyślony 12572075d21.png:lol:
"Walczyłem jednak dalej, dla mniejszych organizacji, aż wylądowałem pod skrzydłami lokalnej marki, oglądanej nie przez miliony, a przez kilka setek kibiców." :wink::lol:
:kawulpokapoka:

Odpowiedz 4 polubień

Avatar of Jakub Madej
Jakub Madej

Moderator

4,609 komentarzy 14,142 polubień

Mega @Jacek Łosak :applause: Nie miałem kiedy wcześniej do tego usiąść, ale w końcu mi się udało. Bardzo dobre :beer:

Odpowiedz 2 polubień

Avatar of Siedem
Siedem

Kapitan Ulicy

18,148 komentarzy 47,931 polubień

Taktyk, bo wczoraj miałem przeczytać a nie mogłem kurwa znaleźć, gdzie przed wczoraj jeszcze widziałem, jak przeczytam to dam lajka, choć wiem że mógłbym dać w ciemno.

Odpowiedz 1 Like

Avatar of Jacek Łosak
Jacek Łosak

Moderator

8,928 komentarzy 16,585 polubień

Mega @Jacek Łosak :applause: Nie miałem kiedy wcześniej do tego usiąść, ale w końcu mi się udało. Bardzo dobre :beer:

Dzięki wielkie :beer:

Odpowiedz polub

Avatar of Cassius42
Cassius42

Vale Tudo
Open

20,956 komentarzy 34,775 polubień

Mega @Jacek Łosak :applause: Nie miałem kiedy wcześniej do tego usiąść, ale w końcu mi się udało. Bardzo dobre :beer:

Dzięki wielkie :beer:

A to redaktorzy z Cohones to nie siedzą razem w jednym pokoju redakcyjnym...
:wink: :lol:

Odpowiedz polub