Marzenia Maryny Moroz o walce z Joanną Jędrzejczyk prysły wczorajszej nocy. Ukrainka nie zdołała pokonać Valérie Létourneau po słabym starciu, które tylko pokazało jak daleko jest reszta dywizji za Joanną czy Claudią Gadelhą.
Maryna stała się trochę ofiarą własnego „hype’u”. W debiucie UFC szybko poddała, będącą ostatnio w bardzo słabej dyspozycji Joanne „JoJo” Calderwood. Po tym zwycięstwie wskoczyła na siatkę i zaczęła wyzywać Polkę do walki. Świeżutka dywizja słomkowa potrzebuje charakterystycznych zawodniczek, a jeśli na dodatek taka charakterystyczna zawodniczka wygrywa w ładnym stylu (choćby to było dopiero jedno zwycięstwo), to tym lepiej. Mistrz zawsze musi mieć pretendentów chcących mu ukraść tytuł, inaczej ten tytuł nie ma żadnego sensu. W żeńskich dywizjach powstał jednak pewien problem. Zacznijmy od dywizji koguciej: By walczyć o pas, przeciwniczki Rondy muszą wygrać mniej więcej trzy walki w dywizji (Zingano – 3, Davis – 3, Correia – 3). No… chyba, że któraś dziewczyna jest charakterystyczna i łatwo się sprzeda gdy panuje bezrybie. Wtedy wystarczą dwa zwycięstwa. Mówię tu o Holly Holm, która wygryzła Mieshę Tate z walki o pas. Czy panuje bezrybie w dywizji koguciej kobiet? Owszem, panuje. Jeśli następuje trylogia w rywalizacji, to znaczy, że wszystko się kisi we własnym sosie i brak jest nowych składników do sałatki. W oficjalnym rankingu miejsca #2 i #3 zajmują rywalki, które spędziły z Rondą w oktagonie łącznie 30 sekund. A #1 miejsce należy do zawodniczki, która dwukrotnie już odniosła porażkę z mistrzynią. Jest jeszcze Amanda Nunes, ale ona ledwo co wygrała dwie walki. Niech wygra jeszcze jedną, wtedy wpisze się w schemat „trzy zwycięstwa = Ronda”. Dlatego tak łatwo było sięgnąć po Holly Holm. Dylemat między Nunes a Holm zapewne był, ale pomimo iż to Amanda ładnie kończy swe rywalki i jest milion razy bardziej widowiskowa, to Holm jest marketingowo lepszym towarem dla UFC – tej chwili.
Dzięki temu zagraniu i potencjalnym zestawieniu Tate z Nunes, UFC ma w zapasie kolejną pretendentkę, którą będzie można fajnie wypromować, obojętnie czy wygra jedna czy druga. Gdy zwycięży Tate, promocja będzie szła w tym stylu: „dwukrotnie przegrała z Rousey, lecz teraz jest to kompletnie inna zawodniczka, która pokonała aż pięć rywalek z rzędu! Teraz – w przeciwieństwie do poprzednich startów – jest gotowa by po raz trzeci rzucić wyzwanie Rondzie!”. Jeśli wygra Nunes, będzie oczywiście mowa o „niesamowitej i brutalnej Brazylijce, która demoluje swe rywalki w klatce [taka trochę Cat Zingano 2.0]”. Trzy zwycięstwa będą, z czego dwa (lub trzy) brutalne skończenia i wszystko by się zgadzało do dalszej promocji. Z tego właśnie względu zestawienie Holm dla Rousey było bardzo dobrym posunięciem, bo pomimo dwóch walk na koncie w UFC, jest w stanie się lepiej sprzedać niż znana tylko fanom sportu Nunes czy odgrzewany trzeci raz kotlet z Tate. Ronda ma ten dar, że uaktywnia przed telewizorami tych widzów, którzy nie zawsze zamawiają PPV na UFC – o czym świadczą liczby, które są zdecydowanie wyższe od rozpisek, które Rondy nie posiadają. Dlatego nie ma co tu patrzeć na zestawienie dobre z punktu widzenia „sportu”. Na bezrybiu dywizji koguciej, jest to sytuacja win-win.
Wracając do kategorii słomkowej: o tym jaka panuje sytuacja w dywizji, najlepiej świadczy fakt, że pierwsza pretendentka do tytułu (bowiem uznaję, że Asia jest pierwszą „normalnie” koronowaną mistrzynią w UFC [pomijając tytuł zdobyty przez Esparzę w reality show TUF]) Jessica Penne, musiała wygrać jedną, tylko jedną walkę by zmierzyć się z Asią. Można pisać, że wcześniej miała zwycięstwo w Invictcie, ale ani to zwycięstwo nie było w organizacji w której jest walka o pas, ani tamta przeciwniczka szału nie robi (bilans 8-8). Na dodatek Penne wygrała tę jedną walkę w UFC, przez niejednogłośną decyzję. Kiszenie się dywizji słomkowej następuje o wiele szybciej niż koguciej, gdyż tu, po zaledwie JEDNEJ obronie pasa tej nowej dywizji, w oficjalnym rankingu UFC na dwóch pierwszych miejscach znajdują się dwie przeciwniczki już pokonane przez Joannę. Claudia Gadelha potrzebowała (kolejny raz) tylko jednej, jedynej walki by zdobyć miano pierwszej pretendentki, a Carla Esparza siedzi sobie na #2 pozycji pomimo porażki w ostatniej walce, którą zadała jej Joanna. Wiadomym jest, że rewanż z Gadelhą ma inne podłoże, czyli takie, które łatwo sprzedać: niejednogłośna decyzja, zła krew (pomimo zapewnień o wzajemnym szacunku), cios z partyzanta a.l.a Paul Daley po zakończeniu starcia itd. A jakie będzie wytłumaczenie w przypadku Esparzy? Że była mistrzynią z TUF-a i w starciu z Joanną była przemęczona? Innym przykładem było potencjalne starcie Joanny z Joanne Calderwood. „Jojo” dostałaby walkę o pas gdyby wygrała z Moroz, czyli… po dwóch zwycięstwach w UFC. Dywizja jest młoda, a mistrzyni nie może czekać aż się wyklarują pretendentki z trzema zwycięstwami na koncie (jak w kategorii Rondy) – to jest zrozumiałe. Dlatego właśnie do bilansu często doliczane są „walki pokazowe” z TUF-a lub z innych organizacji.
I dlatego właśnie Maryna Moroz była tak ważna dla dywizji słomkowej. Nowa charakterystyczna twarz, pełna werwy – idealne marketingowo zestawienie do uformowania. Niestety Moroz to nie Amerykanka, ale konfrontacja Polsko-Ukraińska mogłaby się również sprzedać… być może nawet zmieniono by Las Vegas na Polskę, jako miejsce kolejnej obrony. Także Maryna była ciekawym, ale przede wszystkim potrzebnym dodatkiem do kategorii Asi, która potrzebuje swojej własnej Holly Holm. Nie można powiedzieć, że Claudia Gadelha gadaniem sobie wywalczyła bój z Asią, jednak na pewno nie zaszkodził tu notoryczny trash talk w mediach i ciągłe przypominanie, że większość obserwatorów oceniło ich walkę na korzyść Brazylijki. Moroz po zwycięstwie z Joanną również wpadła w obsesję na punkcie Polki, czy to pod publiczkę czy naprawdę uwierzyła, że „hype is real” – to nie jest istotne. Ważne jest, że była świeżym powiewem, który był potrzebny tej kategorii (pomimo faktu, że praktycznie dopiero co została utworzona). Tak jak Conor McGregor tchnął życie w piórkową w której znowu Chad Mendes wysuwał się na prowadzenie po dwóch porażkach z Jose Aldo lub jak wspomniana już Holm, przedłuża ekscytację Rondą – odsuwając „jeszcze” Nunes czy Tate od niej.
Oczywistym jest fakt, że wszystko to dzieje się racji małej liczby zawodniczek w dwóch żeńskich dywizjach, a wrażenie powtarzalności potęguje fakt, iż mistrzynie dominują swe rywalki. W koguciej jest 26 zawodniczek, a w słomkowej 29. Spośród tych ledwo trzydziestu „fighterek”, wyklarowała się czołówka, a reszta stanowi przysłowiowy „szrot”. O ile dzieje się tak w każdej dywizji, to w tak małym zbiorze ludzi, jest to jeszcze bardziej widoczne. Asia na szczęście ma na dzień dzisiejszy o wiele większy rozstrzał wśród potencjalnych rywalek… których jeszcze nie pokonała. Na horyzoncie pojawiają się Michelle Waterson, Paige VanZant, Tecia Torres czy Valerie Letourneau, która zajęła miejsce Maryny Moroz. W przyszłości może pojawić się jeszcze Jessica Aguilar czy Rose Namajunas, a i może Joanne Calderwood gdy wygra jeszcze z jedną/dwie walki.
Matchmakingowo dywizje kobiece w MMA nie są więc za różowe i nie powinno dziwić, że czasem dwie wygrane walki z rzędu potrafią zapewnić walkę o pas, w przeciwieństwie do czterech wygranych zawodniczki, która już miała swoją szansę. Należy więc tylko cieszyć się z faktu, że słomkowa jest bardziej zróżnicowana pod tym względem niż nieco już wyeksploatowana kogucia. Jeszcze przez jakiś czas Joanna Jędrzejczyk będzie miała z kim walczyć i przegrana Moroz choć nieco niefortunna dla tej kategorii to nie psuje ogólnego szyku potencjalnych rywalek dla mistrzyni.























