W sobotę w wadze lekkiej zadebiutuje zwycięzca pierwszego sezonu The Ultimate Fightera Diego Sanchez. Jeśli jego debiut przeciw Joe Stevensonowi będzie udany to przejście Diego będzie stanowić zastrzyk energii do dywizji pochłoniętej marazmem. 70-kilowcy wrócili do UFC na początku 2006 roku ale pomimo włożenia sporej pracy Zuffie nie udało się zdominować globalnych rankingów jak to robią w innych wagach. Na naszej stronie z pierwszej 10 lekkich tylko trójka (Penn, Sherk i Florian) walczy w UFC, to najgorszy stosunek nie tylko w pięciu wagach UFC, łącznie z obiektami częstych narzekań – wagami średnią i ciężką, ale też dwie lżejsze wagi WEC mają większą ilość zawodników Zuffa, których notujemy. Skąd taki problem podobnież „najgłębszej” dywizji w MMA w najsilniejszej organizacji?

Kiedy na UFC 58 po dwuletniej przerwie znów do oktagonu wkroczyli zawodnicy wagi lekkiej czołówka tej dywizji walczyła w PRIDE a od czasu do czasu pojawiał się tam kolejny talent wywodzący się z Shooto. Jasne było, że zanim gwiazdy King of the Cage i Gladiator Challenge, nawet jeśli mają tony potencjału, nie ugruntują swojej pozycji w czołówce wagi po jednej walce w UFC. Trzy lata później jednak w rankingach nadal albo przewijają się te same nazwiska a nowe twarze wybiły się nie pod parasolem Zuffy, w przeciwieństwie do wag piórkowej i koguciej gdzie zaledwie w ciągu roku funkcjonowania WEC niemal wszystkie rankingi przestawiły się z Japonii na USA. Dana White wielokrotnie obrzucał mięsem osoby odpowiedzialne za rankingi zbyt nastawione na Japonię ale z drugiej strony jego fighterzy nie robią zbyt wiele żeby ich do siebie przekonać. Część problemu bierze się stąd, że nigdy nie doszło do dużego wymieszania amerykańskiej i japońskiej części wagi lekkiej i podczas gdy Hansen walczy z przeciwnikami z pierwszej 10 to Gray Maynard walczy z mniej lub bardziej anonimowymi amerykanami, którzy jednak umiejętnościami w niczym wspomnianym „japończykom” nie odstają.

Waga lekka w UFC jest zhierarchizowana niczym feudalne społeczeństwo a piramidę świetnie widać na meta-rankingach bloodyelbow. Króluje Penn i, niezależnie od jego niepowodzeń wagę wyżej, wszyscy są zdania że Hawajczyk znacznie przewyższa resztę zawodników jeśli chodzi o umiejętności. Poziom niżej są Florian i Sherk, dwóch fighterów, którzy nie byliby faworytami jedynie przeciw Pennowi właśnie. Dalej jest środkowy szczebel pełen zawodników pokroju Tysona Griffina, Joe Stevensona, Claya Guidy etc. Problem tej struktury polega na tym, że w przeciwieństwie do innych silnie stratyfikowanych wag, jak chociażby średnia, ten w wadze lekkiej nie obiecuje dużych ruchów między warstwami w najbliższej przyszłości. Nikt, może oprócz jego obozu, nie spodziewa się, że Jim Miller wygra pięć walk z rzędu i stanie przed szansą pojedynku o pas. Obok Floriana nikt z tego środkowego szczebla był w stanie przebrnąć kilka walk bez porażki i wszyscy wracają do punktu wyjścia.

Ponieważ fighterzy nie mogą przebić się przez tą ścianę wadze lekkiej doskwiera brak rozpoznawalnych gwiazd bo wszyscy przegrywają ze wszystkimi. W zasadzie oprócz Penna w UFC mogą liczyć tylko na KenFlo. Sherk jest czołowym fighterem ale nie jest ani raczej nigdy nie będzie rozpoznawalną twarzą, która ściągnie widownie. Tu UFC może zyskać najwięcej na sukcesie Sancheza, który jest znany nie tylko z TUFa ale też z fantastycznych walk na Spike i generalnie jest na tyle polaryzującą postacią, żeby dać szarym fanom MMA powód do oglądania swoich walk. Jednak za każdym razem kiedy UFC było o krok od wykreowania nowej gwiazdy zawsze coś szło nie tak jak trzeba. Powrót Jensa Pulvera zamiast tryumfu okazał się katastrofą kiedy Jens szybko przegrał z nikomu wtedy nieznanym Joe Lauzonem. Roger Huerta, kiedy wszyscy zaczęli traktować go na serio po pokonaniu Guidy, najpierw wdał się w długą dysputę kontraktową z UFC, potem wyraźnie przegrał walkę z Florianem a teraz ogłosił że woli skupić się na aktorstwie. Jedyny zwycięzca TUFa rozgrywanego w wadze lekkiej, Nate Diaz, też ostatnio zaliczył potknięcie kiedy przegrał przez decyzję z Guidą. Takie przykłady można by mnożyć ale skupiłem się na zawodnikach łatwych do reklamowania, z którymi UFC wiązało duże plany.

Wśród tej głównej grupy zawodników wagi lekkiej autentycznie nie widzę nikogo więcej kto mógłby porwać widownię, żadnej prawdziwie unikalnej postaci. Właściwie wszystkich można opisać tak: dobre zapasy, niezły grappling (albo na odwrót), przyzwoita stójka. Tym bardziej boli fakt, że wśród tak nierozróżnialnej gromady UFC nie udało się sprowadzić kogoś kto wyróżniałby się na tym tle. Aoki, który kiedyś, dawno temu, był już o krok od walczenia w oktagonie, jest gwiazdą DREAM zamiast zakładać dźwignie na nogi w UFC. Josh Thomson marnuje swój czas walcząc z przeciwnikami poniżej swojego poziomu w Strikeforce. Jeden z najbardziej utalentowanych lekkich poza UFC i DREAM, Jamie Varner, zakładając, że pozbiera się po uszkodzeniach spowodowanych przez kolano Donalda Cerrone, nadal będzie walczył w WEC i nie dostanie szansy na zmierzenie się z wieloma fighterami z wspomnianej „klasy średniej” z UFC. Nawet Eddie Alvarez, który nie jest może obdarzony niesamowitą charyzmą, ale udowodnił że należy do czołówki, wybrał Bellatora zamiast Zuffy.

Tak więc od sobotniej walki wieczoru zależy dużo więcej niż mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka. Jeśli wygra wspomagany stewią Diego Sanchez to UFC najprawdopodobniej znajdzie wreszcie kolejnego fightera zdolnego poruszać słupki w wadze lekkiej. Jeśli jednak rezultat będzie odmienny to Sanchez dołączy do litanii lekkich, którzy padli ofiarą najbardziej wyrównanej dywizji w UFC i nie potrafią odseparować się od środka stawki.

Jedyny człowiek na świecie, który wkręcił się w MMA walką Arlovski vs. Eilers. Poliglota. Entuzjasta i propagator indonezyjskiego przemysłu tekstylnego. Warszawiak od kilku pokoleń i dumny z tego faktu. Nie zawsze pisze o sobie w trzeciej osobie ale kiedy to robi jest to w polu biografia na MMARocks.pl

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.