Profile: Mirko „Cro Cop” Filipovic

-1

W zamiarze miałem pisać o innym zawodniku, jednak ostatnie informacje, jakie pojawiły się na temat „Chorwackiego Policjanta” nakierowały mój celownik wprost na niego. Takim oto sposobem zapraszam do profilu Mirko Filipovica.

Imię: Mirko
Nazwisko: Filipovic
Przydomek: Cro Cop
Data urodzenia: 9/10/1974
Kraj: Chorwacja
Rekord: 22 – 6 – 2
Przynależność: Cro Cop Squad Gym
Wzrost: 188cm
Waga: 100kg
Styl bazowy: Kick-Boxing

Powiem Wam, że nie pamiętam, abym kiedykolwiek tak długo zastanawiał się, jak zacząć artykuł. Mało tego! nie pamiętam, bym kiedykolwiek tyle razy kasował przed chwilą napisany wstęp i zaczynał pisać od nowa! Jeszcze kilka miesięcy temu nie miałbym takich problemów, ba! Nie miałem ich (wcześniej pisałem już profil Mirka, jednak w obecnej sytuacji należy zrobić update)! Zacznę więc tak, jak malutki pajączek zaczyna budować swą pajęczynkę (Yoshi… koniec z tym National Geografic!) – oo sedna… a potem jeden wątek będzie rozpoczynał kolejny (a jest ich tyle, że będę pisał do maja icon razz Profile: Mirko Cro Cop Filipovic ). Ale dość przynudzania, zaczynamy!

Filipovic to kiler. Maszynka do nokautów. Maszynka do high-kicków! Lewa noga „Cro Copa” lądująca na głowie oponenta to akcja, która wryła się w psychikę fanów tak głęboko, jak głęboko surykatki kopią swe norki (niech ktoś zabierze ten telewizor…halooo!)! Oprócz slamu „Rampage’a” (na Aronie) i suplesa Randlemana (na Fedorze) nie ma akcji mocniej kojarzonych z konkretnym zawodnikiem. I nie ma się co dziwić. „Cro Cop” potrafił posadzić „okrężnym na głowę” zarówno japońskiego leszcza, jak i topowego zawodnika (Wanderleia, Igora). Wybitny striker po prostu. Kiedy po świetnych występach w K-1 (jako jeden z pierwszych – o ile nie pierwszy…nie pamiętam, na K-1 się nie znam – ustrzelił m.in. „Bestię” – Sappa) przeszedł do PRIDE FC również nie zamierzał ustępować. Już czwarta walka na zasadach MMA i pojedynek z mistrzem LHW PRIDE – Wanderleiem Silvą (również pierwszoligowym stójkowiczem). Pojedynek na specjalnych zasadach (ukłon w stronę debiutanta) zakończył się remisem, jednak pokazał jak groźny (w stójce) jest Filipovic. Kolejne walki to ciąg dalszy marszu Mirka po pas HW, w którego zdobyciu przeszkodził mu były mistrz – Rodrigo Nogueira. Mimo o wiele większego doświadczenia Brazylijczyka, to Chorwat całą pierwszą rundę dyktował warunki. Dominował w stójce, i jedynie twarda głowa ocaliła „Minotauro” przed knockoutem.

Jakim prawem? – zapytacie. Przecież Nog to parterowiec, a parter Mirko prawie nie istniał?! Już odpowiadam. Jedne z najlepszych na świecie obron przed sprowadzeniami do parteru (walki ze znakomitymi zapaśnikami – Barnettem, Colemanem są tego potwierdzeniem). Owszem, Filipovic w parterze nie istnieje, jednak mało kto jest w stanie zmusić go, by tam walczył! Dodaj do tego słabiutkie zapasy Nogueiry, a wszystko stanie się jasne. Dopiero w drugiej rundzie Chorwat dał się sprowadzić na ziemię, a tam poddać przez balachę. W każdym razie – było blisko.

Kolejna przegrana nastąpiła podczas walki z Kevinem Randlemanem (ironia losu – pierwszym zawodnikiem, który znokautował czołowego uderzacza PRIDE był nie kto inny jak… grappler). Szybkie KO. Zostało równie szybko pomszczone, bo już za kilka walk (i tu kolejna ironia… striker poddaje grapplera), a gilotyna, jaką poddał Kevina, to jak na razie jedyne poddanie w jego karierze. Walkę wstecz pokonał byłego mistrza wagi ciężkiej UFC Josha Barnetta, którego w przyszłości pokona jeszcze dwa razy! Następny „były mistrz”, któremu Filipovic pokazał miejsce w szeregu to Mark Coleman (eksczempion UFC oraz pierwszy mistrz Grand Prix PRIDE FC). Ponadto „Cro Cop” na rozkładzie ma kilka legend m.in. Hidehiko Yoshidę (mistrz olimpijski w Judo) oraz Kazushiego Sakurabę (pogromca rodzinki Gracie). Mirek odnotował wiele zwycięstw ze znakomitymi rywalami, jednak wciąż nie posiadał żadnego pasa (ani K-1, ani PRIDE FC). Gdy już był blisko title shota, przegrał z „Minotauro”. Późniejsza porażka z Randlemanem jeszcze bardziej oddaliła go od walki o tytuł. W końcu jednak dostał upragnioną walkę, walkę mającą wyłonić mistrza wagi ciężkiej PRIDE, walkę z Fedorem Emelianenko. I znów w kulminacyjnym momencie Filipovic zawiódł. Co prawda dał świetną walkę, a przegrana przez decyzje z Rosjaninem nikomu umiejętności nie umniejsza, jednak tytułu jak nie posiadał, tak nie posiada. Kolejna wygrana z Barnettem nie była już tak imponująca jak pierwsza, a następna walka z Markiem Huntem (pierwsza w K-1 – zwycięstwo „Cro Copa”) odebrała mu chyba resztki wiary w siebie. Nie wiem jak to inaczej wytłumaczyć. Kiedy Mark po otrzymaniu high-kicka na głowę nawet się nie zachwiał (w pierwszej walce wstał, poprawił spodenki, podrapał się po jajkach i dalej na przód (:P) – nie wiem czy to Mark z biegiem czasu ma mocniejszą szczękę, czy może Mirek słabiej kopie, fakt faktem – Hunto stał dalej i nie zamierzał odpuszczać). Filipovic wyglądał jakby nie wiedział co robić (przecież jego najpotężniejsza broń zawiodła!) i w efekcie przegrał przez decyzję.

Odnoszę wrażenie, że odkąd lewy high-kick uznano za „znak firmowy” Filipovica, ten zapomniał o całym arsenale posiadanych technik i czaił się na ten jeden jedyny sposób zakończenia walki. W walce z Huntem plan zawiódł i Miras się pogubił. Ta przegrana spowodowała u Chorwata problemy z motywacja (ponoć miał depresję) – mówił, iż jeśli nie wygra zbliżającego się GP wszechwag, to zakończy karierę.

Kiedy owe Grand Prix nadeszło, wszyscy fani Mirka zastanawiali się, jak poradzi sobie w turnieju. Przecież GP jest świetnie obsadzone – z Nogueira raz już przegrał, z Huntem też, Barnett zawsze jest mocny i może zaskoczyć, Werdum to doskonały parterowiec, Overeem z kolei świetny stójkowicz. A jak na ich tle wypada Mirko? W jakiej jest dyspozycji? To pytanie nurtowało wszystkich.
Na pierwszy ogień poszedł Minowa, jednak to żaden przeciwnik dla „Cro Copa”. Forma Mirka pozostawała nadal zagadką. Walka z Yoshidą w drugiej rundzie turnieju pokazała, że Filipovic „przypomniał sobie” o starych technikach i zmiażdżył (dosłownie! Japończyk nie mógł po walce chodzić o własnych siłach) low-kickami Hidehiko. To dobrze wróżyło na przyszłość, jednak stójka Yoshidy pozostawia wiele do życzenia, więc pytań o formę Mirko ciąg dalszy. To co się jednak stało podczas finału GP przeszło najśmielsze oczekiwania wszystkich entuzjastów LHK! Eksplozja! Najpierw – już w pierwszej rundzie – Filipovic nokautuje (lewym kopnięciem, a jakżeby inaczej) Wanderleia Silvę (całkowita dominacja), a później równie zdecydowanie pokonuje Josha Barnetta (który przed chwila pokonał Big Noga, a więc również musiał wznieść się na wyżyny!) Po prostu wielki come back! Mirko Filipovic zostaje mistrzem Grand Prix wszechwag i tym samym w końcu zdobywa swój upragniony pas!

Zgodnie z zapowiedziami szefostwa PRIDE – zwycięzca GP ma się zmierzyć na gali sylwestrowej z Fedorem Emelianenko o tytuł wagi ciężkiej. Pojawiają się komentarze, że jeśli „Cro Cop” podczas NY Event będzie prezentował formę z GP to pas HW może zmienić właściciela (pierwsza walka obu panów pokazała, iż jest to możliwe)! Niestety, kontuzja dłoni Fedora uniemożliwiła starcie, które tym samym zostało przełożone. Jakież było zaskoczenie wszystkich, kiedy Mirko ogłasza podpisanie kontraktu z UFC! Za kilka tygodni kolejna szokująca informacja wychodzi na światło dzienne – PRIDE FC zostało wykupione przez amerykańskiego giganta (jakim wówczas stało się UFC)! Kiedy już tysiące fanów japońskiej organizacji oswoiło się z zaistniałą sytuacją, Filipovic stał się dla nich „ostatnim sprawiedliwym”, który rozniesie w drobny mak wszystkich ciężkich w UFC.

Walka z Eddie’m „uciekającym downem” Sanchezem tylko pogłębiła te oczekiwania. I niema w tym nic dziwnego. Bo czy „świeżutki” mistrz GP, który jednego wieczoru rozgromił dwóch znakomitych zawodników i wprost eksplodował formą, mógł przegrać z kimś ze słabiutkiej wagi ciężkiej UFC? Sęk w tym, iż mógł…i przegrał. Jak zawsze, życie pisze najlepsze scenariusze, a takiego jak napisało dla Mirka w UFC to nawet twórcy „M jak Miłość” by nie wymyślili! W swej drugiej walce zostaje znokautowany (kolejna ironia losu…!) swoją własną bronią – okrężnym kopnięciem na głowę! I nie był to żaden lucky punch. Gonzaga dominował przez całą walkę. Najpierw perfekcyjne sprowadzenie do parteru (przez złapanie nogi Mirka po próbie kopnięcia), a później seria dewastujących łokci. Sędzia przywraca walkę do stójki, a finał wszyscy znamy.

Filipovic przyznał po tej porażce, że nie przygotował się dobrze. Nie przypuszczał, iż jest taka różnica pomiędzy walką na ringu a w klatce. Zapowiedział zakup oktagonu do swego gymu i trening, w który włoży całe serce, by z powrotem wrócić na szczyt.

Następna walka po raz kolejny pokazuje jak trudny jest los fightera. Mistrz GP zamiast triumfować, znowu przegrywa. Ponosi porażkę w bardzo przykry sposób. Zdominowany przez średniaka – Cheicka Kongo – w bardzo nudnej i żałosnej (naprawdę, patrząc na Mirka podczas GP i na tego w walce z Kongo, nie da się użyć innego słowa niż żal) walce. I tu kończy się przygoda Filipovica z UFC. Przynajmniej na razie. Dana White (prezydent UFC) zezwolił „Cro Copowi” na walki w Japonii (w nowo powstałym DREAM). Sprawa jest jeszcze świeża i nie wiadomo do końca jak to wygląda „od środka” – czy to Mirko nie chciał zgodzić się na renegocjacje swego gigantycznego kontraktu (ma gwarantowane sumy, więc zgarnia kupę zielonych za – notabene – przegrane walki), czy też Dana White ma co do niego jakieś inne plany (mówi się, że Mirek ma odbudować formę w Japonii, żeby powrócić w blasku chwały do UFC).

Pewnie – jak zawsze – prawda leży po środku, a oprócz informacji, które znamy, jest także cała masa innych – o których się raczej nigdy nie dowiemy. Summa summarum – to „Cro Cop” zdobył „Oskara MMARocks” w kategorii „najgorszy zawodnik minionego roku”, za co (mam nadzieje) odgryzie nam się z nawiązką w bieżącym roku. Ze swojej strony dodam, iż liczę na jego kolejny – chyba tym razem największy, o ile do takowego w ogóle dojdzie – come back, a po udanych występach w Japonii wróci do UFC i pokaże, że te dwie porażki to po prostu wypadek przy pracy!

MMAStore-at-MMARocks_MT02