Wiking większości z nas kojarzy się z dzikim, spragnionym krwi barbarzyńcą, który wszelkie zasady ma tam, gdzie słońce nie dochodzi. Tymczasem wojownicy z północy potrafili przestrzegać reguł – zwłaszcza w trakcie honorowych pojedynków. Te przebiegały według ściśle określonych zasad.

Nie każdy konflikt da się rozwiązać pokojowo. Co w takiej sytuacji robili wikingowie? Popularnym sposobem rozstrzygania sporów w społeczeństwie nordyckim był holmgang, czyli honorowa walka na małej wysepce lub cyplu (słowo holmgang oznacza dosłownie „pójście na wyspę”). Czemu walczono akurat tam? Wyspa idealnie nadawała się do przelewania krwi – nie tylko uchodziła za grunt neutralny, ale przede wszystkim posiadała gotowe granice, co znacznie utrudniało ucieczkę albo przerwanie pojedynku. Dziś poróżnieni wikingowie skorzystaliby pewnie z klatki lub oktagonu.

Bić, jeść, lać – jak wikingowie

Holmgang odbywał się zwykle w terminie od trzech do siedmiu dni po zaistnieniu sporu. Najczęściej chodziło o zmazanie jakiejś zniewagi słownej – zdecydowanie najgorszą obelgą było posądzenie o brak odwagi lub honoru. W takiej sytuacji jedynym rozwiązaniem było wyzwanie na pojedynek i udowodnienie, że czego jak czego, ale odwagi i honoru to nam wcale nie brakuje. Rację miał naturalnie ten, kto przeżył. Nie rzadziej walczono z powodu kobiet lub o prawa do ziemi.

Samo wyzwanie nie było jeszcze równoznaczne z pojedynkiem na śmierć i życie. Mogło się bowiem zdarzyć, że któraś ze stron zwyczajnie nie stawi się do walki. Jeżeli stchórzyła osoba znieważana, to sprawa była prosta – najwyraźniej rzeczywiście nie potrafiła zachowywać się po męsku, odbierano jej więc prawa, a tym samym możliwość aktywnego udziału w życiu społeczności. Natomiast w sytuacji, gdy to obrażający nie zjawił się na spotkanie, znieważony wiking robił znak na ziemi i trzykrotnie wykrzykiwał słowo niding!, które oznaczało osobę pozbawioną honoru i wyjętą spod prawa. Po takiej deklaracji od zhańbionego tchórza odwracała się nawet własna rodzina.

Jak przebiegał holmgang?

Walka odbywała się według ściśle określonych reguł, które wygłaszane były na samym jej początku i musiały zostać zaakceptowane przez obu uczestników pojedynku. Wytyczne te określano mianem holmgöngulög. Poszczególne zwyczaje i zasady związane z pojedynkowaniem potrafiły się jednak sporo różnić w zależności od konkretnego regionu. Najbardziej szczegółowy opis pojedynku znaleźć można w Kormaks Saga. Wynika z niego, że do walki dochodziło na kwadratowym białym płótnie, które do ziemi przymocowane było czterema wbitymi w rogach słupkami; całość przypominała nieco współczesny ring bokserski. Co ciekawe, pojedynek nie musiał się wcale kończyć śmiercią jednego z uczestników – w późniejszym okresie dodano możliwość przerwania walki w momencie, gdy na płótno pociekła krew; ranny mógł się wtedy wykupić, płacąc srebrem.

Wybór broni należał do samych pojedynkujących się. Najpopularniejsze były miecze, choć walczono również za pomocą włóczni czy topora. Ponadto każdemu z walczących towarzyszył sekundant, który osłaniał go tarczą (rozbitą tarczę można było trzykrotnie zastąpić w trakcie pojedynku nową). Jeżeli walka zakończyła się śmiercią, jej zwycięzca nie był ścigany za mord – w przypadku śmierci znieważonego należało jednak wypłacić jego rodzinie pół główszczyzny; żadne odszkodowanie nie przysługiwało natomiast w sytuacji, gdy w boju poległa osoba, która rzuciła zniewagę.

Holmgang, jak każdy system, stwarzał okazję do nadużyć. Profesjonalni wojownicy wykorzystywali go jako metodę legalnego rabunku – wystarczyło zgłosić prawa do danego terenu i zabić w pojedynku jego legalnego właściciela, żeby grunt przeszedł w nasze ręce. To oraz fakt, że holmgang nawet w błahych sprawach często kończył się śmiercią sprawiło, że proceder został szybko zakazany. Na terenie Islandii zakaz pojedynków wprowadzono w życie w roku 1006, natomiast Norwedzy uczynili to osiem lat później. Od tego czasu spory należało rozwiązywać w bardziej cywilizowany sposób.

P.G.

PS Już jutro najkrótsza noc w roku. W czasie letniego przesilenia wikingowie upamiętniali śmierć Baldura, zdradzonego przez swoich przyrodnich braci. Z tej okazji Extreme Hobby przygotowało specjalną promocję na ubrania z kolekcji Ragnarok – do końca tygodnia można je nabyć o 15% taniej.

11 KOMENTARZE

  1. Kto czytał Thorgala, ten wie ; )

    Miałem pytać po co tam ten brudnopis tam na zdjęciach, ale potem doczytałem że to jednak reklama niestety, szkoda bo temat fascynujący.

  2. Bić, jeść, lać – jak wikingowie

    Natomiast w sytuacji, gdy to obrażający nie zjawił się na spotkanie, znieważony wiking robił znak na ziemi i trzykrotnie wykrzykiwał słowo niding!, które oznaczało osobę pozbawioną honoru i wyjętą spod prawa

    Hmm, czy taki motyw też nie pojawiał się na Skellige w Wiedźminie 3? Bez robienia znaków na ziemi tylko, ale coś było z tym nidingiem.

  3. Różal by przegrał i to nawet w walce na gołe pięści, bez sprzętu, nie wspominając o kostce brukowej, której jak wzrokiem sięgnąć – nigdzie nie było. Wiking by mu szepnął, że go znokautuje, po czym czmyych! po nogi – obalonko i duszonko! Niestety płótno nie zostałoby splamione nawet kroplą krwi, co najwyżej atramentem, więc nici z wykupu. Żadna anarchia – takie prawo Wikingów. Nasz mający luki w parterze wojownik zabrałby ze sobą do grobu niewypowiedziane zdanie, uwięzłe na końcu [przegryzionego] języka: "Ale ej! On mówił mi, że nie będzie macanek, tylko prawdziwa wojna w stójce!!" To już koniec opowieści.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.