(fot. Jacek Pomykalski/Onet.pl)

Z przyjemnością zapraszam was do przeczytania świetnego artykułu Pana Wojciecha Harpuli o pierwszej polskiej zawodniczce MMA: Magdalenie Jareckiej. Serdeczne podziękowania dla Pana Wojciecha za udostępnienie nam tego materiału!

Jest atrakcyjna, młoda i inteligentna. Gdy wchodzi do ośmiokątnej klatki, jest zdana tylko na siebie. Tam wolno prawie wszystko. Dozwolone są rzuty, ciosy, dźwignie, duszenia, kopnięcia i starcia w parterze. Z walki zrobiła sposób na życie. Bije się, bo kocha wygrywać.

Najprostsza dźwignia łokciowa. Po dwóch sekundach jestem w parterze. Seria niskich kopnięć na udo. Przyjmuję dzielnie, choć gdyby nie tarcza treningowa o grubości 20 cm, padłbym jak ścięty po pierwszym uderzeniu. Kopnięcie frontalne przestawia mnie metr do tyłu. Kolejne – dwa metry. – Może jeszcze? – Dość, wystarczy. Odkładam tarczę dziękując jej za ocalenie żeber. Trener patrzy na mnie z niepokojem. Niewysoka blondynka o twarzy niewiniątka śmieje się zawadiacko: – Sam pan chciał. Mówiłam, że silne uderzenie to mój atut.

Panie, panowie: Magdalena Jarecka, 25 lat, nauczycielka WF w łódzkim gimnazjum, pierwsza Polka walcząca w formule MMA – walce wręcz, której reguły sprowadzono do absolutnego minimum. Fachowcy twierdzą, że jej awans do światowej czołówki jest tylko kwestią czasu. – Za dwa lata Magda będzie znana w całej Polsce – zapowiada jej trener Jacek Chałubiński.

Wolno wszystko

Rio de Janeiro. 1918 rok. Japoński mistrz judo i jiu-jitsu Mitsuyo Maeda przyjeżdża do Brazylii. Poprzednie cztery lata spędził w USA zarabiając na życie walkami i rozwijając techniki starć w parterze. Znajduje świetnego ucznia – Carlosa Gracie. Tak zaczyna się historia, której polski rozdział zapisuje Magda.

Japończyk przekazał młodemu człowiekowi całą swoją wiedzę i umiejętności, które ten wypróbowywał w praktyce na ulicach brazylijskich miast. W slumsach Rio de Janeiro i Sao Paulo walki bez reguł były codziennością – nazywano je vale tudo, co po portugalsku znaczy „wszystko można”. Carlos Gracie pokonywał w nich każdego, niezależnie od wagi ciała i stylu walki rywala. Nauczył nowego stylu jiu-jitsu swoich braci. Rodzina Gracie przez lata doskonaliła system walki, który stał się znany jako brazylijskie jiu-jitsu.

W 1993 r. Rorion Gracie zorganizował w USA pierwszy międzynarodowy turniej vale tudo. Zasad właściwie nie było, jeśli nie liczyć zakazu gryzienia i wydłubywania oczu. Nie było ograniczeń czasu ani podziału na rundy. Zawodnicy nie mieli żadnego sprzętu ochronnego. Celem walki było wyeliminowanie przeciwnika przez nokaut lub zmuszenie go do poddania się. W zawodach nazwanych Ultimate Fighting Championship (UFC) zwyciężył brat Roriona, Royce Gracie, prezentujący brazylijskie jiu-jitsu. Royce triumfował także w kolejnych edycjach UFC, pokonując mistrzów karate, kung fu, zapaśników i judoków. Wygrywał walki w bardzo prosty sposób, sprawdzony dawno temu w brazylijskich slumsach – ściągał rywala do parteru i zakładał dźwignię lub duszenie.

Szybko okazało się, że w pojedynkach bez reguł wygrywają zawodnicy, którzy do walki w parterze używają brazylijskiego jiu-jitsu, technik judo i zapasów do rzutów oraz uderzeń łokciami i kolanami zaczerpniętych z tajskiej sztuki walki, muay thay. Tak powstał system MMA czyli mixed martial arts (ang. mieszane sztuki walki). Organizowane na całym świecie komercyjne turnieje MMA cieszą się ogromną popularnością: ściągają do hal i przed telewizory olbrzymią widownię. Otoczony siatką ośmiokątny ring stał się symbolem brutalnej, obliczonej na bezwarunkową eliminację przeciwnika, fizycznej konfrontacji. W walkach MMA nie wolno: gryźć, wkładać palców w oczy, usta i nos, uderzać w krocze, krtań, kręgosłup i tył głowy oraz stosować dźwigni na palce. Poza tym – wolno wszystko.

Siniak przecież zejdzie

– Czy walka boli? Pewnie, że boli. Bardzo boli. Czasem nie można wytrzymać. Mogę panu pokazać dźwignię na staw łokciowy, to pan poczuje – proponuje uprzejmie Magda. Grzecznie dziękuję. – Duszenie też nie jest przyjemne. Czujesz, że za chwilę zemdlejesz. Rzadko jednak zdarza się, by zawodniczki wytrzymywały aż do omdlenia na ringu. Brutalność MMA to w dużej mierze mit. Pełnokontaktowe karate kyokushin jest o wiele bardziej urazowe – przekonuje.

Magda, jak każdy zawodnik MMA walczy w rękawicach i ochraniaczach na genitalia. Nie zakłada ochraniacza na piersi: – Nie ma sensu. Większość uderzeń i tak idzie na głowę.

Po walce na Łotwie miała podbite oko. Turniej w Japonii zakończyła z naciągniętymi mięśniami ręki. Siniaków i zadrapań na ciele nie liczy. Wizje kontuzji i okaleczeń nie spędzają jej jednak snu z powiek. – Wiem, że na ringu coś może mi się stać. Ale co z tego? Siniak przecież zejdzie – śmieje się.

Sympatyczna, inteligentna i atrakcyjna młoda kobieta absolutnie nie wygląda na kogoś, kto jest w stanie okładać po twarzy swoją koleżankę po fachu, a potem dusić ją czekając, aż ta wreszcie się podda. – Nie jestem babo-chłopem, nie mam podwyższonego poziomu agresji, nigdy nie biłam się z chłopakami i gdyby ktoś zaatakował mnie na ulicy, to pewnie bym uciekła – mówi.

Jak więc trafiła do świata potu, bólu i adrenaliny? – Zadecydował przypadek. Zawsze byłam najlepsza z WF-u, miałam naturalną potrzebę ruchu. W wieku 12 lat poszłam na trening karate kyokushin. I tak już zostało – mówi.

Z czasem klasyczne karate przestało jej wystarczać. – To zwykłe uderzenia. Nudy. W walce lubię różnorodność, zmienne sytuacje – tłumaczy. Gdy sensei Mariusz Radliński zaczął wprowadzać w Polsce shidokan karate, wiedziała, że to coś dla niej. Shidokan łączy tradycyjne techniki kontaktowego karate z elementami muay thai, judo i jiu-jitsu. Stanowi świetne przygotowanie do walk MMA.

Gdy w październiku 2005 r. Magda otrzymała propozycję występu w gali MMA na Łotwie, nie wahała się ani chwili. Organizatorzy myśleli, że z Polski przyjedzie „dziewczyna do bicia”. Nic z tego. Polka napędziła Łotyszcze Oksanie Czernikowej, jednej z najbardziej utytułowanych zawodniczek muay thay w Europie, solidnego stracha. Trzykrotnie mogła wygrać przed czasem, rywalka musiała uciekać się do fauli: Magda w parterze dostała kilka kopniaków kolanem w tył głowy. Ostatecznie reprezentantka gospodarzy wygrała przez wskazanie sędziów. – Płakałam, bo zawsze płaczę po przegranej walce, ale spodobało mi się. W Polsce MMA dopiero raczkowało, ale miałam nadzieję, że będę mogła walczyć dalej – mówi.

Bez kontekstu erotycznego

Dziś bilans Magdy w MMA to dwa zwycięstwa i dwie przegrane. – Niewiele, ale MMA kobiet nie jest popularne w Europie. Nie to co w USA, Australii czy Nowej Zelandii. Wierzę, że wkrótce Magda zdecydowanie poprawi swoje osiągnięcia – podkreśla 36-letni Jacek Chałubiński, pierwszy i jak do tej pory jedyny trener Magdy. – Znam ją od dziecka. Postawiłem na nią i nie zawiodę się. Oglądam kobiece walki MMA i wiem, że już w tej chwili Magda nie odbiega poziomem od górnej półki. Musi tylko wyrobić sobie nazwisko. W marcu wyjeżdża na treningi do Tajlandii, być może uda się tam zawrzeć kontrakt na turnieje w Australii. Gdyby Magda mieszkała w USA czy Nowej Zelandii już byłaby bogatą kobietą.

Najlepsze zawodniczki MMA mogą liczyć na gaże w wysokości kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Amerykanka Gina Carano jest prawdziwą gwiazdą, zarabia na kontraktach reklamowych, powstała nawet gra komputerowa z jej udziałem. Polska rzeczywistość kobiecego MMA póki co wygląda bardzo zgrzebnie. Rekordowe honorarium Magdy – za walki w Japonii – wyniosło tysiąc dolarów. Tymczasem na przygotowania musi wydać miesięcznie minimum 500 zł. – Na razie mam tylko dwóch sponsorów: trenera i firmę Fertex. Trener inwestuje we mnie własne pieniądze, a Fertex daje sprzęt. MMA to mój sposób na życie, ale nie jest łatwo uprawiać ten sport pracując jako nauczyciel WF – nie kryje Magda. – Byłoby wspaniale, gdybym mogła tylko trenować, jeść i spać.

Na razie Magda wstaje o godz. 6.10. O godz. 8.00 jest już w szkole. Po czterech lub ośmiu godzinach lekcyjnych wraca do domu, je obiad i biegnie na trening. Trenuje sześć razy w tygodniu po 1,5 godziny. Tylko z mężczyznami, bo w Polsce po prostu nie ma partnerek. Zupełnie nie przeszkadza jej, że podczas sparingów siada na facetach lub obejmuje ich udami. – Nie każda kobieta jest w stanie przełamać psychiczną barierę i tarzać się z mężczyzną po macie. Dla mnie to zupełnie naturalne, bo trenuję już tak długo, że zupełnie nie zwracam na to uwagi. Walka to walka. Nadawanie jej jakiegokolwiek kontekstu erotycznego byłoby niedorzecznością – mówi.

Pedagogikę (specjalność wychowanie fizyczne i zdrowotne) na Uniwersytecie Łódzkim skończyła rok temu. Jak na młodą nauczycielkę, radzi sobie świetnie. Ma posłuch. Gdy po raz pierwszy przyszła na lekcję, chłopcy z pierwszej klasy gimnazjum zupełnie nie zwracali na nią uwagi. Dwóch siłowało się na rękę, reszta kibicowała. „Pani do WF” zaproponowała zwycięzcy, żeby spróbował się z nią. Położyła go bez mrugnięcia okiem. Podobnie jak kolejnych 16 chłopaków. Na sali zapanowała cisza.

Dziś Magdzie kibicuje cała szkoła: łącznie z nauczycielami i dyrektorem. Uwielbiają ją także dzieciaki z łódzkiego Pogotowia Opiekuńczego. Trener Chałubiński, gdy tylko uda się zebrać pieniądze, zabiera je razem ze swoimi zawodnikami na obozy treningowe. – Lepsze to niż siedzenie w Łodzi. Niektóre dzieciaki dzięki tym wyjazdom po raz pierwszy widziały góry. Dajemy im to, co możemy. Sport pomaga im radzić sobie w życiu – mówi. Podopieczni Pogotowia Opiekuńczego nie zwracają się do brązowej medalistki mistrzostw świata shidokan karate, trzykrotnej mistrzyni Europy kempo karate i mistrzyni Polski w brazylijskim ju jitsu inaczej niż ciociu.

Z wyborem Magdy do tej pory nie pogodziła się natomiast jej mama. – Cieszy się ze zwycięstw, ale cały czas martwi się o mnie. Nie mogę przekonać jej, że zupełnie niepotrzebnie – mówi Magda.

Paweł Nastula, złoty medalista olimpijski w judo z Atlanty, który po zakończeniu kariery zaczął startować w walkach MMA, nie ukrywa, że na miejscu mamy Magdy, też obawiałby się o córkę. – Mamy równouprawnienie, ale to nie jest sport dla kobiet. Wiem, co mówię. MMA to bardzo wymagający styl, podczas walki przyjmuje się dużo uderzeń. Żeby to wytrzymać, trzeba być prawdziwym wojownikiem. Po zejściu z ringu piękna twarz kobiety może nie być już taka piękna – przekonuje.

Magda: – Agnieszka Rylik czy Iwona Guzowska, które uprawiały boks zawodowy, przyjmowały uderzenia głównie na głowę i jakoś nie straszą wyglądem. Nie boję się, że za jakiś czas będę miała połamany nos. MMA nie polega ma masakrowaniu rywala, choć sama walka nie jest niczym przyjemnym.

Więc po co walczy? Magda odpowiada bez chwili wahania: – Żeby wygrywać. Nic nie smakuje tak dobrze jak zwycięstwo. Postawiłam na MMA bo wiem, że stać mnie na zwycięstwa i karierę na najwyższym szczeblu. Jeśli tylko dostanę szansę, dam radę.

I mówi to w taki sposób, że nie sposób jej nie wierzyć.

Autor: Wojciech Harpula
Zdjęcia: Jacek Pomykalski/Onet.pl
Źródło: Sport.Onet.pl

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.