
Już 6 września William Gomis zmierzy się z Robertem Ruchałą na gali UFC w Paryżu. Z tego powodu stworzyłem małe kompendium wiedzy o tym zawodniku. Gdy przyjdzie czas walki z Polakiem, mam nadzieję, że będziecie wiedzieć o nim na tyle dużo, że nie zaskoczy Was niczym.
William Gomis zadebiutował w zawodowym MMA w 2016 roku. Co ciekawe debiut ten stoczył z podwójnym mistrzem KSW Salahdinem Parnassem (wtedy oczywiście nie był mistrzem – a dla samego Parnasse’a była to czwarta walka). Starcie to przegrał przez decyzję, później w tym samym roku został poddany i nastąpiła przerwa w startach aż do 2018. To właśnie od tego roku zaczęła się jego passa ośmiu zwycięstw z rzędu, dzięki której zaistniał w świecie MMA.
William Gomis: Era Sanshou
Zanim jednak dołączył do tego giganta sterowanego przez Danę White’a, walczył w Sanshou, czyli w popularnej Sandzie, zwanej też chińskim boksem. To piękny sport walki, który nastawiony jest w dużym stopniu na rzutach i wyhaczeniach. Zawiera też elementy zapasów (wynoszenie przeciwnika). Najpopularniejszym zawodnikiem tej dyscypliny w UFC był Cung Le. Do dzisiaj w tej organizacji ze świecą szukać kogoś, kto piękniej by kopał. Sanda nigdy nie była doceniana jako baza pod MMA, głównie przez to, że nie jest aż tak popularna, jak choćby zapasy czy boks tajski. William Gomis na nowo w UFC stara się przywrócić jej blask i udowodnić, że wywodząc się z Sanshou, można osiągnąć naprawdę dużo w MMA.

Gomis zaczął trenować tradycyjne Kung Fu gdy miał 13 lat. Szybko przeszedł jednak do jego bojowej odmiany. Trzy lata później osiągnął już na tyle wysoki poziom, że został powołany by reprezentować kraj na Mistrzostwach Świata w kategorii juniorów. Jego trenerzy byli zachwyceni jego postępami. Główny trener HAC Kung-fu (Havre Athletic Club KUNG-FU) w 2014 roku wierzył, że jego podopieczny zdobędzie medal w jego pierwszych mistrzostwach. Niestety, wbrew pokładanej w nim wiary, Gomis już w pierwszej rundzie odpadł w walce z Rosjaninem Magomedmukhtarem Giravovem (wyniki pod tym linkiem).
Jednak już dwa miesiące później został Mistrzem Europy (zawody odbywały się w Rumunii). Co ciekawe, złoty medal dał mu zwycięski pojedynek finałowy z Polakiem, Kacprem Sumińskim. Inną ciekawostką jest to, że na tych samych zawodach startowali też Mateusz, Robert i Sebastian Rajewscy a także Sylwia Juśkiewicz – ale, to już inna historia.

Sukcesy w Sandzie sprawiły, że William uplasował się na trzecim miejscu na liście sportowców roku miasta Hawr.
William Gomis: Era MMA
Mijał czas, a Gomis został dodatkowo Mistrzem Francji oraz wygrywał w mniejszych turniejach Sandy, ale powoli zaczynał przerzucać się na MMA. Gościł w takich klubach jak chociaż Snake Team (Cyrille’a Diabate), MMA Factory (do którego dołączył by być sparingparnterem wielu czołowych zawodników) czy też Allstars Training Center, gdzie chwalił się treningami z Alexandrem Gustafssonem. W końcu następuje rok 2016, czyli data debiutu 18-letniego Williama w MMA.
Wszystko zostaje w rodzinie. Okazuje się bowiem, że wujkiem Gomisa jest nie kto inny jak Gregory Babene. Zawodnik Bellatora, M-1 oraz… KSW! Babene towarzyszył Williamowi podczas pierwszych jego walk, w tym z Salahdinem Parnassem.

Seria zwycięstw na mniejszych galach szybko sprawiła, że zainteresowały się nim znaczące siły w świecie MMA. Cage Warriors, UAE Warriors, Ares FC czy Bellator. W końcu odezwało się samo UFC. Przyjrzyjmy się zatem pojedynkom, które tam stoczył.
Walka z Jarno Errensem
Nie było tutaj widowiska, które można by zapamiętać na dłużej niż kilka dni. To co jednak rzucało się w oczy, to pięknie przeniesione wywrotki z Sandy. To co William robił na macie Sanshou, kopiował w stosunku 1 do 1 do oktagonu. Chwytał przeciwnika w pasie i po drobnym siłowaniu przewracał rywala. Miał lepsze poczucie balansu od Errensema i to umiejętności ze sportu, od którego zaczynał, pozwoliły mu punktować. W czystej stójce nieznacznie lepszy był Jarno, który miał bardziej znaczące trafienia. Ogólnie pojedynek wygrały obalenia z klinczu i siłowe wyniesienia, które stosował Gomis. Dało się jednak zauważyć jak łatwo nasz bohater dał się zapiąć w trójkąt nogami. Praktycznie sam w niego wszedł, mając przewagę i inicjatywę w parterze.

Uwydatniona została jedna z kilku jego największych wad.
Walka z Francisem Marshallem
Ta walka potwierdziła tylko, że William jest świetny w wyczuwaniu dystansu. Lekko pracuje na nogach i choć wydaje się, że przeciwnicy częściej atakują, to później w statystykach okazuje się, że więcej razy trafił Gomis. Wszystko rozbija się bowiem o celność.
Francis Marshall w tej walce zadał 132 znaczących ciosów, ale skuteczność miał na poziomie 11%. Francuz z kolei zadał „tylko” 79 ciosów, ale jego skuteczność wyniosła 34%. Należy jednak też dodać, że wszystkich ciosów Gomis zadał 84. Czyli tylko 5 ciosów zostało policzone jako te nieznaczące! To są fenomenalne liczby. William Gomis nie marnuje kompletnie czasu na ciosy, które są ciosami bez celu. Uderza rzadziej, ale celniej, a jego uderzenia muszą mieć sens.
To jest sedno zrozumienia jakim fighterem jest William. Długi, tyczkowaty, poruszający się lekko na macie, który punktuje mniej, ale częściej trafia. W trzeciej rundzie znaczące ciosy dla Marshalla były na poziomie 7% (sic!). Nie ma lepszego dowodu na to, że dystans jest jednym z największych atutów przyszłego przeciwnika Roberta Ruchały.
A skoro przy Robercie jesteśmy, to należy uzmysłowić sobie pewien schemat. Ruchała ma podobne warunki fizyczne jak Francis Marshall. Obaj mają podobny wzrost (Marshall 175 cm, Robert 178 cm) i zasięg (Marshall 183 cm, Robert 184 cm). Więc podobnie jak w tej walce, Gomis będzie wyższy od Ruchały o jakieś 5 centymetrów i trzeba będzie mocno uważać by w poszukiwaniu jego głowy, nie nadziewać się na jego oszczędne, ale celne kontry.
Wracając jednak do tematu walki, nawet jeśli w końcu Francuz znajdzie się w niedogodnej pozycji, to nadal jest piekielnie trudny do przewrócenia przy klatce. Francis Marshall długo się z nim męczył, próbując wejść mu za plecy. Tyłek do góry, ręce na matę (by nie dostać z kolanka) i męcz się człowieku z wejściem na taką górę. Za korpus ciągnięcie nic nie da, trzeba albo wskoczyć albo zejść do nóg (a wskakiwanie też nie jest najlepszym rozwiązaniem, co pokazał później Joanderson Brito).

William Gomis jednak kolejny raz dał się poznać jako twardy skurczybyk. Facet dwa razy był w naprawdę ciasno założonych technikach i z obu wyszedł, właściwie to trudno powiedzieć jak – chyba tylko siłą woli. To już trzecia taka sytuacja w ciągu dwóch walk! Więc choć pakuje się w poddania, to wcale nie jest łatwo go poddać.
Walka z Yanisem Ghemmourim
W tej walce William był bardzo pewny siebie, agresywny i kolejny raz wypunktowywał mniejszego od siebie rywala. Świetnie czuł dystans, nie dawał się trafiać oraz – o dziwo – nie dał się złapać w jakieś śmiertelne duszenie. Tym razem to wręcz on rywalowi pogroził stojącą gilotyną. Yanis był po prostu idealnym rywalem pod Williama. Pokraczny, niedynamiczny, nie atakował zapasami i próbował się kickboxersko z wyższym oponentem – bezsens totalny. Gomis nie czuł się ani razu zagrożony w tym pojedynku.
Na dodatek sędzia okradł Yanisa, bo przerwał walkę myśląc, że Ghemmouri nie jest w stanie kontynuować pojedynku, a tymczasem chłop po prostu dostał w krocze. Jedno z największych rabunków w historii tego sportu. Również pierwszy w historii nokaut przez jajecznicę. Oby Loic Pora nigdy nie sędziował walk Polaków. Można mówić, że puszczenie starcia dalej nie zmieniłoby jego losów, ale… no nie można jednak tak mówić! W walce jak u Anity Lipnickiej, wszystko się może zdarzyć (patrz: Kongo vs Barry).
Walka z Joandersonem Brito
Rywal najmniejszy, z najmniejszym zasięgiem… ale miał największe sukcesy! Jak to się stało? Odpowiedź jest prosta: atakował na urwanie głowy Williamowi, mocno kładł nacisk na zapasy i nie punktował się z Gomisem. To wszystko. To jest sposób na sukces. Nie uprawiaj szermierki z wyższym rywalem (jak Marshall), nie wymieniaj się lowkickami (jak Yanis) – idź po jego głowę lub nastaw się na zapasy. Brito dokładnie tak robił i w pierwszej rundzie praktycznie znokautował Francuza (mimo zasięgu). Tak samo w drugiej rundzie miał bardzo dużo szans by go poddać.
To była świetna walka i Brito miał szansę by znokautować Gomisa, poddać go i spokojnie walka mogła pójść na jego konto w decyzji sędziowskiej. Miał po prostu pecha, że nie ugrał tego na swoje konto. William Gomis kolejny raz pokazał, że jest twardy jak skała, nie tak łatwo go poddać i dystans to jego królestwo. Pokazał też, że nie lubi wymian i najczęściej ucieka z takich sytuacji do bezpiecznego dystansu.
Walka z Hyderem Amilem
Amil robił to co Brito, tylko lepiej, w swoim amilowym stylu. Szedł bez pardonu do przodu. Ciągle presja. Nie dawał żadnych szans Gomisowi, by ten choćby na sekundę poczuł się komfortowo. Najprościej powiedzieć: zabrał mu jego dystans. Jest to oczywiście bardzo niebezpieczna gra, ale jak to było w innej piosence „twarda bania i zaciśnięte pięści” czasami wystarczą, by świetnego kickboxera rozegrać w jego grze – bo nagle plac boju się zmienił, bo nagle to on jest zwierzyną, która musi szukać dogodnego miejsca do ataku (zamiast po prostu zaatakować). Gomis oczywiście nadal był niebezpieczny i trafiał oszałamiającymi ciosami, ale Hyder był twardszy i to była jego recepta na sukces. Możliwe, że William walczyłby inaczej, ale zarówno Brito, jak i Amil straszyli go obaleniami, a co za tym idzie konsekwencjami znalezienia się z nimi w dolnej części klatki. Na dodatek obaj szli na niego jak szaleńcy, nie zważając na własne rany.
Co ciekawe, w tradycyjnej Sandzie nie można było się cofać bo według legendy, kto spadnie z ringu, ten się nabija na rozstawione poniżej włócznie. W tej walce to Amil nie postawił ani kroku wstecz a mistrz Sandy cofał się notorycznie. Jakie to ironiczne. No, ale strategia ta okazała się strzałem w dziesiątkę. Brak miejsca to brak możliwości złapania rytmu, to ciągły strach przed obaleniami, to narzucenie własnej presji zawodnikowi, który tego bardzo nie lubi. Walka świetna, ale również mogąca iść w obie strony. Gdyby Hayder czekał z atakami, bez wątpienia by przegrał.
Wnioski
William Gomis jest zawodnikiem, który świetnie sobie radzi z przeciwnikami od niego niższymi oraz mającymi gorszy zasięg i niestety, w dokładnie ten schemat wpisuje się Robert Ruchała.
Należy jednak jasno powiedzieć, że te same cechy fizyczne, które mieli zawodnicy z nim przegrywający, nie oznaczają, że Polak przegra walkę. Walczą style, nie centymetry. Chodzi jednak o to, że kolejny raz to Francuz będzie miał dogodne warunki; znowu rywal, z którymi zawsze radził sobie najlepiej. Jeśli taka dysproporcja wpisująca się w schemat doda mu kilka procent przewagi w walce, to jest to nieoceniona pomoc, mogąca zaważyć na starciu. By to zniwelować trzeba zamienić się w Hydera Amila, a jeśli nie chcemy iść jak czołg, to przynajmniej jak ognia unikamy stylu walki Yanisa Ghemmouriego czy Francisa Marshalla. Środkiem do zwycięstwa jest wywieranie presji i nie czekanie aż Gomis złapie dystans, zza którego będzie doskakiwał z ciosami – tak wielu zawodników w ten sposób przegrywało.
Największe wady Gomisa:
– Nisko ręce
– Pakuje się w poddania
– Nie lubi presji
– Nie lubi wymian
– Słaba kontrola w parterze
Największe Zalety Gomisa:
– Dobre praca w klinczu
– Dążenie do obaleń
– Świetne akcje na rozłączeniu
– Silny fizycznie
– Lekkość w nogach
– Poczucie dystansu
– Kosmicznie trudno go poddać
– Niesamowicie twardy
Sztab Roberta Ruchały powinien obejrzeć walki Brito oraz Hydera, by zobaczyć jak się z Gomisem wygrywa; oraz obejrzeć walki Ghemmourim i Marshallem, by zobaczyć jakiej strategii na walkę unikać. William Gomis to naprawdę solidny zawodnik. Nie jest kompletny. Parter jest jego najsłabszą stroną. Zapasy to raczej siłówka + sanda, ale stójkę ma świetną (plus: wszystkie te zalety, które już zostały wymienione). Dodatkowo ostatnia przegrana wcale przegraną aż tak wielką nie była. Pojedynek spokojnie mógł pójść w obie strony. Uważam więc, że Robert Ruchała będzie miał bardzo ciężką przeprawę z Gomisem. We wrześniu, w klatce UFC, spotka się dwóch perspektywicznych zawodników, jeden z Polski, drugi z Francji. Obaj z fenomenalną przeszłością i szansą na czołowe miejsca w rankingu w przyszłości. Jak mało co, to właśnie ta konfrontacja wzbudza moje największe zainteresowanie. Pozostaje trzymać kciuki i napawać się widowiskiem, jakie na pewno dadzą nam ci młodzi zawodnicy.
Na koniec warto jeszcze przypomnieć problemy z ważeniem, jakie rok temu miał William Gomis przed galą UFC 301. Wówczas walka z Jeanem Silvą została odwołana. William wymiotował, chwiał się i w zasadzie nie wiedział co się dzieje. Był to efekt katastrofalnego odwodnienia.
✅ 64,9 KILOS pour William Gomis qui valide sa pesée ⚖️, espérons qu’il se rétablisse bien maintenant .. pic.twitter.com/3XBiyr4kzK
— ARENA (@MMArena_) May 3, 2024


























20 komentarzy (poniżej pierwsze 30)
...wczytuję komentarze...
UFC Heavyweight
WSOF Welterweight
NoLife FC
Bellator Lightweight
KSW Heavyweight
Jungle Fight Middleweight
UFC Heavyweight
UFC Light Heavyweight
UFC Heavyweight
KSW Light Heavyweight
UFC Light Heavyweight
UFC Heavyweight
UFC Heavyweight
PRIDE FC Middleweight
KSW Light Heavyweight
UFC Heavyweight
UFC Light Heavyweight
UFC Heavyweight
PRIDE FC Middleweight
Bellator Featherweight
Dołącz do dyskusji na forum <a href="https://cohones.mmarocks.pl/threads/80437/">Cohones →</a> lub komentuj na <a href="#respond">MMARocks.pl →</a>