Aslambek 2

Podczas gdy w Stanach Zjednoczonych trwa właśnie walka z dopingiem w MMA, który – jak wiemy – “zniszczy cały nasz sport”… swoją drogą, aż dziw bierze, że rolnictwo intensywne do tej pory nie zniszczyło uprawy roli, i że w swej mądrości nie powróciliśmy jeszcze do pracy za pomocą cepów – ale mniejsza już o to. Tak więc podczas gdy w Stanach Zjednoczonych trwa walka z dopingiem, w Polsce nikt nie zawraca sobie głowy ani tym, co zawodnicy jedzą i piją – ani tym bardziej tym, czym później sikają. Widać na tym przykładzie wyraźnie, że nasz rynek cały czas trapiony jest problemami poważnymi, i tutaj na pierdoły nikt nie ma czasu. No, ale co innego USA i UFC, gdzie doping stał się sprawą pierwszej wagi, przez co nawet dotychczasowe tromtadracje włodarzy największej organizacji świata zostały zastąpione konkretami.

Mam tu oczywiście na myśli zaostrzony program walki z dopingiem, jaki Ultimate Fighting Championship wciela właśnie w życie – a który polegać będzie na przeprowadzaniu testów na okoliczność stosowania “nielegalnych” substancji u każdego zawodnika w dzień walki, oraz na dodatkowych testach poza okresem przygotowawczym. Kolejnym punktem wspomnianego programu ma być zaostrzenie kar dla fighterów przyłapanych na stosowaniu niedozwolonego wspomagania z dziewięciu, do dwudziestu czterech miesięcy zawieszenia. Jeśli ów plan rzeczywiście będzie rzetelnie wdrażany, to Victor Cui może być wkrótce największym dłużnikiem braci Fertittów, którzy nie tylko rozwodnili w przeciągu ostatnich miesięcy swój produkt tak, że coraz trudniej doszukać się w nim jakiegokolwiek smaku – to jeszcze teraz mogą swymi działaniami pomóc zawodnikom takim jak Bibiano Fernandes w podjęciu decyzji o nie wiązaniu się z największą organizacją świata. Ale czego to się nie robi dla walki z “bronią biologiczną”!

Jako że obiecałem sobie już jakiś czas temu, iż nie będę wdawał się więcej w jałowe dyskusje na temat dopingu w sporcie – który dla mnie nie jest zresztą żadnym problemem a rozwiązaniem pewnych problemów, naświetlam tylko króciutko wspomniane ruchy hegemona branży MMA i czmycham na nasze podwórko. Tu, póki co, rynek MMA nie jest regulowany – a przynajmniej nie inaczej niż zwyczajowymi ramami prawa karnego i podatkowego, które jak widać są w pełni wystarczające. Gale się odbywają, zawodnicy walczą – wszyscy są zadowoleni.

Zadowoleni najwyraźniej są również właściciele Konfrontacji Sztuk Walki, którzy wczoraj ze swym produktem po raz pierwszy pojawili się w stolicy Wielkopolski. KSW 30 okazało się być wydarzeniem nad wyraz udanym, które dostarczyło fanom wielu emocji na najwyższym poziomie – nawet pomimo skromnej pod względem tzw. nazwisk karty walk. Choć w tym przypadku rozpiski nikt nie krytykował, bo ta sportowo wyglądała więcej niż dobrze, to po raz kolejny potwierdziło się, że nazwiska w MMA nie walczą – a mniejsze, kameralne wręcz karty walk sprawdzają się często lepiej niż mocno promowane gale z gwiazdami znanymi w całym kraju. KSW 30 była taką własnie kameralną galą również za sprawą – a może przede wszystkim – niewielkich rozmiarów hali sportowej w której się odbywała. “Arena Poznań” jest w stanie pomieścić 6 000 osób, co stanowi mniej więcej jedną trzecią całkowitej widowni goszczącej podczas debiutu organizacji w Krakowie. Tak mały obiekt siłą rzeczy musiał wpłynąć na realizację widowiska, nie koniecznie musiał jednak wpłynąć na cenę biletów – a wpłynął. Nie jestem zwolennikiem zaglądania komukolwiek do kieszeni, zdaję sobie też sprawę z tego, że organizatorzy decydując się na inwestycję muszą osiągnąć określony próg przychodu, by przedsięwzięcie było dla nich opłacalne. Chcę jedynie zauważyć, że poznańska gala KSW była jedną z najdroższych jeśli chodzi o ceny biletów, co sprawiło, że sprzedawały się one niezbyt prędko. Widać wyraźnie, że 270 zł za przeciętne miejsce to dużo, i chyba więcej “kapusty” od niedzielnych fanów MMA właściciele Federacji KSW nie wyciągną – co nie zmienia faktu, że ciągle jest to o 270 zł więcej niż wyciągają od fanów hardkorowych. No cóż.

Mniejsza jednak o finanse – nie one są przecież najważniejsze, podobno. Przede wszystkim wspomnieć należy o bohaterach minionej gali, o zawodnikach. Pierwszorzędnie zaprezentowała się Karolina Kowalkiewicz, która po piętnastominutowej wojnie pokonała na punkty doświadczoną Kalindrę Farię. Polka pokazała wielkie serce do walki oraz to, że potrafi myśleć w ringu i niwelować atuty rywalek. Walka Kowalkiewicz została doceniona nie tylko w kraju, również zagraniczni komentatorzy dostrzegli postawę zawodniczki Gracie Barra Łódź. Drugim największym zwycięzcą poznańskiego wydarzenia był Aslambek Saidov. Trenujący w Olsztynie Czeczen pokazał, że cały czas jest w ścisłej czołówce swojej wagi i aktualny mistrz, Borys Mańkowski, musi liczyć się z tym, że “Aslan” wkrótce wyciągnie ręce w kierunku pasa. Skoro już przy Mańkowskim jesteśmy, to trzeba uczciwie przyznać, że jego ringowa postawa nieco rozczarowała. Kondycyjnie wypadł bardzo słabo – a to przecież jego rywal, a nie on, dowiedział się o pojedynku na kilka dni przed nim. Trudno odgadnąć przyczynę problemów z wydolnością, warto za to w tym miejscu postawić otwarte pytanie: co by było, gdyby Mańkowski zmierzył się z planowanym dla niego od początku Carewem?

We wcześniejszej części gali bardzo dobrze pokazał się Mateusz Gamrot. Zastopowanie Rodrigo Cavalheiro to spore osiągnięcie – nie należy jednak popadać w huraoptymizm w przypadku młodego “ankosiaka”. Jeszcze sporo pracy przed nim – przede wszystkim w stójce – co pokazała runda druga. Bardzo dobrze w swym debiucie pokazał się Kleiber Koike, ba! Chyba lepiej pokazać się nie mógł. Poddanie duszeniem trójkątnym uważanego za “młodego Mameda” Anzora Azhieva, to wydarzenie znaczące nie tylko jeśli o KSW chodzi. Równie dobrze zaprezentował się Jakub Kowalewicz, nieco mniej Michał “Komar” Włodarek – który zamiast porządnie użądlić, latał i latał. Pojedynek Gniadka z Zawadzkim był bardzo dobry, a sędziowie nie potrafili wyłonić zwycięzcy i przyznali w nim remis. Myślę, że jest to zwycięski remis dla każdego z nich.

Wydarzenie ustrzegło się również kontrowersji i błędnych werdyktów sędziowskich. Dalsze rozszerzenie składu i zatrudnienie nowych arbitrów – w tym zagranicznych – było bardzo dobrym i potrzebnym ruchem. Właściciele Konfrontacji wytrącili tym sposobem kij z rąk niezadowolonych z werdyktów zawodników spoza naszego kraju. Na plus należy również zaliczyć zatrudnienie Piotra Michalaka jako sędziego ringowego, a także rozdział obowiązków wśród pracowników organizacji. Sędziowie nie stali już w narożnikach swoich zawodników, by po chwili zmieniać strój i punktować pojedynki – co miało miejsce do niedawna.

Podczas gali poznaliśmy także najbliższe plany organizatorów. KSW powróci do sopockiej “Ergo Areny” już 23 maja. W walce wieczoru zmierzą się Michał Materla i Tomasz Drwal, a stawką pojedynku będzie pas kategorii średniej! W końcu pojawia się szansa na uporządkowanie hierarchii dywizji do 84 kg – choć tylko w przypadku wygranej Drwala. Oprócz tego na gali zobaczymy Karola Bedorfa w pojedynku z Peterem Grahamem (tu również stawką będzie tytuł mistrzowski), a także Macieja Jewtuszkę, który stanie naprzeciw Roberta Radomskiego. W Trójmieście wystąpi też Mariusz Pudzianowski, który zmierzy się z nieznanym jeszcze rywalem i… ze swoim organizmem – walka po raz pierwszy w jego przypadku zakontraktowana zostanie w pełnym wymiarze czasowym.

W tym miejscu pojawiają się porównania KSW 31 i pierwszego UFC w naszym kraju. Poziom rozpisek można zestawić w oparciu o osobiste preferencje – i tu i tu bowiem mamy odrobinę dziwaków, i tu i tu mamy pojedynki dobre, a nawet bardzo dobre. Mało tego! Walka Materla – Drwal jest dla mnie bardziej ekscytująca niż Chalidow – Drwal, starcie Błachowicza w UFC natomiast mierzę zupełnie innymi kategoriami. Zresztą, nie zamierzam wskazywać wirtualnego zwycięzcy tego pojedynku organizacji – bo nie muszę. Nie muszę wybierać. Natomiast Wy, Drodzy Czytelnicy, wybrać będziecie musieli. Dopiero przez pryzmat tego potencjalnego wyboru, jakiego dokonać będzie musiał fan MMA widać jak sprytnie działają Kawulski z Lewandowskim, którzy osaczyli swoimi wydarzeniami historyczne dla naszego rynku UFC. Gale półtora miesiąca przed i półtora miesiąca po UFC w Krakowie z pewnością nie odbiorą Amerykanom najbardziej zagorzałej widowni, nie odbiorą też widowni zagranicznej – tym bardziej ze względu na lokalizację. Mogą natomiast odebrać przeciętnego fana uczęszczającego na gale KSW – albowiem ten dobrze się zastanowi zanim zdecyduje się pojechać na UFC. Sprytnie! Zobaczymy czym odpowie hegemon – jeśli odpowie.

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.