historyczny szlak mma penn pulver

Zapraszam do zapoznania się z kolejną częścią serii artykułów na MMARocks pod tytułem „Historyczny szlak MMA”. W każdym z wpisów opisuję najważniejsze etapy w historii naszego ukochanego sportu. Od samych początków, przez erę UFC i Pride, aż do czasów teraźniejszych. W dzisiejszej publikacji przedstawię zarys losów Pata Mileticha, jego klubu oraz początki kategorii lekkiej w UFC.

Wszystkie artykuły z serii można znaleźć TUTAJ.

Miletich Fighting Systems

Bettendorf w stanie Iowa, należące do zespołu pięciu miast w Środkowo-Zachodnich Stanach Zjednoczonych, znanym jako „Quad Cities”. To właśnie tutaj swoją siedzibę miał jeden z najlepszych klubów MMA na przełomie tysiąclecia – Miletich Fighting Systems, w skrócie MFS. Założycielem i głównym trenerem klubu był oczywiście Pat Miletich, pierwszy mistrz UFC w kategorii do 77 kilogramów,  a także przez parę lat rekordzista w liczbie obron pasa, których na swoim koncie uzbierał cztery. Już od ponad 20 lat tysiące zawodników przemierzyło drogę do Bettendorf, a wszyscy mieli tylko jeden cel swojej wędrówki. Trenować z najlepszymi na świecie, aby w końcu samemu stać się najlepszym.

Jak większość zawodników pochodzących ze stanu Iowa, Miletich rozpoczął swoją karierę od zapasów. Pasjonował się jednak w podobnym stopniu również boksem. Jeszcze przed rozpoczęciem zawodniczej kariery przez Pata, „Quad Cities” uchodziło za kuźnię talentów bokserskich na Środkowym Zachodzie USA. To właśnie stamtąd pochodził m.in. Michael Nunn, wieloletni posiadacz pasów IBF i WBA. Miletich także zapragnął zostać mistrzem świata. Nie był on jednak zawodnikiem światowej klasy, ani w zapasach, ani w boksie. Co najwyżej można było powiedzieć, że jest solidnym fighterem. Mieszane Sztuki Walki okazały się czymś idealnie skrojonym pod Mileticha, który był posiadaczem czarnego pasa w karate, a także posiadał spore doświadczenie w zapasach, boksie oraz kickboxingu. Po obejrzeniu pierwszych gal UFC, Pat dorwał się do kaset nagranych przez Renzo Graciego i rozpoczął naukę brazylijskiego jiu-jitsu.

Miletich wspomina: „W college’u uprawiałem zapasy, mój ojciec zmarł, gdy byłem jeszcze w szkole średniej. Na drugim roku studiów moja mama zachorowała, miała problemy z sercem. Jeździłem do domu i stale spędzałem z nią czas. Pracowałem na trzy etaty, żeby pomóc jej spłacić rachunki, ponieważ sama nie była w stanie pójść do pracy. Mój przyjaciel najpierw wysłał mnie na kickboxing, później wkręciłem się w jiu-jitsu, muay thai i całą resztę. Zawsze byłem całkiem dobry w sportach walki, więc zdecydowałem się na starty w boksie i muay thai, poradziłem sobie nieźle. Zdobyłem mistrzostwo USA w muay thai, potem wystartowało UFC i zobaczyłem szansę na szybki zarobek. I to spory jak na tamte czasy. Zacząłem walczyć zawodowo, żeby zdobyć pieniądze i pomóc mamie zapłacić za dom i wszystkie rachunki”.

Niedługo później Pat Miletich toczył pojedynki na terenie całego „Quad Cities”, a także w innych częściach świata. W ciągu zaledwie dwóch lat dorobił się imponującego bilansu 17 zwycięstw, 1 porażki oraz 1 remisu. Zawodnik z Bettendorf ważył 77 kilogramów i wielokrotnie musiał się mierzyć z o wiele cięższymi rywalami.

Rick Graveson był jednym z przeciwników na drodze Mileticha, a w późniejszym okresie został jego uczniem. „Walczyłem z Patem dwa razy. Spotkałem się z nim w mojej debiutanckiej walce, a miesiąc później odbył się nasz rewanż. Z łatwością pokonał mnie w obu przypadkach. Swego czasu Pat Miletich z każdym rozprawiał się bez żadnych kłopotów. Był lata świetlne przed innymi zawodnikami. Wtedy nie istniały żadne kategorie wagowe, ani ograniczenia. Zasady ograniczały się do zakazu gryzienia i wkładania palców w oczy. Pat ważył 77 kilogramów. Widziałem jego walki z kolesiami, którzy byli ciężsi o ponad 40 kilogramów, a on i tak nimi rzucał po ringu, jak gdyby nigdy nic. Był dobry w stójce i  w parterze. Gdy łączył to wszystko w klatce, wyglądał naprawdę niesamowicie” – wspomina Graveson.

W trakcie swojej drogi Miletich zapoznał się z najlepszymi fighterami z regionu. Zaczęli razem trenować i pracować nad własnymi słabościami. Fundamenty pod stworzenie Miletich Fighting Systems zostały zbudowane.

„Pat miał grupkę swoich zawodników, ja tak samo. Walczyliśmy między sobą w miarę regularnie na Quad City Ultimate” – opowiada Jeremy Horn, były zawodnik UFC i Pride. „Kiedy w końcu wszyscy ze sobą już zawalczyli i skończyły nam się możliwe zestawienia, to stwierdziliśmy, że skoro nie możemy walczyć, to może zaczniemy razem trenować? Zacząłem jeździć do Pata na jeden lub dwa weekendy w miesiącu. Po czasie miałem już dość tych dojazdów i postanowiłem, że muszę się przeprowadzić do Iowa”.

Nareszcie Pat Miletich odebrał telefon od UFC i otrzymał szansę na występ w oktagonie. „Croatian Sensation”, bo tak właśnie brzmiał jego pseudonim (rodzice Pata byli imigrantami z Chorwacji), trafił na rozpiskę gali UFC 16, która odbyła się 13 marca w 1998 roku w Nowym Orleanie. Jego przeciwnikiem został Townsend Saunders, srebrny medalista olimpijski w zapasach z Atlanty. Sportowiec na poziomie podium Igrzysk Olimpijskich, czyli na poziomie do którego Miletich prawdopodobnie nigdy by nie dotarł, gdyby skupił się wyłącznie na zapasach. Pat Miletich w MMA stanowił o wiele większe zagrożenie, był wyjątkowo twardy i już ze sporym bagażem doświadczeń. 30-letni Miletich pokonał Saundersa przez niejednogłośną decyzję w półfinale turnieju, a tego samego wieczoru w finałowym starciu poddał Chrisa Brennana. „Croatian Sensation” tym samym został zwycięzcą całego turnieju.

Pomimo zwycięstwa, dla wielu fanów najlepszym zawodnikiem turnieju był nie Miletich, a Mikey Burnett, reprezentujący barwy Lion’s Den. Burnett znokautował w półfinale Eugenio Tadeu po świetnej walce, jednak został zmuszony do wycofania się z finału, ponieważ połamał dłoń po jednym z uderzeń na głowę Tadeu. To Mikey okazał się gwiazdą, która rozbłysnęła najjaśniej tamtej nocy. Miletich był zdeterminowany, żeby zmierzyć się z Burnettem i utrzeć nosa swoim krytykom. Walka obu panów odbyła się kilka miesięcy później na gali UFC Brazil. Było to pierwsze starcie o pas mistrzowski wagi lekkiej UFC (aktualnie kategoria półśrednia do 77 kilogramów),

Mikey Burnett był nadzwyczaj silnym zawodnikiem jak na swoją wagę. Pat Miletich miał plan na tę walkę, aby trzymać mocno bijącego przeciwnika jak najbliżej siebie, a jeśli to możliwe, to położyć go na plecy. Mikey i Pat walczyli ze sobą przez 21 minut, większość czasu spędzając w klinczu i trzymając rywala za spodenki, a od czasu do czasu atakując kolanem na tułów. Potencjalnie świetny pojedynek okazał się wyjątkowo nudny. Starcie w Brazylii dało też do myślenia całej organizacji w temacie wprowadzenia zakazu trzymania za spodenki przeciwnika, które popsuło obraz tamtego wydarzenia. Ktoś jednak musiał wyjść zwycięsko z tego pojedynku, a o wyniku zadecydował… cios poniżej pasa w wykonaniu Burnetta, po którym został ukarany przez sędziego ringowego Johna McCarthy’ego. W walce, która była bardzo bliska, jeden faul zadecydował o przyznaniu historycznego pierwszego mistrzostwa Patowi Miletichowi.

Sukces zawodnika o chorwackich korzeniach zachęcił masę adeptów sztuk walki do przyjazdu do Bettendorf. Każdy z nich marzył o treningach z Miletichem i Hornem. Pierwszy był mistrzem UFC, a drugi wygrywał pojedynek za pojedynkiem i mierzył się z legendarnym Frankiem Shamrockiem. Obaj odnosili sukcesy, nie uchodząc za szczególnie atletycznych. Już wkrótce do klubu dołączyło wielu interesujących zawodników m.in. Joe Slick, Tyrone Roberts, Matt Hughes, LaVerne Clark (występował również w boksie, swego czasu poległ z Tomaszem Adamkiem na gali w Polsce), Bobby Hoffman, czy Andre Roberts. Dobrze prezentowała się też kadra trenerska, Steve Rusk szlifował z podopiecznymi grappling, a bokser Ted Muller pomagał w treningach stójki.

„Przyszedłem tam, żeby pomóc innym, ale i żeby samemu coś zyskać. Odbyłem świetne sparingi z Patem i kilkoma innymi zawodnikami” – tłumaczy Muller. „Pat ma na tyle otwarty umysł, że potrafi stwierdzić kiedy ktoś wie więcej od niego na jakiś temat, wie także co najbardziej pomaga jego podopiecznym”.

W pierwszych latach istnienia MMA jako sportu, zawodnicy i trenerzy nie otrzymywali wielu pieniędzy za swoją pracę, przez co warunki do treningu często pozostawiały wiele do życzenia. Z czasem MFS doczekało się imponującej siedziby dla swojego klubu, jednak początki nie były takie kolorowe.

„Przez lata trenowaliśmy na korcie do squasha. Wynająłem miejsce od klubu fitness, kosztowało to 800 dolarów za miesiąc. Położyliśmy matę na podłodze i stworzyliśmy swoje własne pole do walki” – wspomina Miletich. „Członkowie klubu fitness wciąż narzekali, bo nasz smród im przeszkadzał, ale pieniądze za wynajem kortu były potrzebne właścicielom. To były naprawdę ciężkie czasy. Każdy na naszej sali był żądny sukcesów i chciał zbudować swoje nazwisko w tym sporcie”.

Little Evil

Ciężkie warunki nie powstrzymały Jensa Pulvera przed dołączeniem do ekipy Mileticha, po tym gdy jego dotychczasowy klub „Shamrock 2000” został zamknięty. Warunki w Bettendorf były trudne, ale Pulver wydawał się tym nie przejmować. Jak wielu innych zawodników, Jens pochodził z rozbitego domu i miał za sobą nieprzyjemne lata.

„Nie boję się przyjąć ciosu na twarz, nie boję się, że ktoś mnie uderzy. Dorastałem będąc bitym. Nie umarłem od tego” – wyjaśniał Pulver. „Będąc z moim ojcem bardziej cierpiałem psychicznie, niż fizycznie. Dostać lanie to nic. Rany się wyleczą, siniaki znikną. Nie zacząłem walczyć, ponieważ on się nade mną znęcał. Po prostu od zawsze kochałem wizję uprawiania sportu, w którym wszystko zależy tylko i wyłącznie od samego siebie. Wszystko spoczywa na mnie. Moja ciężka praca, moje serce, moje umiejętności”.

Pulver odnalazł u Mileticha nowy dom. Reszta trenujących szybko nadała mu przydomek „Little Evil” i „The Pulverizer”. Z jego osobowością wszystko było w porządku, to tylko lewa ręka Jensa sprawiała sparingpartnerom tyle problemów. Po czasie spędzonym u boku Lowella Andersona i Boba Shamrocka, czas spędzony w Bettendorf był dla przyszłego mistrza UFC niczym kubeł zimnej wody na obudzenie.

Pulver kontynuuje: „Kiedy przeprowadziłem się do Iowy, byłem pod ogromnym wrażeniem. Myślałem sobie „cholera, właśnie spotkałem całą salę nowych kolesi, a oni jedyne co robią to kopią mi dupsko”. Bili mnie okrutnie, dusili na lewo i prawo. Byłem w siódmym niebie. Przeprowadzając się wziąłem ze sobą dwie torby, rzuciłem pracę, opuściłem dom, porzuciłem wszystko co miałem i ruszyłem w 2,5-dniową podróż pociągiem do Iowy. Monte Cox, manager i promotor, pozwolił mi zostać u niego w domu. Nie jestem w stanie okazać mu całej wdzięczności. Wielu chłopaków było tutaj w tym samym celu. Chcieli walczyć, trenować i być najlepszym, jak tylko się da. Mieliśmy wspaniałą ekipę. Wszyscy razem ciężko trenowaliśmy każdego dnia. Sala nigdy nie była pusta. Ekstremalne treningi dzień w dzień. Największe lania jakie dostałem w swoim życiu, miały miejsce właśnie w tamtej sali treningowej, nie podczas walk. Zarobiłem tam masę guzów i siniaków, to właśnie dzięki temu wszystko dobrze funkcjonowało. Każdy nawzajem się nakręcał, popychaliśmy się do przekraczania kolejnych barier. To było wszystko, czego pragnąłem. Miejsce przypominało salkę do zapasów, ale mieliśmy dodatkowo boks, MMA, jiu-jitsu, ciężary, bieganie. Grupa wsparcia była potężna. O to w tym chodziło, każdy dawał coś od siebie. Każdy robił wszystko co było w jego mocy, żeby być tam z innymi i pomagać. To był klucz do sukcesu. Tak mocno się wzajemnie traktowaliśmy na treningach, że występ w ringu był niczym dzień wolny”.

Jens Pulver został odkryty przez matchmakera UFC Johna Perettiego na jednej z gal Bas Rutten Invitational i zdążył zadebiutować w oktagonie. „Little Evil” nie był już gościem z pierwszej lepszej łapanki, ale wciąż był na tyle nowy w tym sporcie, żeby Miletich mógł zrobić z niego fightera kompletnego. Pulver był świetnym zapaśnikiem, jednak nie używał swoich umiejętności w stylu Marka Colemana, czy Randy’ego Couture’a. Jens wcale nie opierał swojej gry na ground and pound, zamiast tego wolał praktykować odmienny styl: „sprawl and brawl”.

„To nie ja schodzę po obalenia! Nie przenoszę walki na ziemię. Nigdy nie robiłem nic innego, niż utrzymywanie walki w stójce tak długo, jak przeciwnik mi na to pozwalał” – tłumaczy Pulver. „Każdy rywal próbuje sprowadzić mnie do parteru. Byłem zapaśnikiem na studiach, jestem dobrym grapplerem, znam wiele poddań. Wolę jednak bić się w stójce, ponieważ uderzam mocno – naprawdę mocno. Mam większą szansę na skończenie walki w stójce niż na ziemi”.

Peretti starał się zbudować w UFC kategorię lekką, wzorem japońskiej organizacji Shooto. W Kraju Kwitnącej Wiśni błyszczeli między innymi Rumina Sato i Caol Uno. Lżejsi zawodnicy w Japonii byli bardziej dynamiczni i cały czas mieli energię do dalszej walki, podczas gdy więksi fighterzy szybko się męczyli. Peretti miał nadzieję, że Pulver będzie jednym z motorów napędowych nowej dywizji. „Little Evil” spełniał pokładane w nim nadzieje, odprawiał z kwitkiem kolejnych przeciwników zarówno w UFC, jak i występując w mniejszych organizacjach. 17 listopada 2000 roku na gali UFC 28 znokautował w zaledwie 15 sekund Johna Lewisa. Tym zwycięstwem uzyskał miano kandydata do walki o inauguracyjny pas UFC w wadze lekkiej do 70 kilogramów. Kilka miesięcy później pokonał wspomnianego Caola Uno przez większościową decyzję i został historycznym pierwszym mistrzem UFC w nowej dywizji. W swojej pierwszej obronie tytułu pomścił porażki swojego klubowego kolegi Matta Hughesa i wypunktował Dennisa Hallmana. Jens stał się królem wagi lekkiej, ale najcięższe wyzwanie wciąż było przed nim. Z najtrudniejszym rywalem zmierzył się 11 stycznia 2002 roku w walce wieczoru gali UFC 35.

Genialny dzieciak z Hilo

BJ Penn dorastał ciągle walcząc. Właśnie tym się zajmowali ludzie w jego rodzinnym Hilo na Hawajach. Bójki były częścią życia lokalnej młodzieży. „Hilo jest tak małym miejscem, że każdego stale spotykasz. Jeśli masz z kimś problem, nie można od tego uciec”.

Penn wychowywał się w bardzo bogatej rodzinie. Jego przyszli przeciwnicy z chęcią mu to wypominali, bo przecież większość zawodników dorastała w okropnych warunkach. Pomimo licznych pieniędzy na koncie, BJ uwielbiał bijatyki. Jego rodzice byli bardzo uznanymi inwestorami nieruchomości. Ich syn wolał jednak podążyć inną ścieżką i zostać fighterem. Jako nastolatek, walki były dla Penna całym życiem, jednak nie interesowały go tradycyjne sztuki walki, a wyłącznie bójki na ulicach. Wszystko zmieniło się kiedy Tom Callos, uczeń Ralpha Gracie, przeprowadził się do sąsiedztwa i zechciał trochę posparować z tutejszymi niesfornymi młodzieńcami. BJ z początku podchodził sceptycznie do całej sprawy. W końcu jakim cudem jakieś „tarzanie na ziemi” miało mu pomóc w zdobyciu uznania na ulicznych ustawkach? Po kilku balachach i duszeniach jednak zainteresował się tematem brazylijskiego jiu-jitsu. Niedługo później Penn codziennie ćwiczył z Callosem na macie nowe techniki. Tom wybrał się z powrotem do Kalifornii, a nastoletni BJ pojechał razem z nim w poszukiwaniu lepszych przeciwników. Penn nie był jeszcze gotowy, żeby stawiać czoła bardziej doświadczonym uczniom w akademii Ralpha Gracie, ale Hawajczyk przykuł uwagę Brazylijczyka. Gracie zaproponował Pennowi, aby ten przyjechał do niego na stałe do Kalifornii i trenował w jego szkole. BJ czuł się zaszczycony, a następnie zszokowany, kiedy ojciec wyraził zgodę na jego wyjazd.

„W tamtym okresie spędzałem większość czasu bawiąc się z przyjaciółmi na plaży. Nie miałem żadnego kierunku w życiu i mój ojciec się martwił” – opowiada Penn. „Pomyślał, że dobrze będzie jeśli ruszę się z wyspy na trochę, miał jednak kłopot gdzie mnie posłać. Gdy usłyszał, że mam talent do jiu-jitsu, problem sam się rozwiązał. Jadąc na treningi do Kalifornii nie tylko byłem odciągnięty od nocnych wypadów i ulicznych bójek, ale także robiłem coś konstruktywnego, na czym mogłem skupić swoją energię i determinację. W końcu robiłbym coś, żeby się rozwinąć”.

BJ Penn wyrabiał sobie pozycję pośród najlepszych zawodników BJJ na świecie. Czarny pas zawisł na jego biodrach po nieco ponad 3 latach od pierwszego treningu, co jest wydarzeniem niesłychanym i do tej pory jednym z najszybciej uzyskanych czarnych pasów w historii dyscypliny. W 1997 zaczął jeździć na pierwsze zawody. W 2000 był już złotym medalistą Mistrzostw Świata w kategorii czarnych pasów. Dokonał tego jako pierwszy zawodnik w historii niepochodzący z Brazylii.

„To było moje marzenie, ale kiedy już to osiągnąłem, nie pomyślałem sobie, że to jest jakiś wielki wyczyn. Pewnie wtedy jeszcze to do mnie nie docierało. Może byłem w szoku, nie wiem. Z każdym kolejnym dniem uświadamiałem sobie jednak, że dokonałem czegoś dobrego. W chwili zdobycia medalu byłem po prostu zadowolony, że nie przegrałem. Wygrywanie nie jest takie świetne, po prostu przegrywanie jest do dupy” – wspomina Hawajczyk.

BJ Penn w błyskawicznym tempie wspiął się po wszystkich szczeblach w hierarchii brazylijskiego jiu-jitsu, dzięki czemu dorobił się jakże adekwatnego pseudonimu „The Prodigy”, co w języku polskim oznacza „geniusz” lub „osoba wyjątkowo utalentowana”. Gdy BJ startował w mało popularnych zawodach BJJ, w rodzinnym Hilo nie było głośno o jego sukcesach. Już wkrótce jednak każdy mówił o młodym Pennie, który przerzucił się na walki w formule MMA. „The Prodigy” podbił UFC równie szybko, co świat BJJ. Jego brat, Jay Dee Penn, trenował wówczas w Las Vegas u Johna Lewisa. Lewis chętnie zgodził się, aby wykonać kilka telefonów i polecić utalentowanego BJ’a. Legendarny Frank Shamrock mówił o BJ Pennie jako o jednym z najlepszych zawodników na świecie, zanim ten w ogóle zdążył zadebiutować w klatce!

Penn kontynuuje opowieść: „Dostałem się do UFC przez Johna Lewisa. Pociągnął za kilka sznurków i wkręcił mnie do środka, za co jestem mu wdzięczny. Znał Danę White’a i Lorenzo Fertittę, zanim ci wykupili UFC. Spotkałem się z tą dwójką i trochę się pokulaliśmy, więc mogli się nieco poznać na moim ground and pound. Nie wiedzieli jednak, jak sobie poradzę jako fighter w oktagonie. Nikt tak naprawdę nie wiedział, że walczyłem przez całe swoje życie, cały czas. Wszystko przełożyło się dla mnie pomyślnie, ale inni uważali mnie za gościa od jiu-jitsu i nie wiedzieli czego się po mnie spodziewać”.

BJ Penn genialnie przełożył swoje umiejętności do oktagonu. Zawodnik pochodzący z Hilo okazał się najbardziej obiecującym talentem UFC od czasów Franka Shamrocka. Podobnie do niego, również zadebiutował w starciu z zapaśnikiem. Zamiast dążyć do szybkiego poddania Joeya Gilberta w parterze, BJ wykorzystał swoją stójkę i uderzenia do zdobycia obalenia. Na ziemi BJ Penn bezlitośnie zadał kilkanaście ciosów w głowę Gilberta i sędzia John McCarthy został zmuszony do przerwania walki. Przed pojedynkiem BJ płakał i trząsł się z nerwów, ale ostatecznie wyszedł do oktagonu i już nigdy więcej nie doświadczył podobnego stresu.

„Mogę szczerze powiedzieć, że to była najważniejsza walka w moim życiu. Nie było na szali żadnego tytułu, ale po raz pierwszy występowałem przed tak dużą publicznością. Muzyka i wsparcie kibiców pomogły mi się wyluzować” – wspomina Penn. „To była walka na rozdziewiczenie w MMA. Wiedziałem, że już nigdy nie przeżyję takiej chwili. Odkryłem swoje przeznaczenie, miejsce, do którego należałem. Dotarło do mnie, że zostanę w tym sporcie na długi czas”.

BJ kontynuował swoją wspinaczkę na szczyt w drugiej już dyscyplinie. Po drodze wygrywał z czołowymi pretendentami kategorii do 70 kilogramów, Dinem Thomasem oraz Caolem Uno. Thomas był pogromcą aktualnego mistrza, Jensa Pulvera, którego poddał na gali WEF. Penn jednak z łatwością znokautował go za pomocą kolana. „Chciałbym wiedzieć co się tam wydarzyło. Po walce jednak nie pamiętałem, że w ogóle z kimś walczyłem. Po prostu dostałem na głowę i poszedłem spać” – opowiada Din Thomas. Penn zaintrygował tłum na hali swoim nietypowym wyjściem do oktagonu. Zamiast standardowego przejścia całej drogi ze swoim narożnikiem, BJ przebiegł z szatni do klatki na pełnym sprincie.

„Zwyczajnie robię się wściekły. Kiedy już wchodzę do ringu, to nie mam zamiaru się wygłupiać” – tłumaczył Penn na konferencji prasowej po walce. „Nie mam nawet na to wytłumaczenia. Kiedy walczyłem na ulicy, byłem spokojny, a kiedy przychodziło co do czego, to „BUM!”.  To szaleństwo. Po prostu klikam w odpowiedni guzik przed wyjściem do walki”.

Caol Uno zmusił Pulvera do wysiłku w 5-rundowym pojedynku na pełnym dystansie. BJ Penn natomiast znokautował Japończyka w zaledwie 11 sekund. „Trenowałem do tego starcia jak na wojnę. Miałem zamiar mu ją wypowiedzieć i spodziewałem się, że trochę to potrwa” – mówi BJ. Nie potrwało to nawet trochę. Uno rozpoczął starcie od szalonego latającego kopnięcia, ale Penn chwilę później zaatakował błyskawiczną kombinacją bokserską i pozostawił nieprzytomnego Uno, leżącego przy siatce. Hawajczyk wbiegł szybko do klatki i równie szybko mógł z niej już wybiec. „Na ulicy znokautowałem tylko jednego kolesia, a później nokautowałem Dina i Uno. Frank Shamrock i Javier Mendez twierdzili, że uderzam najmocniej z całej kategorii wagowej. Frank mówił UFC, że „ten facet ma nokautujące uderzenie”. Ja odpowiadałem „okej, skoro tak sądzicie…”. Później zacząłem nokautować przeciwników i pomyślałem sobie, że no cóż, może faktycznie mam ten nokautujący cios” – kontynuuje Penn.

Podczas walki Penna z Uno, Pulver znajdował się bardzo blisko całej akcji, był jednym z komentatorów na tej gali. Pojedynek Amerykanina z Japończykiem miał na celu wyłonienie nowego pretendenta numer 1 do walki o pas wagi lekkiej, który wówczas należał właśnie do „Little Evila”. Mike Goldberg, drugi z komentatorów, doskonale pamięta reakcję Pulvera na zwycięstwo Penna. „Jens Pulver nie wyglądał na bardzo przestraszonego, ale usiadł i powiedział „Wow, ten dzieciak jest dobry”. Od tej chwili Jens już wiedział, że przyjdzie mu zmierzyć się z BJ Pennem”.

Pojedynek Pulvera z Pennem przyciągnął uwagę kibiców. „The Prodigy” był najgorętszym talentem w całej organizacji, a „Little Evil” zdążył się już pokazać jako zasłużony mistrz kategorii do 70 kilogramów. Po raz pierwszy w historii UFC, starcie w wadze lekkiej było walką wieczoru gali w systemie PPV.

Pojedynek

W okresie przygotowań do walki Pulver był rozwścieczony. Matchmaker John Peretti, a następnie nowi właściciele z Zuffa oparli na jego osobie budowanie kategorii lekkiej. Jens wziął na swoje barki całą odpowiedzialność i udźwignął ciężar tego zadania. Będąc mistrzem UFC, miał zawalczyć z dzieciakiem, który stoczył dopiero trzy walki w karierze. To właśnie temu genialnemu młodzieńcowi z Hilo poświęcona była cała uwaga przed UFC 35. Hype na Penna sięgał zenitu, mało tego. Reprezentant Hawajów uchodził również za faworyta w tym starciu.

„Był wściekły na to, że stawiano go w pozycji underdoga” – tłumaczy Jeff Osborne, prezenter UFC i promotor w innych organizacjach. „Różnica w kursach bukmacherskich była naprawdę duża”. Pulver był zmotywowany jak nigdy dotąd. Dosłownie wyżywał się na swoich sparingpartnerach. Nawet główny trener Pat Miletich nie uniknął furii Pulvera. Na jednym ze sparingów doznał złamania nosa i został powalony na deski ciosem w korpus. „Little Evil” miał w sobie ogień do walki i szykował formę życia na pojedynek z BJ Pennem.

„Walczę ze wszystkimi ludźmi, którzy mówią, że zostanę zniszczony, że będę bezsilny, że nie mam szans, że jest zbyt dobry w stójce, zbyt dobry w parterze” – opowiadał ówczesny mistrz. „Trenowałem do twardej walki. Lałem kolegów z klubu dzień w dzień. Uderzałem mocniej, niż kiedykolwiek wcześniej”. Krytyka zadziałała na Pulvera i zdwoiła jego wysiłki. Kariera Penna obrazuje, że jest on zupełnym przeciwieństwem Jensa. Gdy przychodził cięższy okres w karierze, Penn gubił się mentalnie. „Mam BJ’a za zawodnika, który polega na impecie wydarzeń. Jeśli wszystko idzie po jego myśli, on się rozluźnia i czuje się coraz lepiej. Kiedy zaczynają się schody, gubi się. Można trenować, aby radzić sobie z problemami, ale znaleźć się w nich, to już całkowicie inna kwestia”.

Gdy rozpoczęła się walka, Penn odsunął na bok swój plan o sprawdzeniu się w stójce z Pulverem i zamiast tego ruszył po obalenie. Pomimo zapaśniczych umiejętności mistrza, BJ poradził sobie ze sprowadzeniem rywala do parteru. „BJ miał lepsze obalenia, niż się spodziewałem” – opowiadał Pulver po walce. „Little Evil” potrafił jednak dobrze bronić się z pleców. Penn próbował dopiąć gilotynę w stójce, ale Pulver wykorzystał to do rzucenia Hawajczykiem o ziemię, po czym nałożył presję i wygrał pierwszą odsłonę starcia.

Penn odpowiedział w świetnym stylu w drugiej rundzie, która była najciekawszą z całego pojedynku. Hawajczykowi udało się obalić i przejść do dosiadu. Pulver kontynuuje: „Wiedziałem ile czasu zostało do końca rundy, ale kiedy zdobył dosiad, na zegarze wciąż widniały dwie minuty. Myślałem sobie, jak mam się go pozbyć, co mam zrobić, żeby sędzia nie przerywał tej walki? Nie mogłem mu pozwolić, żeby zaczął bić seriami, wtedy walka byłaby przerwana. John McCarthy krzyknął do mnie, żebym dał znać, czy dalej kontynuuje pojedynek. Zacząłem bić, uderzałem jak tylko mogłem, żeby pokazać, że może i jestem w złej pozycji, ale na pewno się nie poddaję. Pamiętam, że Jeremy Horn zawołał, że zostało 6 sekund, kiedy BJ poszedł po balachę. Próbowałem przetrwać ten czas. Pamiętam, że wyprostował moją rękę, gdy zostały około 2 sekundy do końca. Pomyślałem sobie „dobry Boże, zrób co chcesz, złam tę rękę, ale nie odklepię, kiedy zostały 2 sekundy do końca rundy”. Ludzie zaczęli krzyczeć „odklepał, on odklepał!”. Nie, po prostu wiedziałem kiedy zabrzmi gong i od razu, gdy to się stało, to wiedziałem, że nie dał rady. Był bardzo blisko, ale na szczęście runda się skończyła i otrzymałem szansę na powrót do walki”.

Na powtórce wydaje się, że Pulver mógł odklepać po syrenie kończącej rundę. „Chciałbym mieć wtedy troszkę więcej czasu, ale zapiąłem balachę zbyt późno i zabrzmiał gong” – dodaje Penn. „Ciągnąłem wyprostowaną rękę, ale runda się skończyła. Nie zamierzałem być nieprofesjonalny i próbować uszkodzić mu rękę po czasie. To byłoby niesportowe zachowanie”.

Po drugiej rundzie Jens Pulver zaczął sobie lepiej radzić z obroną obaleń. Hawajczyk dobrze prezentował się w stójce, bił kombinacjami, podczas gdy Pulver czaił się na nokautujący cios, podobny do tego, którym odprawił Johna Lewisa na UFC 28. Jens opowiada: „Potrzebowałem trzech rund, żeby wygrać walkę, więc niech tak się stanie. Zawsze miałem w sobie tę pewność. Jeśli on ma mnie trafić nokautującym ciosem, niech tak będzie, ale wciąż pozostawałem pewny siebie. Kochałem walkę w stójce, co by się nie działo, chciałem wygrywać boje w tej płaszczyźnie. BJ trafił mnie sierpowym, po którym spuchło mi oko oraz nos. Ale hej, to tylko jeden cios. Jadę dalej, wciąż tu jestem. Stoję na nogach i nadal walczę”.

Penn nawiązywał walkę, ale nie był tak agresywny jak w poprzednich występach. Pulver zaczął kontrować jego próby obaleń w czwartej rundzie i udało mu się zadać trochę obrażeń na ziemi, W stójce BJ dobrze pracował ciosem prostym i lekkimi kopnięciami, ale nie ruszył zdecydowanie po nokaut. W piątej rundzie Hawajczyk odpuścił już obalenia i całą rundę przewalczył z Pulverem na nogach. Pomimo 20 minut starcia, „Little Evil” wyglądał na świeżego i niezmęczonego trudami tej batalii. Komentatorzy wiedzieli, że oglądają walkę mistrzowską, która stanie się klasykiem. „Ci, którzy myśleli, że Penn nie umie bić się w stójce. Ci, którzy uważali, że Pulver nie przetrwa w parterze. Wszyscy byliście w błędzie” – podsumował Osborne.

Gdy na zegarze zostało już tylko 45 sekund do końca walki, Pulver zaatakował zmęczonego Penna kombinacją i ostatecznie potwierdził, że zwycięstwo należy się jemu. „The Prodigy” przetrwał nawałnicę i obaj zawodnicy doczekali się decyzji sędziowskiej. Dwóch sędziów punktowych widziało wygraną Jensa, a jeden wskazał na remis. „Czasami hype nie wystarcza. To jest moja pie*dolona klatka! Moja!” – mówił po walce mistrz. „Bez wątpienia była to najcięższa walka w moim życiu. Rewanż jest nieunikniony, ponieważ tego faceta nie można powstrzymać”.

Zawodnicy wagi lekkiej zaczęli pisać nowy, wspaniały rozdział w historii UFC. Po przegranej z Pulverem, BJ Penn wyglądał na zniszczonego psychicznie. Później przyznał, że błędem było walczenie na dwóch galach UFC z rzędu. Pół roku nieustannego treningu odebrały mu radość z tego sportu. „The Prodigy” wypowiadał się jednak uprzejmie o swoim rywalu: „Czapki z głów przed Jensem Pulverem” – mówił na konferencji prasowej po gali. „Jeszcze nigdy w życiu nie stoczyłem podobnej walki. Chciałbym, żeby potoczyła się inaczej, ale Jens jest kozakiem”.

Pulver znalazł się na samym szczycie. Był mistrzem i gwiazdą UFC, właśnie wygrał w swojej pierwszej walce wieczoru, gdy inni spodziewali się jego porażki. „Chciałbym podziękować Lorenzo, Frankowi, Danie, Joe i Zuffa za zorganizowanie tego pojedynku oraz zaufanie dla mnie i BJ’a, dzięki czemu dostaliśmy walkę wieczoru” – Pulver opowiadał dziennikarzom. „Tito, wiem już przez co przechodzisz, ciężko być częścią main eventu”. Paradoksalnie, pozycja Jensa Pulvera doprowadziła do jego odejścia z organizacji. Zawodnik nie mógł się pogodzić, że ktoś o statusie mistrza, nie zarabia większych pieniędzy. Amerykanin zdecydował się kontynuować swoją karierę poza UFC, występując między innymi na galach w Japonii. Był to jeden z pierwszych przypadków, kiedy mistrz UFC nie traci swojego pasa w walce i udaje się do konkurencji. Braci Fertitta czekała trudna droga do osiągnięcia sukcesu, ale na szczęście dysponowali odpowiednim kapitałem do rozwijania swojego nowego biznesu.

Jens Pulver i BJ Penn przetarli szlaki dla rozwoju dywizji lekkiej. Ich pojedynek na UFC 35 był pierwszym głośnym starciem w niższej wadze, która w kolejnych latach okazała się najmocniejszą kategorią w całej organizacji i przyniosła kibicom wiele niezapomnianych wojen…

10 KOMENTARZE

  1. Łysy mógłby teraz ściągnąć Pulvera na ostatnią walkę dla Penna i domknięcie trylogii, przynajmniej miałby jakieś szanse :crazy:

  2. Wow! Brawo! Jak zwykle genialnie wszystko opisane, mógłbym tak czytać i czytać… Czekam na kolejną część 😉

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.