W kategoriach średniej i półśredniej KSW zaczyna się tworzyć matchmakingowy impas. Pół żartem, pół serio, staram się rozwiązać problem braku rywali dla mistrzów największej polskiej organizacji.
Mamed Chalidow w ubiegłą sobotę dał spektakularny występ. Błyskawicznym nokautem na Michale Materli po raz kolejny udowodnił jak zjawiskowym jest zawodnikiem. Czeczen o polskim sercu zdaje się być teraz w najlepszym momencie swojej kariery. Obawy o jego formę po poważnej kontuzji kręgosłupa okazały się bezpodstawne. Mamed ma wszystko, by zawojować świat – przede wszystkim umiejętności i bogate doświadczenie. Jak dobrze wiemy, Chalidow nie ma jednak zamiaru ruszać się poza KSW. Mam wrażenie, że tę decyzję większość fanów już uszanowała. Nie będzie pojedynku z Chrisem Weidmanem czy „Jacare” Souzą. Podopieczny Szymona Bońkowskiego i Pawła Derlacza w kolejnej walce najprawdopodobniej skrzyżuje rękawice z Azizem Karaoglu. Ten ostatni posiada dynamit w pięściach i bez wątpienia jest groźnym fighterem, co pokazał w ostatnich walkach. Osobiście mocno wyczekuję tego starcia, bo uważam, że Aziz jest w stanie stworzyć realne zagrożenie w pierwszej fazie pojedynku. Po porażkach Barao z Dillashawem, Silvy z Weidmanem czy Rousey z Holm nauczyłem się nikogo w MMA nie lekceważyć.
Wybiegnijmy trochę w przyszłość i załóżmy, że Mamed poradzi sobie z niemieckim zawodnikiem pochodzenia tureckiego. Co wtedy będzie na niego czekać? Na rewanż z Michałem Materlą może być za wcześnie. Poza „Cipkiem” pula oponentów jest uboga – najlepszych spoza UFC Mamed już pokonał. Mam propozycję, która zabrzmi teraz surrealistycznie, jednak po głębszym zastanowieniu, nie jest pozbawiona sensu. Coś, czego w KSW jeszcze nie było – super walka między mistrzami dwóch kategorii wagowych.
Chalidow przez dłuższy czas toczył boje w dywizji półciężkiej, więc mógłby stanąć w szranki z Tomaszem Narkunem. Nie umniejszam „Żyrafie” umiejętności, jednak nie ma on jeszcze rozpoznawalności, która pozwoliłaby dobrze marketingowo sprzedać walkę z Mamedem. Zresztą, Olsztynianinowi bliżej do zawodnika kategorii półśredniej niż półciężkiej. Coś nawet ostatnio przebąkiwał o zejściu do niższej dywizji.
W limicie 77 kilogramów mamy już mistrza, który z dnia na dzień zwiększa swoją popularność w naszym pięknym kraju. Nazywa się Borys Mańkowski. Co ciekawe, z „Diabłem Tasmańskim” sytuacja robi się podobna do tej, na jaką ciężko w KSW zapracował Chalidow – zaczyna brakować mu rywali. Gdzieś w tle jest rewanż z Aslambekiem Saidovem, ale poza tym jest marnie. Ciekawym pretendentem zdawał się być Jim Wallhead, który ostatnio posłał do snu Rafała Moksa. Anglik jednak nie ma zamiaru wiązać się na dłużej z Konfrontacją Sztuk Walki, bo w niedalekiej perspektywie zapala się lampka z nazwą Ultimate Fighting Championship, a pojedynek o pas mistrza oznacza wielowalkowy kontrakt z polskim gigantem.
Reprezentant Ankosu MMA ostatnio nawet sugerował na swoim profilu na Facebooku, że jest problem z godnymi oponentami dla niego:
Podopieczny Andrzeja Kościelskiego w rankingu Fight Matrix okupuje 33. miejsce i nad nim znajdują się fighterzy z indywidualnymi kontraktami z UFC, Bellatorem i WSOF, którzy nie dostaną przepustki na walkę w KSW. Zaczyna się więc tworzyć realny problem.
Dobrym kandydatem do walki z Mańkowskim był Michail Tsarev, ale po tym przegrał z Jesse Taylorem, nie ma to już sensu. Borys walczyć więc będzie musiał z rywalami, którzy plasują się od niego niżej w przeróżnych rankingach. Lekarstwem na tę chorobę zestawień mogłoby być ponowne zejście do kategorii lekkiej, ale zastanawiam się czy aktualnie miałoby to sens. Jasne, niejeden powie, że super walki też nie mają sensu, ale „kto bogatemu zabroni” pomarzyć.
Oczywiście walka między Borysem a Mamedem nie miałaby takiego potencjału marketingowego jak choćby wyczekiwane od lat starcie Andersona Silvy z Georgesem St. Pierrem, ale co z tego, skoro to drugie zestawienie nigdy nie doszło do skutku. Znając natomiast fantazję duetu Lewandowski & Kawulski, walki między mistrzami dwóch kategorii wagowych nie możemy wykluczyć.
Takie rozwiązania niestety nie są pozbawione wad. Największą z nich jest to, że… ktoś musi przegrać. Teoretycznie więc wartość któregoś z pasów mistrzowskich zostałaby obniżona. Nie musimy daleko sięgać, aby znaleźć podobną sytuację i reperkusje jakie z niej wynikły. Kilka miesięcy temu, w maju na gali M-1 Challenge 57 najlepszy polski ciężki, Marcin Tybura wziął udział w super walce z mistrzem kategorii półciężkiej, Stephanem Puetzem. Uniejowianin przegrał przez TKO w trzeciej rundzie. Doznał porażki, ale pasa nie stracił, dlatego pewien niesmak pozostał. I głównie rzeczony niesmak jest problemem, ale już nie z takimi zdarzeniami KSW doskonale sobie radziło. Kto pamięta o tym, że Michał Materla przegrał z Jayem Silvą i nie zszedł z tronu dywizji średniej? Z każdej sytuacji da się znaleźć wyjście, a tak sprawni promotorzy jak właściciele KSW wiedzą za jakie sznurki pociągać. Marcin Tybura w kolejnym starciu we właściwej sobie kategorii wagowej odbudował się i mało kto już pamięta wtopę z Puetzem. Mamed ma już 35 lat i – jeśli nie przejdzie w odpowiednim momencie na sportową emeryturę – kiedyś po prostu musi przegrać. Jeśli pokona go Polak, to da się z tego wybrnąć. No właśnie…
Super walka ma sens jeśli nie jest missmatchem. Wbrew pozorom, Mańkowski w potencjalnym boju z Chalidowem nie stałby na straconej pozycji. Oczywiście Mamed byłby faworytem, jednak w walce z mniejszym rywalem mógłby stracić jeden ze swoich atutów, czyli przewagę szybkościową. Borys w formie z drugiej walki z Saidovem, czy ostatniej z Taylorem goni po klatce niczym króliczek Duracella. „Ankosiak” nie ma cudownych warunków fizycznych, jednak siłowo nie odstaje od kolegów ze swojej dywizji i Mamed raczej nie byłby od niego dużo silniejszy. Jak już zresztą wspomniałem, Czeczenowi jest blisko do kategorii wagowej Mańkowskiego – do walk zbija niewiele, podczas gdy inni średni w okresie między pojedynkami potrafią ważyć po sto kilogramów.
Co z problemem rywali dla swoich mistrzów zrobi KSW, pokaże przyszłość. Transmisja wszystkich gal w systemie PPV nie będzie sprzyjać kreowaniu nowych gwiazd Konfrontacji Sztuk Walki, więc jej włodarze będą musieli się dwoić i troić by zachęcić ludzi do wykupienia transmisji.























