
Jeśli ktoś po ostatnich występach (nie tylko niedzielnej walce) wciąż nie potrafi docenić klasy sportowej Conora McGregora jest albo kompletnym ignorantem, albo nienawiść do Irlandczyka przysłoniła mu umiejętność racjonalnego myślenia. „The Notorious” potrafi nie tylko krzyczeć. Do jego niebywałej charyzmy, krasomówstwa (ograniczonego niestety ostatnio do pospolitych przekleństw) i zdolności biznesowych dochodzą niesamowite umiejętności skrojone na wymiar do dzisiejszego MMA. Koniec, kropka.
Pozycja McGregora w UFC już dawno wzmocniła się na tyle, że on sam wybiera sobie przeciwników. Po tym, jak z planowanej na UFC 196 walki o pas mistrza wagi lekkiej z Rafaelem dos Anjosem pozostały zgliszcza z powodu kontuzji Brazylijczyka, właśnie McGregor wskazał Nate’a Diaza jako tego, który ma zastąpić RDA. A pamiętamy dobrze, jak sekundy po pojawieniu się informacji o złamaniu stopy przez dos Anjosa, Donald Cerrone wyraził chęć skrzyżowania rękawic z McGregorem. Sam prezydent UFC przyznał, że „Kowboj” był jedną z najważniejszych opcji w tamtym momencie. Conor jednakwybrał Nate’a Diaza, ale szybko się na tym przejechał. Druga sprawa, że o tamtej porażce już nikt nie pamięta.
Niedługo później „Król” wyznaczył Diaza do rewanżu – oczywiście na swoich warunkach, tj. w limicie wagowym kategorii półśredniej. Walkę, planowaną na UFC 200, usunięto z rozpiski, bo Conor nie chciał wypełniać obowiązków medialnych. „Ależ go to UFC ukarało!” – cieszył się jeden z drugim. Radość nie trwała długo – rewanż zestawiono ponownie, ale na galę UFC 202. To tylko pokazało, że McGregor ma wielką władzę w UFC, a jak kilka miesięcy później się dowiadujemy, Conor mimo to chce więcej i więcej. Po pokonaniu Eddiego Alvareza – rywala, którego znowu sam sobie wybrał – „The Notorious” domaga się udziałów w UFC pod groźbą odejścia z organizacji. Czy ktoś z tutaj zebranych ma wątpliwości, jak się sprawa zakończy?
Skoro już ustaliliśmy wynik negocjacji McGregora z największą organizacją MMA świata, możemy zacząć się zastanawiać, kogo następnego wybierze sobie na potencjalną ofiarę. Opcji jest „milion dwieście”. Mam wrażenie, że Conor nie bałby się nawet walki z mistrzem wagi ciężkiej, ale w tej chwili to nierealne. Powtarzam „w tej chwili”, bo już mało co w dzisiejszym MMA mnie zaskoczy.
Uporządkujmy fakty. McGregor posiada dwa pasy mistrzowskie – wagi lekkiej i piórkowej. W zasadzie tylko to jest pewne. Nie wiemy, który z nich będzie bronił w następnej walce (bo na to, że któryś zwakuje, jest mała szansa); nie wiemy, czy czasem nie sięgnie po trzeci pas, a już w ogóle ciężko zgadnąć nazwisko jego kolejnego rywala. Worek z opcjami jednak można zmniejszyć.
Załóżmy, że Conor postanowi obronić tytuł, który odebrał Jose Aldo w grudniu ubiegłego roku. Tak, po kilkunastu miesiącach wypadałoby pierwszy raz podjąć się obrony pasa mistrzowskiego wagi piórkowej. Oczywiście savoir vivre i Conor McGregor nie idą w parze, więc biorąc pod uwagę nasze wcześniejsze ustalenia, Irlandczyk wspomniany pas może jeszcze ładną chwilę przetrzymać w szafie. Gdyby jednak zdecydował się na walkę w kategorii do 66 kilogramów, to nie ma dla niego zbyt wielu opcji, zwłaszcza tych, które najbardziej go interesują, czyli z medialnym potencjałem.
Do rzeczy. W dywizji piórkowej mamy skonfliktowanego z UFC Jose Aldo, który teraz posiada tymczasowy pas mistrza, więc naturalnym wyborem wydawałby się on i… tylko on. Przyzwyczajamy się powoli do absurdalnych sytuacji, ale walka o tytuł mistrza kategorii w której są dwa pasy z zawodnikiem bez pasa to byłoby za wiele – chyba nawet na skomplikowany umysł McGregora. Może gdyby pojawiło się tam jakieś ciekawe pod względem marketingowym nazwisko, ale jedynym który przychodzi na myśl jest mało znany szerszej publiczności Max Holloway. „Blessed” ma tyle zwycięstw z rzędu, że niektórzy już przestali je liczyć, a pewnie i tak nie uzyska szybko statusu pretendenta. Ewentualnie tymczasowy pas może mieć w zasięgu, ale tu mamy znowu ślepą uliczkę w jednej z brazylijskich faveli.
No dobra, skoro nie jeden pas, to może chociaż drugi… W wadze lekkiej jest bardziej kolorowo. Naturalnymi kandydatami do walki o tytuł „w dawnym UFC” byliby Tony Ferguson i Khabib Nurmagomedov. „El Cucuy” jest niepokonany od trzech lat. W tym czasie zgromadził dziewięć skalpów, a najmocniejszym z nich jest były mistrz Rafael dos Anjos. Ponadto Ferguson walczy niezwykle efektownie, co teoretycznie mogłoby tworzyć z niego „łakomy kąsek”. Wespół z nim w boju o względy „Króla” kroczy dagestański „Orzeł”. Bilans walk Khabiba robi jeszcze większe wrażenie – wygrał wszystkie 24 walki w zawodowej karierze, w tym osiem w Ultimate Fighting Championship. Imponujące? Nie dla Conora.
„On zawalczył raz w ciągu ostatnich ośmiu lat” – stwierdził McGregor. „Potrzebuję solidnego dowodu, że zawodnik się pojawi, a ten typ ciągle wypada z walk. […] „Jeśli chcesz żebym zmienił Twoje życie; jeśli chcesz, żebym Cię wybrał – lepiej miej ku temu dobre powody”.
Jak widać, kandydatura Nurmagomedova została skreślona, bo zawodnik w przeszłości borykał się z kontuzjami. Tak, dobrze czytacie. Na placu boju wśród najlepszych lekkich tego świata zostaje Ferguson, więc miejmy nadzieję, że chociaż na niego padnie wybór, bo powoli zaczyna się szykować kolejne (jeszcze do niedawna) abstrakcyjne zestawienie.
Conor McGregor vs… Tyron Woodley o trzeci pas mistrzowski! Co wy na to? Nic to, że „The Chosen One” zremisował swoją ostatnią walkę ze Stephenem Thompsonem o tytuł mistrza wagi półśredniej i prezydent UFC chciałby rewanżu obu panów. ” TheNotorious” sugeruje, że coś w przyszłości może być na rzeczy. Zaczątki trash-talku już mamy. Na piątkowym ważeniu doszło do małego spięcia między Conorem a Tyronem. Ale to w sumie drobnostka, bo ciężko znaleźć zawodnika, z którym „The Notorious” nie byłby skonfliktowany.
Większe obawy (dla jednych, powód do zachwytu dla innych) pojawiły się na konferencji prasowej po UFC 205, kiedy McGregor znów powrócił do retoryki najmocniejszego wojownika wszechwag.
„Dobrze się czuję w każdej z nich” – zaczął Conor. „Rządzę dywizją piórkową, teraz dominuję w lekkiej. 170 funtów? Nie mam problemu z przejściem do półśredniej.”
Warto w tym momencie wspomnieć o sytuacji, która miała miejsce tuż po walce Alvareza z McGregorem. Ten drugi niemal wpadł w furię po tym, jak okazało się, że UFC nie przyniosło do obiektu, w którym odbywała się gala, pasa mistrzowskiego wagi piórkowej. Wszak Conor od dawna „trąbił” o tym, że po zwycięstwie z Eddiem będzie z dumą nosił dwa pasy jednocześnie. UFC szybko zaradziło eskalacji złości Irlandczyka, który wściekły klął podczas wywiadu z Joe Roganem – znaleziono drugi pas. Jak się później okazało (o czym nie wszyscy wiedzą) to drugie trofeum nie było w rzeczywistości własnością McGregora, tylko pożyczonym przez jednego z pracowników UFC pasem… Tyrona Woodleya.
Conor zapytany przez jednego z dziennikarzy o tę sytuację miał stwierdzić: „Może to zapowiedź rzeczy, które nadejdą”.
Jeśli spojrzymy na to wszystko pod kątem potencjalnej sprzedaży subskrypcji PPV, to pomysł na walkę z Woodleyem coraz jaśniej może świtać w pełnej pomysłów głowie McGregora. Takie starcie wygenerowałoby ogromny zysk, najpewniej większy od wspomnianych wcześniej zestawień w kategoriach piórkowej i lekkiej. A właśnie słowa: „zysk, kapitał, udziały, pieniądze” najczęściej ostatnio powtarza Irlandczyk.
A może zwieńczenie trylogii z Nate’em Diazem? Nie brnijmy. Fani czekają na kolejny pojedynek McGregora niczym dziecko na święta Bożego Narodzenia. Jedno jest pewne, z kim nie zawalczy, możemy się spodziewać ogromnego szumu przed walką. Być może to zamieszanie sprawi, że niejednemu odechce się tego sportu, inni będą wychwalali Conora pod niebiosy i z dnia na dzień pokochają go jeszcze bardziej. McGregor stał się synonimem Mieszanych Sztuk Walki i za chwilę może przegonić popularnością bokserskiego mistrza Floyda Mayweathera Juniora. Jak długo to potrwa? Nie mam pojęcia, ale anty fani Irlandczyka będą mieli diabelnie ciężko. Może nadszedł dzień, by pogodzić się z tym, że MMA się zmieniło i nie zanosi się, by wróciło na dawne tory? Nie masz kochać McGregora, ale postaraj się go zaakceptować, jak i ja to zrobiłem, choć początkowo było ciężko. Świat się zmienia – telefony komórkowe z klawiszami zostały wyparte przez dotykowe, a telewizję powoli wypiera internet. Ale tak ja znam ludzi, którzy nie cierpią iPhone’ów czy innych, którzy do końca życia będą gapić się w telewizor uznając komputer za zło wcielone, tak wiem że niektórzy nie zmienią zdania i McGregora nie zaakceptują. Ale może warto się o to postarać, choćby dla własnego zdrowia psychicznego.
Przemyśl to drogi czytelniku, zamiast każdego dnia irytować się, że McGregor zabija Twój ukochany sport, bo być może niedługo wyniesie go na wyżyny popularności.






















