dystrykt1

Jeszcze na dobre nie ucichły echa niedawnego tąpnięcia,  jakim w krajowym środowisku wszechstylowej walki wręcz było odwołanie czwartej gali MMA Attack – a już powoli pojawiają się jaskółki, które w dalszej perspektywie mogą przyodziać nasz rynek w wiosenne szaty.Oczywiście nie od razu i nie wszędzie po równo – a możliwe nawet, że wspomniane jaskółki pomyliłem z wróblami. Mniejsza jednak o to. Przez ową dalszą perspektywę, mam raczej na myśli okres kilku lat, niż kilku – czy nawet kilkunastu – miesięcy. Tak dobrze niestety nie ma – co to, to nie! Niemniej, pewne oznaki nadchodzących zmian są zauważalne, a ich namacalnym świadectwem jest ilość komentarzy, jakie pojawiły się w branżowych mediach po tej żałobnej wiadomości. Nawet nie o samą ilość owych komentarzy chodzi, i nawet nie o ich  jakość. Najistotniejszą w całym tym publicystyczno-komentatorskim zamieszaniu sprawą jest samo nawiązanie dyskusji – dyskusji nad meritum. Nad istotą sprawy i fundamentem nadwiślańskiej sceny mieszanych sztuk walki. I nie mam tutaj na myśli rozmów na forach internetowych, tylko rzeczywiste zaangażowanie ludzi, którzy są dla krajowego MMA podporą – dziennikarzy, redaktorów mediów branżowych, ale także szeroko pojętych działaczy. Krótko mówiąc osób, które polską scenę wszechstylowej walki wręcz kreują – a nie tylko jej kibicują. I być może zabrzmię w tym momencie jak ostatni cynik, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to nieszczęsne potknięcie Dariusza Cholewy – bo cały czas mam nadzieję, że było to jedynie potknięcie, a nie głośny upadek – w dłuższym okresie czasu może przynieść wszechstylowej walce wręcz w naszym kraju więcej pożytku niż szkody.

Mimo że zdania, co do przyczyny dramatycznie niskiej sprzedaży biletów na czwartą edycję MMA Attack, są wciąż mocno podzielone – jedni winą za fiasko przedsięwzięcia obarczają szeroko pojęte środowisko, do którego kierowane było wydarzenie; inni, w tym ja, powodów odwołania gali upatrują w błędach organizatorów; jeszcze inni starają się natomiast odnaleźć złoty środek wrzucając obie kwestie do jednego worka – to warto zauważyć inną rzecz. Budujące jest, że pojawiają się poważne rozważania na ten temat. Z fascynacją przyglądam się pierwszym, ciągle jeszcze bardzo nieśmiałym, polemikom jakich doświadcza nasza dziewicza w tej materii branża. I jest to symptom niesłychanie pozytywny – marzy mi się, aby ta wspaniała dyscyplina sportu była na tyle prężna, aby pojawiały się w mediach z nią powiązanych różne poglądy, by ścierały się wszelkie – często przeciwstawne – opinie i wizje. Byśmy w ogniu dyskusji dochodzili do wspólnych kompromisów i wniosków, które ostatecznie mogą posłużyć jako wskazówki dla naszych budowniczych – tych dużych i tych małych. Ta swoista burza mózgów jaka pojawiła się, kiedy niebo nad polskim MMA poczerniało może trwale odmienić przynajmniej tę dziedzinę naszego rynku – a kreowanie opinii jest przecież dziedziną niesłychanie istotną. Oczywiście nie mam złudzeń, że nagle wszyscy chwycimy się za ręce i będziemy sobie braćmi – ba, w poprzednim felietonie wyraziłem powątpiewanie w taki stan rzeczy. Nie twierdzę, że nagle portale internetowe staną się partnerami, że Mirek Okniński pojedna się z Pawłem Kowalikiem, że Martin Lewandowski przestanie nazywać Dariusza Cholewę “złodziejem” a i różne śliskie osobniki drobniejszego płazu przestaną pod swoimi biznesowymi oponentami kopać dołki. Aż takim naiwniakiem nie jestem, bym w ową sielankę uwierzył. Uważam jednak, że mamy – jako branża – niespotkaną dotąd sposobność stworzenia właściwego trendu w dyskusji poświęconej MMA.

A taka dyskusje jest teraz niesłychanie potrzebna. I nie dlatego by jedni dyktowali drugim co mają robić, czy aby więksi sprzedawali „know how” mniejszym. Żaden rynek nie może przecież sprawnie funkcjonować, kiedy jest zarządzany centralnie – kiedy plan doprowadzony jest do każdego stanowiska. Prawdziwy dobrobyt bierze się z czegoś dokładnie odwrotnego – z dziesiątek mniejszych i większych przedsiębiorstw, z których każde jedno, paradoksalnie,  myśli przecież wyłącznie o własnym interesie: wyprodukować jak najtaniej i sprzedać jak najdrożej. Dzieje się tak z prostej przyczyny: żadna firma nie funkcjonuje dla samego tylko funkcjonowania – zawsze kieruje nią chęć zysku. A do zapewnienia zysku potrzebny jest konsument – którego interes jest jednak dokładnie przeciwny interesowi sprzedawcy: kupić jak najlepszy produkt za jak najniższą cenę. Ta niewidzialna ręka kierująca każdym uczestnikiem rynkowej przepychanki opisana została już w osiemnastym wieku przez Adama Smitha w “badaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów” i jest do dziś jedną z podstaw współczesnej ekonomii.

Wybaczcie powyższe wtrącenie – ekonomista ze mnie żaden, ale chciałem przytoczyć te podstawowe pojęcia nie bez powodu. O ile o Federację KSW powinni troszczyć się wyłącznie Kawulski z Lewandowskim, o ile o dobro MMA Attack dbać musi wyłącznie Dariusz Cholewa, o ile o sprawne funkcjonowanie PLMMA zadbać powinien nikt inny jak sam Mirek Okniński – i ta prawidłowość dotyczy każdego podmiotu na rynku, w tym na rynku MMA – tak o rynek jako całość zadbać musimy już wszyscy razem. Jest to bowiem system naczyń połączonych, i zator w jednej jego części odbija się na funkcjonowaniu innej. Bo nie jest również tak, że skoro Konfrontacja Sztuk Walki odnosi sukcesy, to nic nie należy już robić. Wręcz przeciwnie – w jakim stanie jest krajowa wszechstylowej walki wręcz dobitnie pokazało nam odwołanie październikowej gali MMA Atack. Zresztą nawet samo KSW, które coraz częściej ucieka w rynek płatnych transmisji, nie jest w sytuacji całkowicie komfortowej. Przecież nie robi tego z byle powodu, z widzimisię Martina i Maćka – wiadomym jest, że warszawski duet szuka większego zysku. Trzeba jednak zrozumieć z czego ta ucieczka w pay-per-view wynika. Czy aby przypadkiem nie z tego, że o solidnych inwestorów, którzy chcieliby zainwestować w mieszane sztuki walki poważne pieniądze jest w naszym kraju ciągle bardzo trudno? – nawet dla takiego medialnego molocha jak KSW. I to jest jeden z problemów z którym prędzej czy później przyjdzie się polskiej branży MMA zmierzyć. A tych problemów jest przecież więcej.

Podstawowym zmartwieniem jest wciąż zbyt mała liczba klientów zainteresowanych MMA jako pełnoprawnym sportem. Jasne, KSW radzi sobie całkiem nieźle – ale ciągle, poza kilkoma galami bez walk dziwaków, sprzedaje produkt MMApodobny. I nie mówię tego aby komukolwiek ubliżyć – Federacja KSW jako jedyna firma z branży sprzedaje w naszym kraju swój produkt z zyskiem. Ukłony za to. Od dawna jednak twierdzę, że obecny stan rzeczy nie potrwa wiecznie, że o wartościowych dziwolągów – takich, którzy przyciągną przed odbiorniki odpowiednio dużą liczbę widzów – będzie w Polsce coraz trudniej. No właśnie, a co potem? Co kiedy na deski upadnie ostatni pseudo zawodnik zainteresowany dostawaniem po twarzy? Warto w tym miejscu postawić jedno, za to konkretne, pytanie: w jaki sposób wykreować popyt na mieszane sztuki walki? – w kontekście wyłącznie sportowym. Co zrobić, aby za kilka lat wstęp do tego sportu mieli wyłącznie zawodnicy mieszanych sztuk walki?
Niestety nie mam przygotowanej odpowiedzi. Gdybym takową miał – nie stukałbym teraz w klawiaturę a pędził do banku po kredyt, a później do Kowalika szykować w pełni sportową kartę walk. Wszak stworzenie u przeciętnego Kowalskiego przeświadczenia, że mieszane sztuki walki są ekscytujące dlatego, że są areną walk prawdziwych, najdoskonalszych atletów byłoby – i jestem o tym przekonany – prawdziwą żyłą złota. I co równie ważne – żyłą o wiele bogatszą niż ta obecna, oparta na celebryckich wybrykach. Do odkrycia jej na razie jednak daleka droga – wspomniane we wstępie kilka, a może i kilkanaście, lat. A może być przecież i tak, że nie odnajdziemy jej nigdy i perspektywiczny dziś rynek zniknie jak moda na kolejne edycje “mam talent” i innych sezonowych produkcji – i żaden lament wówczas nie pomoże!

Dlatego namawiam do dyskusji – dyskusji nad meritum. Nad potrzebami rynku. Mamy dziś przecież odpowiednie narzędzia do tego – na szybko wymieniając choćby programy publicystyczne w Orange Sport, które prowadzi szanowany w środowisku – i neutralny – Łukasz Jurkowski: “Siłownia” – w której mieliśmy przecież już zalążek prawdziwej debaty przy okazji komisji nadzorujących MMA – wydaje się idealnym miejscem. Jest również “Fight Raport”. Ponadto mamy cykliczny program Andrzeja Janisza w Polskim Radiu, gdzie tematy związane z MMA regularnie pojawiają się w eterze. Jest w końcu cała masa mniejszych i większych stron internetowych z których każda jedna uważa się za tą najlepszą – piszącą jedyną słuszną prawdę o wszechstylowej walce wręcz. Dlaczego tego nie wykorzystać? Zdobądźmy się na chwilę refleksji, byśmy nie wzięli tego wiatru zmian – cytując klasyka „Skorpionsów” – za zwykły halny na południu, bądź za zwykłą bryzę na północy kraju.

Chief Financial Officer | Shareholder of MMAROCKS. Columnist. Does not avoid political topics. Radical for Capitalism.

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.