Tekst autorstwa Piotra Jagodzińskiego

     Jeśli tym razem znowu coś nawali, ta walka nie odbędzie się nigdy. UFC nie podejmie się więcej jej organizacji. Będą musieli bić się gdzieś na ulicy, jeśli będzie im zależało. Wyślą sobie lokalizację i o tym, kto jest najlepszym lekkim wszech czasów rozstrzygną w jakiejś ciemnej uliczce Las Vegas. Na oczach kilku świadków, swoich trenerów i znajomych.

     O ile w ogóle w Las Vegas są ciemne uliczki. To oczywiście żart, nawet w mieście świateł znajdą się jakieś niedoświetlone ulice na uboczu. Bo to, że walka musiałaby odbyć się w Las Vegas, to pewne. Jest tylko jedna stolica MMA i przypuszczam, że oba teamy chciałyby, żeby to działo się właśnie tam.

     Załóżmy więc, że z walki wypada Khabib. Nie z powodu koronawirusa – zapomnijmy chociaż na chwilę o przeklętym wirusie – tylko tradycyjnie jeden z zawodników doznaje kontuzji, tak, jak to było zawsze do tej pory. Khabib pierwszy zaczynał każdą serię, więc niech i tym razem zacznie. Uraz nie jest wielki, ale całkowicie uniemożliwia mu stoczenie pojedynku 18 kwietnia.

     Dana White szuka zastępstwa, ale Tony zgadza się tylko na jednego zawodnika – Conora McGregora. Tylko to zestawienie ma dla niego jakikolwiek sens poza walką o tytuł. Conor McGregor wbrew temu, co zapowiadał, wcale nie jest przygotowany, żeby wejść do oktagonu na zastępstwo. Nie podejmuje wyzwania.

     Co robi Tony? Wycofuje się z gali. Ale nie przestaje myśleć o pojedynku z Khabibem. You took it from me Khabib, again! – krążą mu po głowie jego własne słowa.

     Tymczasem Khabib wraca do Dagestanu. Żałuje, że nie mógł zmierzyć się z Fergusonem. Był świetnie przygotowany i czuł, że to jest najlepszy moment, aby stoczyć ten pojedynek. Wygrana z Fergusonem jest mu potrzebna. W tym momencie Khabib nie walczy już o mistrzostwo, które przecież zdobył, ani o pieniądze, których zgromadził tyle, że nie zdoła ich wydać do końca życia. Walczy tylko dla chwały. Chciałby zapisać się w historii sportu jako the greatest of all time.

     Wszyscy zdają sobie sprawę, że Dana White nie da się namówić na to, żeby kiedykolwiek spróbować po raz szósty. Przypuszczam, że każdego, kto w jednym zdaniu wymienia nazwiska Nurmagomedov i Ferguson, Dana z miejsca wyrzuca za drzwi swojego biura. Dlatego świat MMA ogarnia apatia. Nigdy nie dowiemy się, kto z tej dwójki był lepszy. Nigdy.

Ale czasami to opatrzność decyduje o losach ludzi, a nie oni sami.

     Kilka miesięcy później już zdrowy Khabib przyjeżdża do Las Vegas na spotkanie z szefem UFC. Wiadomo, trzeba pogadać o interesach. Walki z Fergusonem nie będzie, ale świat nie kończy się na walce z Fergusonem – to oczywiście słowa Dana White’a. Nurmagomedov zgadza się z szefem organizacji, ale z biura wychodzi z mieszanymi uczuciami. Myślami jest przy pojedynku z Tonym Fergusonem.

     Trudno powiedzieć, kto wykonał pierwszy telefon. A  nawet czyj oryginalnie był pomysł,  żeby zorganizować tę walkę bez UFC. Wiele osób wskazuje na Ali Abdelaziza, menadżera Khabiba Nurmagomedova, faceta, o którym wszyscy wiedzą, że ma szemraną przeszłość i zna każdego, kogo powinno się znać. Nawet jeśli to nie był pomysł Abdelaziza, to z pewnością jego talent organizacyjny w połączeniu z licznymi kontaktami przyczyniły się w decydującym stopniu do tego, że kilka dni później doszło do tej walki. Walki pomiędzy Khabibem i Tonym. Walki całkowicie nielegalnej, która odbyła się na ulicy w Las Vegas.

2

     Dokładnie 3 września 2020 roku Tony Ferguson siedział na krawędzi łóżka w pokoju hotelowym w Las Vegas i pogrążony w myślach patrzył przez ogromne okno typu podłoga-sufit na łagodne wierzchołki pasma Spring Mountains, które rysowały się w oddali. Było około czwartej po południu, ale ciągle prażyło silne słońce. Na zewnątrz mogło być nawet trzydzieści stopni ciepła.

     Miał na sobie spodnie od dresów i nagi tors. Spokojnie oddychał i z każdym ruchem płuc wytatuowane na plecach anielskie skrzydła wydawały się delikatnie poruszać. Był sam w pokoju, Eddie Bravo, jedyna osoba, z którą przyleciał do Vegas, zszedł na dół, aby dopiąć szczegóły wieczornego transportu.

     Trzy dni wcześniej w swoim domu w Santa Ana Tony odebrał dziwny telefon od mężczyzny, który powiedział, że nie może przedstawić się, ale chciałby niezwłocznie się spotkać. Niezwłocznie to znaczy teraz, zaraz.

  • Po co? – zapytał obcesowo Tony bez wyrzutów sumienia, ponieważ sądził, że w zasadzie mógłby od razu rozłączyć się – rozmowa miała wystarczająco osobliwy przebieg – a skoro tego nie zrobił, to jego rozmówca powinien okazać mu szczególną wdzięczność.
  • Wiem, że to, co za chwilę powiem – oznajmił niczym nie zrażony głos w słuchawce – zabrzmi nieprawdopodobnie, ale chciałbym z panem porozmawiać na temat walki z Khabibem Nurmagomedovem.
  • Jakiej walki? – burknął Ferguson – Gdzie byłeś człowieku przez ostatnie pięć lat, na stacji kosmicznej? Chyba nawet tam mają internet. Walka się nie odbyła. Nie odbyła się pięć razy. I nigdy się nie odbędzie .
  • Ta walka może odbyć się już za kilka dni, jeżeli pan się zgodzi. W Las Vegas – powiedział jednym tchem facet, o którym Tony Ferguson pomyślał, że musi być świrem, ale świrem, który brzmi wyjątkowo spokojnie i w zastanawiający sposób przekonująco.

     Mężczyzna zaproponował, żeby to Tony wybrał miejsce spotkania. Plaża w Newport Beach, na molu, za dwadzieścia minut. Taki był wybór Tonego.

     Wsiadł w samochód i dotarł na miejsce w kwadrans, w kilku miejscach przekraczając nieznacznie dozwoloną prędkość po drodze. Zanim wszedł na molo już z odległości kilkudziesięciu metrów dostrzegł mężczyznę, który idealnie pasował do opisu. Gość musiał być bliżej Newport Beach, skoro dotarł przed Tonym. Tony zbliżył się do niego ostrożnie.

  • Witam pana, panie Ferguson – powiedział mężczyzna – Moja rola w zasadzie skończyła się. Reszty dowie się pan tutaj – I wyciągnął w stronę Tonego telefon, którego ekran był włączony, a na nim wyświetlała się okrągła twarz Khabiba Nurmagomedova.
  • What the fuck… Tiramisu, to naprawdę ty?

     Tony nie mógł uwierzyć, że to dzieje się naprawdę, ale to po prostu działo się, tu i teraz. Rozmawiał chwilę z Nurmagomedovem, a potem Khabiba zastąpił Ali Abdelaziz. W pół godziny ustalili wszystkie szczegóły. Ku zdziwieniu Tonego Abdelaziz zaoferował mu większe pieniądze za udział w pojedynku, niż wynosiło honorarium, jakie miał otrzymać od UFC. Ale dla Tonego pieniądze miały drugorzędne znaczenie, zawalczyłby za tysiąc dolarów, a nawet i bez wynagrodzenia. Liczyło się tylko to, żeby wreszcie dobrać się do skóry Nurmagomedova.

     Z zamyślenia wyrwało go trzaśnięcie drzwi. Oderwał oczy od okna i spojrzał w stronę wejścia. To Eddie wrócił.

  • Za godzinę pod hotelem będzie czekał samochód – powiedział Eddie, zdaniem Tonego najbardziej przebiegły – właśnie tak, przebiegły – trener brazylijskiego jiu-jitsu na świecie Mamy wsiąść do niego, kiedy temperatura spadnie do 25 stopni. Recepcjonistka zadzwoni i nas o tym poinformuje. W samochodzie szofer dostanie lokalizację. Walka rozpocznie się, gdy temperatura spadnie poniżej 20 stopni.

3

     Jechali windą w dół, Khabib i Islam Makhachev. Islam również przyleciał z Dagestanu na rozmowy z szefem UFC. Po efektownej wygranej w kwietniu z Hernandezem oczekiwał od White’a lepszego kontraktu i pojedynku z kimś z pierwszej dziesiątki dywizji lekkiej.

     W tym momencie to nie miało jednak znaczenia. Do załatwienia były inne sprawy. Przed momentem Khabib skończył rozgrzewkę w hotelowej siłowni, przy której Islam mu pomagał, a teraz jechali już na dół, skąd samochód zabierze ich w miejsce, gdzie wszystko ma się rozegrać.

     Khabib opierał się o ścianę windy i jak zawsze był opanowany, nie zdradzał jakichkolwiek oznak napięcia. Jak rzemieślnik mający do wykonania tę samą robotę, którą wykonuje codziennie od wielu lat. Islam od zawsze podziwiał system nerwowy swojego przyjaciela, to była i jest jedna z najgroźniejszych broni w arsenale Khabiba Nurmagomedova.

     Na podjeździe przed hotelem czekał na nich masywny Cadillac Escalade. Szofer, ogromny  gość w typie bramkarza z nocnego klubu, otworzył tylne drzwi z prawej strony, przez które pierwszy do środka wskoczył Islam, a za nim Khabib. Potem wielkolud zajął miejsce za kierownicą i od razu ruszyli. Khabib zadzwonił do Abdelaziza, tak, jak to było ustalone, a następnie przekazał telefon szoferowi. Ten przez chwilę słuchał instrukcji dokąd ma jechać i oddał telefon z powrotem.

     Jechali nieco ponad kwadrans. Żaden z Dagestańczyków nie wiedział dokładnie w jakiej części Las Vegas się znaleźli, nie orientowali się aż tak dobrze w topografii miasta.

     W końcu samochód zwolnił i skręcił w prawo w jednokierunkową wąską ulicę i mniej więcej w jej połowie skręcił jeszcze raz w prawo, a następnie od razu w lewo tuż za kilkupiętrowym budynkiem. Wjechał w wewnętrzną uliczkę, która prawdopodobnie służyła wyłącznie jako techniczny dojazd dla samochodów zaopatrujących sklepy znajdujące się na parterze. Tu rzeczywiście panował półmrok, wysokie budynki niemal w całości przysłaniały słońce.

     Jeszcze z wnętrza jadącego samochodu dostrzegli zaparkowane samochody oraz stojących w grupkach  ludzi, których było znacznie więcej, niż spodziewał się tego Khabib.

     Najdziwniejszym jednak widokiem, który od razu rzucał się w oczy, był Tony Ferguson uderzający na środku ulicy w tarcze na dłoniach Eddiego Bravo.

     Samochód dojechał niemal do końca uliczki i zaparkował z lewej strony za innymi samochodami. Twarze wszystkich zgromadzonych zwróciły się w stronę parkującego Cadillaca. Tony Ferguson również przerwał swoją rozgrzewkę i razem z Eddiem zatrzymali się na środku drogi.

     Drzwi od Cadillaca otworzył z zewnątrz Ali Abdelaziz, którego rozentuzjazmowane oczy aż  błyszczały.

     Kiedy ze środka wyszedł Khabib, po zebranych przeszedł szmer, a kilka osób zaczęło klaskać i gwizdać. Chyba dopiero teraz, kiedy obaj zawodnicy byli na miejscu, uwierzono, że walka naprawdę się wydarzy.

     Wzrok Khabiba przykuło kilku dystyngowanych Arabów w tradycyjnych białych tunikach i chustach na głowach, którzy szeptali coś między sobą, kiwając z uznaniem głowami.

     Sponsorzy z Arabii Saudyjskiej, którzy w zamian oczekiwali tylko jednego – że przed walką Khabib zrobi to, co robi zawsze przed wejściem do oktagonu. Wzniesie ręce, zamknie oczy i bezgłośnie wypowie krótką modlitwę, o której wszyscy będą wiedzieli, że była skierowana do jedynego prawdziwego Boga, muzułmańskiego Boga. A po wygranej walce jak zawsze wypowie arabskie Alhamdulillah, czym z kolei podziękuje Allahowi za wygraną.

     Niedaleko od Arabów stał Joe Rogan. Khabib już wcześniej wiedział, że Abdelaziz zamierza ściągnąć znanego komentatora UFC. Egipcjanin przekonywał, że ktoś musi dać świadectwo temu wiekopomnemu wydarzeniu, a nikt nie zrobi tego lepiej, niż barwny Joe Rogan, który w dodatku nigdy nie ukrywał swojej fascynacji umiejętnościami Khabiba.

     Obok Rogana stał kamerzysta, który trzymał wycelowaną w Khabiba kamerę, najwyraźniej rejestrując już w tym momencie to, co się dzieje.

     Jeszcze jedną osobę należy wymienić z imienia i nazwiska, która była obecna – Marc Goddard. Wiadomo dlaczego został ściągnięty. Będzie prowadził walkę jako sędzia. Trzeci człowiek w oktagonie, moglibyśmy powiedzieć, gdyby był tu jakiś oktagon.

     Khabib skierował swoje kroki w stronę Tonego Fergusona, w końcu to przede wszystkim z jego powodu tu się znalazł.

– Gdzie zgubiłeś swoje okulary – zwrócił się do Tonego, wyciągając pięść do przywitania – Prawie cię nie poznałem.

– Prawie cię nie poznałem, mówisz Tiramisu? To jest właśnie to, co powie twój ojciec, jak wrócisz do Dagestanu – odparł Tony i zarechotał.

– Zobaczymy – kiwnął głową Khabib – Zobaczymy…

     Na kilka sekund wstrzymali spojrzenia, patrząc sobie głęboko w oczy. Strach czy pewność siebie? Większość zawodników chciałaby wyczytać to przed walką z oczu przeciwnika.

     A potem jednocześnie kiwnęli milcząco głowami, co w tym momencie mogło oznaczać tylko jedno – wzajemny szacunek, i jeszcze raz dotknęli się rękawicami.

Głos zabrał Ali Abdelaziz:

– Słuchajcie, mamy poniżej 20 stopni. W zasadzie możemy zaczynać. Zgromadźmy się przy naszej arenie – Abdelaziz uśmiechnął się i wskazał dłonią fragment ulicy wyłożony materacami – Omówimy zasady naszego main eventu.

Wszyscy przesunęli się w tamtą stronę.

     Ulica była zamknięta z dwóch stron ścianami budynków i w tym kącie wyłożone były  materace w dwóch kolorach, czerwone, które ułożone były wewnątrz, i czarne, które otaczały te czerwone. Obie ściany budynków również pokrywały materace, mniej więcej do wysokości dwóch metrów.

– Uwaga! – Abdelaziz zdjął buty i stanął na środku areny – Walkę rozgrywamy na zasadach stanu Nevada. Granice areny wyznaczają czerwone materace. Czarne to strefa ochronna, gdyby któryś z zawodników wypadł. Walkę poprowadzi Marc Goddard. Nie mamy sędziów punktowych, pojedynek trwa aż do rozstrzygnięcia przez KO lub poddanie, nawet jeśli miałoby to zająć 10 rund. Jakieś pytania?

– Nie będzie podpisywania plakatów? – odezwał się Tony Ferguson, a większość ryknęła śmiechem – OK, to ja nie mam nic więcej…Champ Shit Only!

– W takim razie wszystko jasne – ciągnął Abdelaziz – 10 minut na rozgrzewkę i zaczynamy!

4

     Każdy boi się w czasie walki, nawet człowiek-robot, o którym mówią, że zachowuje się jakby pozbawiony był uczuć, nawet mistrz świata z rekordem 28:0. Strach, o ile jest pod kontrolą, jest pozytywnym uczuciem. Khabib nigdy nie obawiał się własnego lęku, chociaż nie zwykł przyznawać się do niego publicznie.

     Strach wydobywa z organizmu więcej mocy, która pozwala przetrwać. I wygrać. Strach, jeśli nie jest paraliżujący, jest twoim sprzymierzeńcem. Strach bywa silniejszy, jeśli sytuacja jest nowa, a niecodzienne okoliczności, w jakich rozgrywany był ten pojedynek, sprawiały, że Khabib czuł się odrobinę jak debiutant.

     Ale wszystko było w należytym porządku. Tego właśnie oczekiwał od tego pojedynku, podobnie zresztą jak od każdego poprzedniego. Chciał poczuć to coś, falę uczuć, emocji, myśli, wyrzut adrenaliny, które kaskadowo zaleją jego ciało i umysł. To jest ten narkotyczny stan, od którego uzależniają się fighterzy, za każdym razem domagając się co raz to większych wyzwań, aby nakarmić swój umysł i duszę.

     Kiedy patrzył w stronę Tonego Fergusona, stojącego naprzeciwko, zgiętego w pół jakby przygotowanego do skoku, czuł, że za moment znowu będzie kimś innym, niż na co dzień. Kimś, w kogo zamienia się tylko podczas pojedynków. Kimś, kogo bardzo lubił. Kimś, kim bardzo lubił być.

     Marc Goddard dał znak ręką i ruszyli na siebie. Świat wokół przestał istnieć. Ci wszyscy ludzie, Arabowie, Joe Rogan, anonimowy kamerzysta, Islam i cała reszta stali się niemal niewidzialni. Ich głosy zbiły się w niezrozumiały gwar, z którego Khabib nie był w stanie rozpoznać ani słowa.

     Przez moment istniał tylko facet naprzeciwko, który chciał go zniszczyć. Jednak po jakimś czasie jego umysł przyzwyczaił się do wyjątkowej sytuacji i perspektywa zaczęła się zmieniać. Nadal jego zmysły skoncentrowane były na przeciwniku, ale jakaś część zasobów mogła już zająć się otaczającą rzeczywistością. Działo się tak podczas każdej z jego walk, przez te wszystkie lata przyzwyczaił się już do tego. Zaczął słyszeć głos Islama, na czym szczególnie mu zależało. Trzeba słyszeć narożnik. Na wszelki wypadek, gdyby potrzebna była podpowiedź w groźnej sytuacji.

     Pierwszą akcję, którą wykonał był zwód zejścia do nóg, na co Tony zareagował prawym kolanem, które uderzyło w powietrze, i natychmiastowym odejściem do tyłu. Przez głowę Khabiba przemknęła myśl, że Tony nie chce walki w parterze, przynajmniej na początku starcia. To dobrze, pomyślał Khabib, prawdopodobnie obawia się mnie na ziemi.

     Dlatego jak najszybciej chciał sprowadzić Fergusona do parteru. Wyprowadził niechlujnego lowkicka, ale w odpowiedzi Tony od razy uderzył dwa razy w nogi Khabiba, i to były mocniejsze kopnięcia. Za nimi poszły lewy i prawy prosty, i ten ostatni dosięgnął policzka Khabiba. Potem poszło kopnięcie na korpus, ale chybione, Khabib odskoczył.

     Tony szedł do przodu, Khabib jechał na wstecznym. Odczuł już różnicę w zasięgu. Tony wydawał się wystarczająco daleko, żeby go nie sięgnąć, ale jego ręce śmigały mu tuż przed nosem jakby wydłużały się w locie. Prawym sierpem Tony trafił go w lewe ramię, kiedy Khabib uciekał w swoje prawo. Pod prawym backfistem, którym Tony wystrzelił po sierpie, w porę zrobił unik w dół.

     Tony wszedł w swój rytm, rozwijał akcję za akcją. Trafiał głównie na korpus i w nogi. Khabib był pod wrażeniem intensywności, z jaką walczy Ferguson. Niby tego należało się spodziewać, ale jednak doświadczenie tej kanonady ciosów i kopnięć na własnej skórze było czymś zaskakującym. Nigdy wcześniej z czymś takim się nie spotkał. Ci wszyscy, którzy próbowali na nim wywrzeć presję po minucie lub dwóch mieli dosyć, musieli odpocząć. Stawali się łatwymi ofiarami. A tutaj wyglądało to tak, jakby jego przeciwnik wręcz czerpał siły z każdego wyprowadzonego ciosu, jakby w ten sposób ładował swoje baterie, jak jakiś porąbany wiatrak.

     To trzeba było przerwać. Khabib rzucił overhanda, takiego samego, którym powalił McGregora, ale Tony z łatwością uniknął tego ciosu. Tylko że usunął się w stronę, w którą Khabib chciał, żeby się usunął. Stanął plecami do jednej ze ścian, na której był materac. Khabib wyprowadził lewy prosty z doskokiem, z góry zakładając, że nie trafi, a jedynie spowoduje kolejne pół kroku do tyłu, a potem wykorzystując siłę rozpędu rzucił się w pas Tonemu i tego Tony nie mógł już zatrzymać. Nie było też czasu na wyprowadzenie kolana.

     Khabib wbił mu się lewym barkiem w żebra i polecieli obaj na ścianę, a potem w dół. W takiej walce, jak ta, na tym poziomie, w ciągu tych sekund, które dzielą moment wejścia w nogi od momentu upadku, dzieje się naprawdę dużo. Trwa bój o lepszą pozycję wyjściową na ziemi. Walczą ze sobą ręce i nogi w skomplikowanej grze, którą śmiało możemy nazwać grapplerskimi szachami.

     Khabib będąc świadomym, z kim się mierzy, zadbał w tej małej potyczce na razie tylko o to, aby wylądować w pozycji dominującej, a jednocześnie nie wpaść w jakąkolwiek pułapkę. Udało mu się to w pełni, niemal natychmiast na ziemi umościł się w pół gardzie, dociskając swoje ciało do leżącego Fergusona tak, aby ten nie mógł wyślizgnąć się w jakikolwiek sposób. W tym momencie nie podejmował żadnych prób ataku na ręce lub nogi Tonego, ani nie próbował przejść do pozycji bocznej lub do dosiadu. Jedyne na czym się skupił, to kontrola na ziemi. Niech Ferguson poczuje na sobie jego ciężar, niech popracuje, niech zmęczy się trochę. Na próbę ataku przyjdzie odpowiedni moment.

5

     To nie był game plan Tonego, żeby w pierwszej rundzie wylądować na plecach, ale jednocześnie nie wykluczał, że tak może się stać. Był na to przygotowany. Wizualizował sobie niezliczoną ilość wariantów, według których mogła potoczyć się walka.

     Tym, co jednak było zdumiewające, to wszechogarniająca kontrola z góry, jaką aplikował Dagestańczyk. Tak, Tony widział to na wielu filmach z walk Khabiba, nie powinno to być dla niego szczególnym zaskoczeniem. Ale jednak było. Wydawało mu się, że jego własna śliskość pozwoli mu łatwiej wydobyć się spod Nurmagomedova.

     Tymczasem Khabib wydawał się dwa razy cięższy, niż pewnie był w rzeczywistości. Tony czuł napór jego ciała na swoją klatkę piersiową, napór jego głowy na swoją szczękę i szyję. Jednocześnie wydawało się, jakby ciało Khabiba miało jakieś ultrawrażliwe receptory, coś jak linia boczna u ryb, które pozwalają mu idealnie reagować na ruchy Tonego. Tony czuł, że w którąkolwiek stronę się nie ruszy, ciało Khabiba podąży razem z nim w tym samym momencie. Nigdzie nie było przestrzeni, żadnych luźnych centymetrów. Odparcie ataków Nurmagomedova na ziemi będzie kosztowało go dużo sił, w tym momencie zdał sobie z tego sprawę.

     Odkręcił głowę w stronę Abdelaziza, który stał poza matami, trzymając w ręku duży elektroniczny zegar. Właśnie kończyła się runda, zostało dwadzieścia sekund.

Kiedy wybrzmiał dzwonek, Goddard krzyknął:

Koniec – i rozdzielili się.

     Na matę wszedł Eddie Bravo, trzymający stołek oraz butelkę z wodą. Ręcznik miał przewieszony przez ramię.

– Jak jest? – zapytał szeptem Tonego.

– Bosko – odparł Tony, sadowiąc się na stołku.

     Patrzył na Khabiba, który z drugiej strony właśnie siadał na identycznym stołku, a Islam podawał mu wodę.

     Eddie wytarł Tonemu głowę ręcznikiem, a potem nachylił się i szeptał mu do ucha swoje zaklęcia.

     Tony słuchał, a przed oczami stanął mu poranny obrazek: Eddie siedzi u niego w pokoju hotelowym, wygodnie rozparty w fotelu, z dżointem w zębach i zapewnia Tonego, że ten wygra z łatwością z Nurmagomedovem, bo on, Eddie Bravo, szarlatan brazylijskiego jiu-jitsu, tak właśnie o sobie powiedział, wie jak to trzeba zrobić.

     Więc Tony teraz słuchał, słuchał, cały był słuchem, aż rozległ się dzwonek, który rozpoczął kolejną rundę, i wszystko zaczęło kręcić się od nowa.

6

     Ale nic nie szło zgodnie z planem. Nic nigdy nie idzie zgodnie z planem, zawsze coś się posypie. Uczciwie jednak trzeba przyznać, że los jednakowo grał na nosie obu zawodnikom. Nie szło jednemu, ani drugiemu. Ich umiejętności wzajemnie równoważyły się.

     Przez kolejne trzy rundy raz jeden, raz drugi zyskiwał przewagę. Tony był skuteczniejszy w stójce, ale prędzej czy później Khabib sprowadzał walkę do parteru i tam bezdyskusyjnie dominował.

     W połowie piątej rundy udało się Tonemu to, co nie udało się żadnemu jego poprzednikowi. Rozciął twarz Khabiba łokciem, który mu zaserwował na odejściu z klinczu. Wreszcie zyskaliśmy dowód na to, że Nurmagomedov to człowiek, nie maszyna.

     Rozcięcie pojawiło się na policzku, więc krwawienie nie było zbyt obfite, ale ta sytuacja wyraźnie zirytowała Dagestańczyka. Wręcz rzucił się na Tonego i było to coś nieoczekiwanego, coś, czego nie widzieliśmy u niego nigdy wcześniej, stracił panowanie nad sobą i zaczął działać impulsywnie.

     Właśnie na taki rozwój wypadków czekał Tony. Uznał, że to jest ten moment, kiedy pojawia się szansa na wygranie pojedynku, prawdopodobieństwo bowiem tego, że Khabib popełni jakiś błąd było teraz największe. Dlatego fakt, że znowu znalazł się na plecach tym razem nie wkurzył go tak bardzo, jak przy poprzednich obaleniach. Musiał tylko przetrwać nawałnicę ciosów, które zrzucał na niego rozszalały Khabib.

     O tak, Khabib był wściekły. Chciał jak najszybciej ukarać Fergusona. Kilka razy mocno dosięgnął jego głowy. Już wcześniej twarz Tonego była obita i zakrwawiona, ale teraz doszło nowe rozcięcie – lewego łuku brwiowego.

     Wreszcie Tony uspokoił sytuację, a Khabib chwilowo opadł z sił, i Tonemu udało się wciągnąć Khabiba w pełną gardę, by od razu spróbować zapiąć znak rozpoznawczy jiu-jitsu ze szkoły 10th Planet, czyli gumową gardę.

     Khabib zdążył ochłonąć, wiedział, że go poniosło i było to niezwykle ryzykowne, ale ostatecznie uznał, że bilans okazał się korzystny, na twarzy Tonego pojawiło się nowe rozcięcie. Zresztą z tej nowej rany sączyła się krew, w której obaj w tej chwili byli umazani.

     Oczywiście od lat studiował techniki Ediego Bravo i gumowa garda nie stanowiła dla niego żadnej tajemnicy. Wiedział jak bronić się w tej sytuacji i wiedział jak atakować. Czuł, że to jest właśnie ten moment, kiedy należy skończyć walkę. Dłużej nie trzeba czekać, Tony Ferguson, jego zdaniem, był już gotowy, aby przegrać.

     Najbliższe minuty były popisem parterowych szachów. Wszyscy zebrani czuli, że za moment walka zakończy się, szala ostatecznie przechyli się na jedną lub drugą stronę. W czasie pojedynku stało się jasne, że najbardziej prawdopodobnym rozstrzygnięciem będzie wygrana jednego bądź drugiego w parterze, raczej mało prawdopodobne było zakończenie w stójce. Eddie Bravo śledził, jak Tony Ferguson krok po kroku, centymetr po centymetrze zbliża się do zdobycia przewagi, którą jeśli osiągnie, to zwycięstwo już nie powinno wymknąć mu się z rąk. Ale z drugiej strony Islam Makhachev, który od lat trenuje razem z Khabibem Nurmagomedovem i doskonale zna każdy jego ruch, widział, jak to Khabibowi co raz mniej brakuje do zwycięstwa.

     A więc kto wygrał? Czy to Tonemu udało się poddać Khabiba oryginalnym duszeniem wymyślonym przez Eddiego Bravo, jakąś nową wariacją D’Arce Choke, którą Tony tak lubi? Czy jednak górę wzięła siła i technika Khabiba i udusił zza pleców Tonego, podobnie jak kilku swoich poprzednich rywali?

     Moim osobistym zdaniem – przepraszam wszystkich fanów Tonego Fergusona – ten pojedynek wygra w parterze Khabib Nurmagomedov, ale to nie ma znaczenia dla tej historii, ponieważ ta historia toczy się własnym życiem.

     A w tej historii niestety nie będzie zwycięzcy, ponieważ tak, jak mówiłem, nic nigdy nie idzie zgodnie z planem. Jakby szło, to ta walka odbyłaby się pięć lat temu za pierwszym razem, a nie, że już cztery razy wszystko zakończyło się fiaskiem i teraz szykuje się piąta katastrofa.

     Zabrakło może minuty, może trzydziestu sekund, żebyśmy dowiedzieli się, kto jest najlepszym lekkim wszech czasów. Kiedy wszystkie oczy wlepione były w skłębione ciała na macie, nikt nie zauważył nadjeżdżającego spokojnie policyjnego radiowozu. Dopiero miauknięcie syreny wybudziło ich z transu. Odwrócili głowy i zobaczyli dwóch policjantów, z których jeden stał tuż za nimi, a drugi został przy samochodzie, trzymając w rękach pistolet.

Policjant przedstawił się, a później nie kryjąc zdumienia na twarzy, zapytał:

– Przepraszam, ale co tutaj się dzieje?

     Ali Abdelaziz, ubogi Egipcjanin, który wiele lat temu przybył do USA w poszukiwaniu szczęścia, osiągnął tak wiele właśnie dlatego, że w takich sytuacjach nigdy nie tracił głowy, i powiedział z całą powagą:

– Kręcimy film – i wskazał ręką na kamerzystę.

     A potem było oczywiście sprawdzanie paszportów, raportowanie przez policyjne radio, a na końcu, kiedy okazało się, że na macie leżeli doskonale znani policjantom fighterzy UFC – autografy, selfiki i tak dalej.

     Co poradzić, znowu nie dowiedzieliśmy się, kto jest lepszy, Nurmagomedov czy Ferguson, ale zdaje się, że bez determinacji Dana White’a nigdy się nie dowiemy. Więc niech mu tej determinacji nie zabraknie, tego sobie i wszystkim życzę. Dla mnie mogą walczyć na ulicy, na dachu, na pustyni, na szczycie lodowca, w kraterze wulkanu, na statku, w Las Vegas, w Moskwie, w Abu Zabi, gdziekolwiek, byleby zawalczyli. Bez tej walki świat MMA na zawsze pozostanie niedoskonały.

Tekst autorstwa Piotra Jagodzińskiego

Poprzednie części:
Nurmagomedov vs Ferguson. Marvel wymięka cz. 1: Przemiana
Nurmagomedov vs Ferguson. Marvel wymięka cz. 2: „UFC rządzi”
Nurmagomedov vs Ferguson. Marvel wymięka cz. 3: Historia fatum

4 KOMENTARZE

  1. Ale to lipne. Zostawiłem to na wieczór żeby przeczytać po spaleniu "śmiesznego papierosa" i jestem strasznie zawiedziony. Nawet się trochę wczułem  w ta historię a tu chuja nie wiadomo.:burnit::korwinstupid::brainoverload::deniroclap: Nie dziękuję i nie polecam. :brianvomit:

  2. Fajnie napisane, w czasach kwarantanny i tak nie ma ze wiele do roboty, wiec mozna spokojnie poczytac.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.