Zapraszam do zapoznania się z kolejną częścią serii artykułów na MMARocks pod tytułem „Historyczny szlak MMA”. W każdym z wpisów opisuję najważniejsze etapy w historii naszego ukochanego sportu. Od samych początków, przez erę UFC i Pride, aż do czasów teraźniejszych. W dzisiejszej publikacji przedstawię kulisy powrotu ze sportowej emerytury Randy’ego Couture’a, najstarszego mistrza UFC, oraz jego pojedynku o tytuł z Timem Sylvią.

Wszystkie artykuły z serii można znaleźć TUTAJ.

Powrót

 

Randy Couture zakończył sportową karierę po kolejnej porażce z rąk Chucka Liddella i dopełnieniu trylogii z popularnym „Icemanem”. Emerytura okazała się jednak jeszcze bardziej męcząca od regularnych pojedynków w oktagonie. Komentowanie gal, występy w filmach, spotkania biznesowe, akcje charytatywne – to wszystko sprawiało, że Couture nie mógł odnaleźć upragnionego odpoczynku i szybko stał się znużony nowymi obowiązkami. Pomysł powrotu w głowie Randy’ego zaszczepili jego przyjaciele. Podczas jednego z zakrapianych wyjść znajomi zaczęli przekonywać, że jest w stanie pokonać obecnego mistrza.

Wówczas na szczycie królewskiej kategorii UFC znajdował się Tim Sylvia. Couture postanowił się nieco popisać przed grupą przyjaciół, wyjął telefon i spontanicznie napisał do Dany White’a wiadomość, w której wyzwał mistrza na pojedynek. Randy był przekonany, że szef UFC będzie musiał przemyśleć sprawę i najwyżej odezwie się do niego za jakiś czas. White oddzwonił jednak od razu po otrzymaniu SMS-a. Okazało się, że organizacja aktywnie poszukiwała nowego pretendenta, który ma odpowiednio głośne nazwisko i wysokie umiejętności, by zmierzyć się z Sylvią. Spełniający oba te warunki Randy Couture był idealnym kandydatem na kolejnego przeciwnika Tima i tak właśnie powrót legendy stał się faktem.

„Ciężko jest oglądać walki siedząc tuż przy oktagonie i się tym nie ekscytować. Sam złapałem się na tym, że imitowałem ruchy z zapasów na swoim miejscu. Zawsze powtarzałem: nigdy nie mów nigdy. Jeśli nadarzy się odpowiednia okazja, na pewno będę zainteresowany powrotem” – tłumaczył swoją decyzję Randy. „To jest świetna okazja. W wadze półciężkiej wciąż walczą ci sami zawodnicy, nie zachęcają mnie kolejne potyczki z Chuckiem lub Tito. Chcę zmierzyć się z kimś innym. Nikt już nie chciałby oglądać mojej czwartej walki z Liddellem”.

Powrót Couture’a z emerytury nie był żadnym dużym zaskoczeniem dla środowiska MMA. Już wcześniej pojawiały się pogłoski, że „Natural” jest szykowany do walki z Tito Ortizem, jeśli ten zaskoczy i pokona Liddella. Dana White na początku każdego miesiąca wydzwaniał do Randy’ego i dopytywał się kiedy ponownie wejdzie do oktagonu. „Gówno prawda, wcale nie skończyłeś kariery. Kiedy wracasz?” – nie dawał spokoju Dana.

UFC i Couture trafili perfekcyjnie z datą powrotu. Dopiero co w kinach wielki sukces osiągnął „Rocky Balboa”, szósty film z serii o słynnym bokserze granym przez Sylvestra Stallone’a. W tej części uwielbiany przez kibiców Rocky wrócił z emerytury, bo po raz kolejny wejść do ringu i zmierzyć się z nielubianym mistrzem. Podobieństwo fabuły filmu do historii Couture’a było jasne i porównania nasuwały się same. Widzowie UFC byli podekscytowani powrotem „ich Rocky’ego”.

Sylvia miał przez pewien czas problem ze znalezieniem przeciwnika. Andrei Arlovski i Brandon Vera odrzucili propozycje walk, aż w końcu jego menadżer przyniósł mu dobre wieści. „Kiedy dowiedziałem się z kim zawalczę, pomyślałem sobie „wow, Randy wraca dla mnie z emerytury, nieźle”. Od razu zadzwoniłem do niego i spytałem co on wyprawia. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Powiedziałem, że życzę mu powodzenia i nie mogę się doczekać spotkania na środku oktagonu” – wspominał Tim.

Mistrz wagi ciężkiej nie był jednak do końca zadowolony z wyboru Randy’ego na pretendenta. Couture powracał przecież po dwóch porażkach w pojedynkach z królem niższej dywizji, Chuckiem Liddellem. Sylvia odebrał wycieczkę Couture’a do jego kategorii jednoznacznie. Jego zdaniem „Natural” uważał, że Tim jest łatwiejszym wyzwaniem od Chucka. „Ma 43 lata i nie walczył od roku. Nie mam pojęcia w jaki sposób trenował przez ten okres, ale ja stoczyłem w 2006 roku cztery pojedynki na wysokim poziomie. Wciąż mam w sobie ten głód walki, nie wiem czy on też” – dodał Sylvia.

Sylvia był zdania, że on i Chuck Liddell są bardzo podobnymi zawodnikami, a „Iceman” znalazł magiczny sposób na wygrywanie z Couturem. „Jeśli Randy będzie próbował ruszyć na mnie, to będę atakował tak, jak robił to Liddell. Randy idzie albo do przodu, albo do tyłu. Ma problem, gdy ktoś porusza się na boki i bije pod kątem” – tłumaczył Tim. „Tą walką mogę wnieść swoją karierę na wyższy poziom. Jestem już zabezpieczony finansowo na przyszłość, teraz skupiam się na budowaniu dziedzictwa. Na mojej drodze do tego celu stoi właśnie Couture”.

Podczas komentowania walk Randy Couture był mocno krytyczny wobec panującego mistrza. Twierdził, że Sylvia jest zbyt pasywny i walczy w taki sposób, żeby tylko nie przegrać. Sylvia stał się niepewny w swoich poczynaniach od momentu porażki przez poddanie z Andreiem Arlovskim. Przez to kibice musieli uświadczyć kilku nudnych pojedynków z jego udziałem. Tim nie zachwycił w starciach z między innymi Assuerio Silvą, Jeffem Monsonem, czy trzecim spotkaniu z Arlovskim. Nieporywające występy w połączeniu z zarozumiałą postawą spowodowały, że Tim był jednym z najmniej popularnych mistrzów UFC. Jego nowe, ostrożniejsze nastawienie w oktagonie sprawiło również, że stał się jeszcze cięższym rywalem do przejścia. Mierzący 203 centymetry wzrostu i ważący 120 kilogramów „Mane-iac” obdarzony był nokautującą siłą uderzenia i dobrą obroną przed obaleniami.

„Postura Tima, jego wzrost, zasięg, waga, z pewnością stanowią problem” – mówił Couture. „Ja mam 185 cm i ważę 102 kg i jest to dla mnie wyzwanie. Tim ma dobrą kondycję i potrafi świetnie walczyć z dystansu. Moim zadaniem jest odkrycie w jaki sposób mogę wykluczyć jego atuty”.

Couture uchodził za czołowego taktyka w MMA, który wychodził do oktagonu z dokładnie opracowanym planem na walkę. Sylvia potrafił utrzymywać walkę w stójce, ponieważ grapplerzy, z którymi się mierzył, za bardzo obawiali się siły jego ciosu. Starali się obalać z dystansu, a ich próby były czytelne i łatwe do obrony dla Tima. Randy w starciach z groźnymi uderzaczami, jak Belfort i Liddell, miał inną strategię. Chętnie podejmował walkę na pięści w stójce, ufał swoim umiejętnościom bokserskim, dzięki czemu potrafił zaskoczyć swoich przeciwników, skrócić dystans i przenieść akcję na matę.

„Sylvia potrafi uderzyć. Najczęściej bije jednak ciosami prostymi i nie korzysta z kombinacji” – analizował Couture. „Za pomocą balansu głową na boki i aktywnej pracy na nogach, czuję, że będę w stanie uniknąć jego uderzeń, zbliżyć się i złapać klincz. Z klinczu czułbym się już pewnie, że obalę i skontroluję go z górnej pozycji”.

Mistrz

 

Tim Sylvia należał do najbardziej znienawidzonych zawodników w MMA, ale nigdy nie mógł zrozumieć dlaczego. Publiczność na galach UFC zazwyczaj skrajnie faworyzowała Amerykanów i była negatywnie nastawiona do kogokolwiek z zagranicy. Jednak ci sami widzowie, którzy krzyczeli „USA! USA!” w kierunku Kanadyjczyka, potrafili kibicować Białorusinowi w starciu z ich rodakiem. I to trzykrotnie.

„Od zawsze miałem problem z poczuciem własnej wartości. Byłem wykorzystywany fizycznie i psychicznie jako dziecko, dorastałem z matką. Po prostu tak już mi chyba zostało. Staram się nie zwracać uwagi na buczenie i gwizdy z trybun. One i tak będą. Spora grupa fanów wciąż do końca nie rozumie co dokładnie dzieje się w trakcie walki” – tłumaczył Sylvia.

Wydawać by się mogło, że to Tim Sylvia, górujący nad wszystkimi gabarytami, mógłby się nad kimś znęcać w młodości. To jednak „Mane-iac” był tym dzieckiem, który bał się każdego kolejnego dnia w szkole.

„Byłem niski aż do mojego ostatniego roku w liceum. Przez całe te lata w szkole byłem prześladowany i poniżany. Ciągle mnie bili, pchali na szafki, zaczepiali, wyzywali” – wspominał z bólem Sylvia. „W wakacje przed ostatnią klasą szkoły średniej urosłem 10 centymetrów i mierzyłem już ponad 180. W trakcie roku szkolnego urosłem jeszcze bardziej. Nagle wszyscy moi dręczyciele zaczęli mnie przepraszać i stali się bardzo mili”.

Gigantyczna postura Sylvii była jego głównym atutem w zawodniczej karierze. Warunki fizyczne dawały mu na starcie przewagę nad przeciwnikami, a wraz z trenerami stale pracował, żeby jak najlepiej wykorzystać ten dar. Sylvia ćwiczył u boku Pata Mileticha w słynnym Miletich Fighting Systems.

„Odkąd Tim Sylvia dołączył do naszego klubu, nie widziałem nikogo, kto trenowałby tak ciężko. Musiał pokonać wiele przeszkód na początku, ale dał radę. Jest zdecydowanie innym zawodnikiem niż w momencie, w którym tu przybył” – zachwalał Tima Jeremy Horn. Miletich potwierdził słowa swojego kompana: „Sylvia ma niesamowitą etykę pracy. Kiedy tu przyjechał nie potrafił skakać na skakance. Trudność sprawiało mu robienie dwóch podstawowych czynności w tym samym czasie. Tim udowodnił, co można zyskać naprawdę ciężką pracą”.

Sylvia przeprowadził się z rodzinnego stanu Maine do oddalonego o dwa tysiące kilometrów stanu Iowa, by móc trenować w jednym z najlepszych klubów MMA w Stanach Zjednoczonych. Tim robił postępy jako zawodnik, ale dawne problemy z funkcjonowaniem w większej grupie ludzi powracały jak bumerang. Kiedy członkowie MFS pojechali do Las Vegas na jedną z gal, „Mane-iac” próbował zaskarbić sobie sympatię sparingpartnerów, fundując z własnej kieszeni różne atrakcje. Do wąskiej ekipy nie można było się jednak tak po prostu wkupić i Sylvia był krytykowany za swoją postawę. „Nikt cię nie chce. Ne byłeś zaproszony” – mówił mu Jens Pulver, były mistrz wagi lekkiej UFC. Tim ponownie nie został zaakceptowany przez najbliższe środowisko i opuszczał grupę ze łzami w oczach. Choć nie przyszło mu to łatwo, to z upływem czasu udało mu się zapracować na szacunek wśród nowych kompanów.

Klubowicze Miletich Fighting Systems przyzwyczaili się do obecności Sylvii na macie, który dzięki ciężkiej pracy i kolejnym zwycięstwom zyskiwał coraz większe uznanie. W lutym 2003 roku niepokonany Tim wspiął się na sam szczyt dyscypliny, pokonując Ricco Rodrigueza w walce o pas UFC wagi ciężkiej. W swojej pierwszej obronie tytułu szybko znokautował także imponującego warunkami fizycznymi Gana McGee. Panowanie Sylvii nie potrwało jednak zbyt długo, noga powinęła mu się poza oktagonem. Amerykanin został złapany na stosowaniu winstrolu. „Jesteśmy bardzo rozczarowani faktem, że testy antydopingowe wskazały na zażywanie sterydów” – mówił Dana White. „W pełni wspieramy Tima Sylvię w jego działaniach do wyjaśnienia tej sprawy z komisją stanową w Nevadzie. Tak samo zaakceptujemy ostateczny osąd wydany przez NSAC”.

Wpadka dopingowa kosztowała Sylvię półroczne zawieszenie oraz odebranie pasa mistrzowskiego. Najbardziej bolała go za to utrata wiarygodności i szacunku w klubie. Tim nie wyparł się stosowania sterydów, ale zapewniał, że nie dają mu one żadnej przewagi podczas walki. Chciał tylko zyskać bardziej muskularny wygląd, co byłoby dla niego korzystne pod względem marketingowym. Reklamodawcy chętniej współpracują z umięśnionymi zawodnikami niż z „ulańcami” pokroju Tima.

„Środki, które zażywałem nie miały wpływu na mój trening i formę w oktagonie. Chodziło mi tylko o polepszenie sylwetki. Kiedy wygrywam, to nokautuję przeciwnika. Sterydy nie mają nic wspólnego z moimi umiejętnościami bokserskimi” – zarzekał się były już mistrz wagi ciężkiej.

Po powrocie z zawieszenia Amerykanin otrzymał natychmiastową szansę na odzyskanie tytułu. W walce o zwakowany pas organizacja postanowiła zestawić Tima z Frankiem Mirem, specjalistą od brazylijskiego jiu-jitsu i wschodzącą gwiazdą królewskiej kategorii.

Pojedynek z gali UFC 48 potrwał zaledwie 50 sekund, ale to wystarczyło, by na stałe zapisał się w historii MMA. Będący na plecach Frank Mir szybko złapał Sylvię w balachę. Nagle sędzia ringowy Herb Dean wkroczył między zawodników i ku zdziwieniu większości oglądających przerwał starcie. Publiczność głośno okazała swoje niezadowolenie z tej decyzji, a oburzony Tim, który przecież nie odklepał, chciał kontynuować potyczkę. Dopiero powtórki dokładnie wytłumaczyły interwencję Deana. W zwolnionym tempie idealnie było widać moment, w którym kość promieniowa Sylvii łamie się na skutek dźwigni. Sędzia popisał się więc przytomnością umysłu i w porę przerwał walkę, chroniąc zawodnika przed pogorszeniem kontuzji. Frank Mir został nowym mistrzem wagi ciężkiej, zadając przy tym Timowi pierwszą porażkę w karierze. „Mane-iac” musiał mieć wstawioną tytanową płytkę, po czym czekało go kolejne pół roku przerwy od startów na wyleczenie tego drastycznie wyglądającego urazu.

W swojej kolejnej walce w oktagonie Sylvia zmierzył się z Andreiem Arlovskim o tytuł tymczasowy. Białorusin poddał Tima dźwignią na ścięgno Achillesa po 47 sekundach starcia. Dwie błyskawiczne porażki przez poddanie znacząco wpłynęły na dalszą karierę Amerykanina. Sylvia porzucił swoją dotychczasową agresywną postawę „zabij albo zgiń” i stał się bardziej wyważonym i kalkulującym zawodnikiem.

Rok czasu i trzy wygrane pojedynki, tyle zajęło Timowi dojście do rewanżu z Arlovskim. Tym razem stawką potyczki był już główny pas mistrzowski, będący w posiadaniu „Pitbulla”. Od momentu utraty tytułu w walce z Mirem minęły blisko dwa lata. W tym okresie UFC stało się prężną i zyskowną organizacją, a MMA zaczęto nazywać „najszybciej rozwijającym się sportem na świecie”. Tim Sylvia chciał mieć w tym wszystkim swój udział, jego cel był prosty – wrócić na tron kategorii ciężkiej.

„Tęsknię za mianem zawodnika numer jeden” – mówił Tim. „Spotykam się teraz z większą krytyką. Kiedy jesteś na szczycie, to każdy cię kocha. W miejscu, w którym ja jestem, ludzie zaczynają się odwracać. Dyscyplina się mocno rozwinęła i teraz mistrzowie zyskują więcej. Jeśli zostanę mistrzem wagi ciężkiej, to moje zarobki będą większe i będę miał więcej ofert reklamowych. To marzenie jest możliwe do zrealizowania”.

Rewanż Sylvii z Arlovskim miał równie dynamiczny przebieg do poprzedniego spotkania obu panów. Świetnie zaczął Andrei, który posłał Tima na deski i był blisko zwycięstwa przez nokaut. „Mane-iac” zdołał jednak przetrwać ciężkie chwile i jeszcze w pierwszej rundzie samemu skutecznie odprawił Arlovskiego ciosami.

Tim Sylvia ponownie zagościł na tronie królewskiej kategorii UFC. Następnie obronił tytuł w trzecim starciu z Andreiem Arlovskim oraz w potyczce z Jeffem Monsonem. W obu tych przypadkach Tim zwyciężył przez jednogłośną decyzję po pięciu rundach nudnego pojedynku. Rywalom ciężko było znaleźć sposób na pokonanie „nowego” Sylvii. Równie trudno było znaleźć mu kolejnego godnego pretendenta. Właśnie w tym momencie, jakby na zbawienie właścicielom UFC, pojawił się Randy Couture.

Walka

couture sylvia

Większość ekspertów była zgodna w swoich przewidywaniach przed pojedynkiem. Tim Sylvia miał wykorzystać przewagę wagi i zasięgu do trzymania pretendenta na dystans i punktowania ciosami prostymi. Największą zagadkę mogła stanowić kwestia czy Sylvia znokautuje Couture’a, a jeśli tak, to w której rundzie. Jedyną szansą dla Randy’ego w tym starciu mogły być obalenia i toczenie walki w parterze. Taki scenariusz wydawał się jednak mało prawdopodobny, biorąc pod uwagę ogromną siłę Tima i jego skuteczną obronę przed sprowadzeniami, którą zaprezentował chociażby w swoim poprzednim występie. Faworytem walki wieczoru UFC 68 u wszystkich bukmacherów był „Mane-iac”.

„Tak to pewnie musi wyglądać, jeśli wychodzi się do oktagonu w wieku 44 lat. Nie przeszkadza mi ta sytuacja, spodziewałem się tego. Lepiej działam jak nikt nie oczekuje ode mnie łatwej wygranej” – twierdził Couture. „Jest młodszy, większy i silniejszy. Już kilka razy walczyłem z pozycji underdoga, znów będę musiał pokazać wszystkim, że się mylili”.

Publiczność zgromadzona w Nationwide Arena wpadła w szał już po 8 sekundach walki. Randy Couture trafił czysto na szczękę Tima prawym sierpowym i już pierwszym celnym uderzeniem udało mu się posłać mistrza na deski! „Ten pierwszy cios ustawił mi resztę walki i dodał pewności siebie” – opowiadał Randy. „Przez kolejne pięć rund aktywnie pracowałem na nogach i balansowałem głową, dzięki czemu miał problem z trafieniem mnie. Z każdym moim obaleniem coraz mocniej się irytował, a to tylko pomagało mi w realizacji planu na ten pojedynek”.

Ponad 19 tysięcy kibiców oglądało walkę na stojąco, zdzierając przy tym swoje gardła. Stary mistrz dominował aktualnego posiadacza tytułu, ale każdy wiedział, że jeden mocny cios Sylvii może całkowicie odmienić losy starcia. Trybuny miały jednego faworyta, hala dosłownie żyła tym, co się działo w oktagonie. Każdy chciał zobaczyć jak piękna historia pisze się na jego oczach i legendarny mistrz odzyskuje tytuł w powrocie z emerytury. Randy nie dawał się trafiać w stójce, prowadził walkę w klinczu i bezlitośnie obijał Sylvię w parterze. Po pięciu rundach deklasacji Bruce Buffer wypowiedział słynne słowa „And new!”. Niespełna 44-letni Randy Couture dokonał rzeczy niemożliwej. Po raz piąty w karierze został posiadaczem pasa, śrubując przy tym do granic absurdu swój własny rekord w kategorii „najstarszy mistrz UFC”.

Obrona

 

Przeciwnik Couture’a w pierwszej obronie tytułu był już nieoficjalnie wyznaczony. „Natural” miał się zmierzyć w oktagonie ze słynnym Mirko „Cro Copem” Filipoviciem. Chorwackim mistrzem Pride Openweight Grand Prix z 2006 roku, który zamienił biały ring na oktagon. Mirko należał do grona najgroźniejszych stójkowiczów na świecie, jego wysokie kopnięcia od lat budziły postrach wśród przeciwników. Właściciele UFC mieli duże oczekiwania od „Cro Copa” i ambitne cele w promocji zawodnika.

Filipović przed walką o pas musiał spełnić tylko jeden, z pozoru prosty, warunek. Wystarczyło, że na gali UFC 70 w Manchesterze pokona mało znanego Gabriela Gonzagę i hitowy pojedynek z Couturem stanie się faktem. Dana White wykazał się dziwnym proroctwem przed chorwacko-brazylijskim starciem.

„Dużo osób wierzy w ten mit zawodników z Japonii. Myślą, że są lepsi i zarabiają większe pieniądze. Gówno prawda. Udowodnimy, że jest inaczej” – mówił szef UFC.

To prawda, Dana White z pewnością chciał pokazać wyższość swoich zawodników nad nabytkami z Pride. Mało prawdopodobne jednak, że planował posłać Gabriela Gonzagę do realizacji tego celu. To miała być robota dopiero Randy’ego Couture’a.

Gonzaga uchodził przede wszystkim za specjalistę od brazylijskiego jiu-jitsu i absolutnie nikt nie spodziewał się faktycznego rezultatu. Brazylijczyk pokonał Mirko jego własną bronią – w ostatnich sekundach pierwszej rundy trafił wysokim kopnięciem, momentalnie posyłając „Cro Copa” na deski. Podczas groźnie wyglądającego upadku noga Filipovicia wygięła się nienaturalny sposób, co doprowadziło do uszkodzenia więzadeł w prawym stawie skokowym. Sensacyjne zwycięstwo Gonzagi jest do dziś uważane za jedną z największych niespodzianek w historii MMA, a sam nokaut należy do większości zestawień najbrutalniejszych skończeń.

Mirko Filipović poległ w walce, która miała być tylko formalnością. Jego miejsce w pojedynku mistrzowskim zajął więc Gabriel Gonzaga. „Napao” nie zdołał jednak powtórzyć swojego wyczynu i przegrał z Couturem przez techniczny nokaut w trzeciej rundzie walki wieczoru UFC 74.

Randy Couture kontynuował tworzenie wspaniałej historii. Wrócił ze sportowej emerytury, sprawił sensację wygrywając pas z Timem Sylvią, a następnie przypieczętował swoją pozycję na szczycie królewskiej kategorii w obronie z Gabrielem Gonzagą. Mistrzostwo stracił ostatecznie 15 listopada 2008 roku, kiedy to Brock Lesnar znokautował legendarnego Amerykanina.

W momencie tej porażki Randy Couture miał dokładnie 45 lat i 147 dni. „Natural” do dziś jest symbolem długowieczności w MMA, a jego rekord najstarszego mistrza w historii UFC wydaje się być nie do ruszenia. Pomiędzy Randym, a drugim w tej klasyfikacji Danielem Cormierem jest aż 5 lat różnicy. Obecnie najstarszym posiadaczem tytułu w UFC jest 38-letni Stipe Miocic i do osiągnięcia legendarnego Couture’a długa droga.

12 KOMENTARZE

  1. Cactus – jak zwykle zajebista robota. Uwielbiam twoje arty z tej serii, gdzie człowiek wraca wspomnieniami do tamtych czasów.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.