historia mma

Zapraszam do zapoznania się z kolejną częścią serii artykułów na MMARocks pod tytułem „Historyczny szlak MMA”. W każdym z wpisów opisuję najważniejsze etapy w historii naszego ukochanego sportu. Od samych początków, przez erę UFC i Pride, aż do czasów teraźniejszych. W dzisiejszej publikacji przedstawię dalszy rozwój japońskiego Pride FC oraz zarys rywalizacji Kazushiego Sakuraby z Wanderleiem Silvą oraz Fedora Emelianenko z Antonio Rodrigo Nogueirą.

Wszystkie artykuły z serii można znaleźć TUTAJ.

Wanderlei

Era Kazushiego Sakuraby w Pride trwała w najlepsze. Charyzmatyczny Japończyk pokonał już czterech zawodników z rodu Gracie i zyskał miano wielkiej gwiazdy. W następnym starciu jednak nie przyszło mu mierzyć się z kimś pokroju reprezentantów brazylijskiej rodziny. Kolejny przeciwnik Sakuraby był całkowitym przeciwieństwem drobnych, technicznych grapplerów. Miał tatuaż na głowie, spojrzenie budzące postrach wśród rywali i piekielnie niebezpieczną stójkę.

Początkowo Kazushi miał się zmierzyć z Basem Ruttenem, niegdyś czołowym fighterem na świecie, a ówczesnym komentatorem gal Pride. Organizacja starała się zestawić ze sobą obu zawodników, ale pieniądze oferowane Holendrowi okazały się niewystarczające. „Nie będę walczył za 50 tysięcy dolarów” – tłumaczył Rutten. „Chcieli, żebym walczył z Sakurabą, powiedziałem im, że dobrze. Pierwsza oferta opiewała chyba na 60 tysięcy. Taka kwota mnie nie zadowala, w Pancrase dostawałem lepszą wypłatę”. Japończykom nie udało się dojść do porozumienia z Basem, więc ostatecznie skupili swoją uwagę na opcji rezerwowej.

Ową alternatywą był Wanderlei Silva. Brazylijczyk zaczynał od krwawych jatek w walkach Vale Tudo na gołe pięści. Zwycięstwo z Mikem van Arsdalem, uznanym amerykańskim zapaśnikiem, zapewniło mu zainteresowanie ze strony bardziej zorientowanych fanów oraz skautów UFC. Van Arsdale był powszechnie uważany za bardzo dobrego zawodnika, ale Silvie udało się go całkowicie zmasakrować. Dzięki tej wygranej otrzymał szansę wejścia do oktagonu z Vitorem Belfortem na gali UFC Brazil. Ta potyczka już nie poszła tak przyjemnie, Belfort zasypał Wanderleia gradem błyskawicznych ciosów, zwyciężając w zaledwie 44 sekundy. Nokaut „Phenoma” z 1998 roku stał się jedną z najbardziej kultowych akcji w historii MMA. Porażka z Vitorem jedynie podrażniła sportowe ambicje Silvy i napędziła go do dalszego działania. W ciągu kolejnych dwóch lat stoczył dziesięć pojedynków, z czego wygrał aż dziewięć. Tylko Tito Ortiz był w stanie pokonać Brazylijczyka w tym okresie. „The Huntington Beach Bad Boy” przeleżał na Silvie 25 minut, zdobywając tym samym pas UFC w kategorii półciężkiej. Niedługo później Wanderlei Silva zaimponował japońskim kibicom Pride po znokautowaniu szanowanego Guya Mezgera i zwycięstwie w emocjonującym starciu z Danem Hendersonem. Silva był niepokonany w Pride, odprawił już pięciu rywali i był gotowy na największe walki. Tak się złożyło, że w 2001 roku największym nazwiskiem był Kazushi Sakuraba.

„Zawsze celuję w sam szczyt. Jeśli istnieje taka szansa, to chętnie zmierzę się z Sakurabą” – opowiadał Silva. „Nie mam wątpliwości, że z nim wygram i obiecuję wysłać go do szpitala. Jestem zaszczycony możliwością występów w Pride, taki był mój cel. To marzenie już spełniłem, a teraz marzę o pojedynku z Sakurabą”.

Kazushi Sakuraba nie był przyzwyczajony do walk z zawodnikami, którzy stylistycznie mogliby przypominać Brazylijczyka. Wanderlei walczył bardzo ofensywnie, niczym zabójca. „Gracie Hunter” spędził lata na taktycznych potyczkach z innymi grapplerami. Starcie z Silvą wymagało całkowicie odmiennego nastawienia. „Sakuraba jest słaby w muay thai, jestem od niego lepszy w stójce. Jeśli zacznie się ze mną bić, to zostanie zniszczony. Jestem mocniejszy, na pewno z nim wygram. Dzięki zwycięstwu z Sakurabą świat zobaczy kim jestem” – kontynuował Wanderlei.

Sakuraba wspiął się na sam szczyt w tym sporcie. Był pewny siebie i miał do tego pełne prawo. Uchodził za faworyta i tak byłoby prawdopodobnie w starciu z każdym innym zawodnikiem. Zmiana w przepisach pozwalająca na kopnięcia i kolana na głowę w parterze wydawała się jednak promować Silvę. Japończyk nie przykuł większej uwagi do nowej zasady i nie zmienił swojego sprawdzonego systemu przygotowań.

„Właściwie to trenuję tylko zapasy, tak jak zwykle, czasami delikatnie posparuję w stójce. Od zawsze to powtarzam, kluczem do sukcesu nie jest przystosowanie się do stylu oponenta albo nowej reguły, tylko wciągnięcie rywala do gry na własnych zasadach” – tłumaczył Kazushi. „Jego warunki fizyczne są świetne, ale nieważne jak bardzo jest silny. Nie stoi na czterech nogach, więc wyląduje na plecach. Nie ma oczu dookoła głowy, więc nie może zobaczyć wszystkiego. Będę szukał swojej szansy, żeby ją wykorzystać”.

Japończyk dał się poznać przede wszystkim jako znakomity grappler, ale był gotowy na wojnę w stójce z Wanderleiem. Wiedział, że jeśli chce z nim wygrać, to najpierw musi przetrwać jego szalone ataki.

„Nawet jeśli mnie znokautuje, to nie wyrządzi mi krzywdy. Nie chcę tylko dostać żadnego ciosu w korpus, są bardzo bolesne” – śmiał się Sakuraba. „Jeśli powali mnie na matę, chcę żeby zrobił to uderzeniem na szczękę, bez zadawania mi żadnego bólu. Jeśli to mu się uda, to zaakceptuję taką porażkę. Jednak jeżeli sprawi mi ból, to odpłacę mu tym samym”.

Niefortunnie dla Sakuraby, ale Wanderlei Silva z pewnością zadał mu wiele bolesnych uderzeń. Niewiele brakowało, a walka mogła zakończyć się szybkim zwycięstwem „Gracie Huntera”. Kazushi posłał Brazylijczyka na kolana pięknym prawym sierpowym, ale ten zdołał wrócić do stójki i samemu powalić Sakurabę kombinacją ciosów. Silva z chęcią wykorzystał zmianę w przepisach i zadał rywalowi kilka kolan na głowę w parterze, wieńcząc dzieło zniszczenia kopnięciem.

W niecałe dwie minuty waga średnia w Pride zyskała nowego pretendenta. „Kazushi Sakuraba został zdetronizowany przez Wanderleia Silvę, Jezu! „Axe Murderer” zasłużył na swój pseudonim! To było szalone. Sakuraba pokonał wcześniej czterech Gracie!” – emocjonował się Bas Rutten.

Publiczność była w szoku. Podobnie fighterzy z całego świata, którzy byli zapatrzeni w umiejętności Kazushiego Sakuraby. Royce Gracie w taki sposób skomentował porażkę swojego niedawnego rywala: „Sakuraba powinien sklinczować i obalić Wanderleia. Nie można wymieniać ciosów z takim zawodnikiem jak Silva, który jest lepszy w stójce. W parterze to Sakuraba miałby kilka poziomów przewagi. Nie mogę stwierdzić dlaczego Sakuraba przegrał, ale mogę powiedzieć, że zlekceważył tę kwestię. Tak jak wspomniałem, Kazushi nie obalał Wanderleia, prawda? Będąc na jego miejscu nawet bym nie pomyślał o wymianie uderzeń z Silvą. Ma przerażające ciosy, kopnięcia i kolana. Sakuraba musiał zapomnieć o tym, że zmieniono przepisy”.

Drugie spotkanie

Kazushi Sakuraba był wojownikiem z krwi i kości, dlatego od razu zażądał rewanżu z Brazylijczykiem. Obaj zawodnicy ponownie spotkali się w białym ringu ponad 7 miesięcy później na gali Pride 17. Japończycy, podobnie jak Saku, nie mogli doczekać się tej walki. Podczas pierwszego starcia w Saitama Super Arenie zasiadło ok. 27 tysięcy kibiców. Rewanżowy pojedynek, zorganizowany w Tokio o miano pierwszego mistrza Pride wagi średniej, oglądało już ponad 50 tysięcy osób.

Druga walka Sakuraby z Silvą spełniła pokładane w niej nadzieje. Potrwała dłużej, a Wanderlei i Kazushi zapewnili fanom emocjonujące widowisko. Sakuraba przetrwał początkową serię kolan Silvy, a następnie zrobił użytek ze swoich zapasów, o mało co nie poddając rywala gilotyną. Brazylijczyk musiał ratować się slamem, przy którym Sakuraba połamał sobie obojczyk. Narożnik Japończyka rzucił ręcznik po pierwszej rundzie, a Silva został pierwszym posiadaczem pasa mistrzowskiego Pride w wadze średniej.

„Tak jak się spodziewałem, tym razem to był ciężki pojedynek. Sakuraba jest świetnym zawodnikiem, wiedziałem o tym. Jego ciosy lądowały na mojej głowie, w parterze jak i w stójce. Tak naprawdę miałem szczęście, że wygrałem. Myślę też, że stoczyłem najlepszą walkę w swoim życiu. Sakuraba miał problem z ramieniem, takie rzeczy się zdarzają w ringu, ale zwyciężyłem. Jestem niesamowicie szczęśliwy. Trenowałem ile tylko miałem sił, żeby zdobyć ten tytuł i udało się. Gale Pride są największymi tego typu wydarzeniami na całym świecie. Największą radość sprawiają mi moi kibice, którzy cały czas we mnie wierzyli. Naprawdę to doceniam” – tak Silva komentował rewanż z Sakurabą.

Sakuraba ze łzami w oczach przepraszał japońskich widzów za swój występ. Z kontuzją, tuż po zakończeniu ciężkiego pojedynku, w którym miał szanse na zwycięstwo, ale i tak przeprosił. Saku miał talent, jednak był naturalnym zawodnikiem do 84 kilogramów, a przyszło mu walczyć z 93-kilowym potworem z Brazylii.

„Kazushi jest bardzo dobrym fighterem. Każdy może czuć się rozgoryczony po dwóch porażkach z tym samym kolesiem, samemu będąc wcześniej mistrzem” – kontynuuje Silva. „Zawodnicy tacy jak my, którzy nie walczą dla pieniędzy, ale dlatego, bo to kochają, ciężej znoszą porażki. Ale co nas nie zabije, to nas wzmocni”.

Minotauro

Na tej samej gali tytuł mistrzowski zdobył także inny Brazylijczyk – Antonio Rodrigo Nogueira, znany też jako Minotauro lub Big Nog. Nogueira był całkowitym przeciwieństwem Silvy, walczył technicznie, a jego domeną była walka w parterze.

„Lubię fanów, którzy podziwiają moją technikę” – opowiadał w jednym z wywiadów. „W Japonii walczę tylko za pomocą techniki, nie używam siły. Kiedy mierzę się z zawodnikami, którzy są ode mnie więksi i silniejsi, to nie próbuję się z nimi siłować. Zamiast tego używam techniki do przezwyciężenia ich siły. Wydaje mi się, że kibice lubią, gdy zawodnicy szukają poddania. Podobnie do fanów boksu, którzy lubią oglądać piękne nokauty”.

Nogueira był czarnym pasem brazylijskiego jiu-jitsu, trenował między innymi z Murilo Bustamante i Mario Sperrym w legendarnym Brazilian Top Team. „Minotauro jest dla mnie jak młodszy brat. Zawsze daję mu wiele rad, nie tylko w ringu, ale również w życiu prywatnym. Szanujemy się jak bliscy przyjaciele” – twierdził Sperry. „Mieliśmy dobre wyniki na zawodowym ringu. Staram się przekazać mu całą moją wiedzę i doświadczenie. Bardzo szybko się uczy. Jest wszechstronnym zawodnikiem, umie walczyć w stójce i w parterze. Ma świetną kondycję, a na dodatek potrafi przyjąć mocny cios”.

Nogueira rozwijał się na początku swojej kariery w RINGS, organizacji Akira Maedy. W 2000 roku odpadł w półfinale turnieju King of Kings po przegranej z Danem Hendersonem. Rok później zwyciężył w tym samym turnieju, zgarniając na swoje konto 200 tysięcy dolarów nagrody. Brazylijczyk miał na swoim koncie zwycięstwa z między innymi Kiyoshim Tamurą, Volkiem Hanem, Jeremym Hornem, czy Valentijnem Overeemem. W swoim debiucie w Pride poddał trójkątem Gary’ego Goodridge’a.

Kolejnym skalpem Brazylijczyka był Mark Coleman, którego kariera odżyła po przyjeździe do Japonii. Legendarny „The Hammer” wygrał Grand Prix w 2000 roku i starcie obu zawodników było rozpowszechnione jako walka Pride vs RINGS, mierzyli się w końcu ze sobą dwaj mistrzowie turniejowi.

„To walka pomiędzy dwoma mistrzami Vale Tudo” – mówił Nogueira. „Zwycięzca zyska duży rozgłos medialny. Chciałbym, żeby wszyscy obejrzeli ten pojedynek. Pokażę się z najlepszej strony”.

Nogueira dopiero rozpoczął drogę do swojej najlepszej formy. Dodatkowo miał w swoim repertuarze wiele technik, natomiast Coleman był już podstarzałym, jednowymiarowym zawodnikiem, który poza swoimi zapasami i ground and pound, nie miał zbyt wiele do zaoferowania. Minotauro był przekonany, że jego jiu-jitsu zwycięży z grapplingiem Marka. Brazylijczyk wierzył w swoją technikę i dobrze wiedział, że technika jest w stanie pokonać czystą siłę.

„Od dawna marzyłem o dołączeniu do Pride. To jedne z najlepszych zawodów Vale Tudo i cudownie jest móc walczyć z najlepszymi wojownikami” – komentował Nogueira. „Spośród nich wybrano dla mnie Colemana, jednego z czołowych zawodników. To jest dokładnie to, czego chciałem. Jestem gotowy fizycznie i mentalnie. Mogę walczyć z kimkolwiek. Przestudiowałem już jego styl walki i nie mogę się doczekać pojedynku. Mark jest bardzo twardym gościem. Posiada ważne atuty w Vale Tudo, takie jak siła i szybkość. Lepiej niech ciężko trenuje do naszej walki, bo będę go zapędzał w kozi róg. Jest świetnym fighterem, ale nie jest niezwyciężony. Czasami popełnia błędy, tak jak każdy, a ja zaatakuję właśnie w takim momencie. Dokładnie analizuję jego strategię. Ma świetną technikę obaleń, ale jeśli od samego początku będzie polegał na swojej eksplozywności, to szybko się zmęczy i popełni błąd”.

Pojedynek przebiegł dokładnie po myśli Brazylijczyka. Coleman był zaskoczony umiejętnościami stójkowymi rywala i musiał przyjąć kilka mocnych ciosów na szczękę. Kiedy walka trafiła do parteru, Nogueira zaprezentował cały swój kunszt. Mark musiał nieustannie bronić się przed poddaniami, aż w końcu kombinacja trójkąta i balachy zapewniła Minotauro zwycięstwo w pierwszej rundzie. Antonio Rodrigo Nogueira pokazał, że należy do ścisłej czołówki swojej kategorii wagowej, dzięki czemu już na kolejnej gali zawalczył z Heathem Herringiem o pas mistrzowski w wadze ciężkiej.

Mistrz

„Walka mistrzowska w Tokyo Dome była przytłaczającym doświadczeniem” – wspomina Herring. „Mój trener uważał, że nie jestem jeszcze gotowy, ale manager mocno naciskał, żebym się zgodził na ten pojedynek. Przygotowaliśmy złą taktykę. Miałem próbować utrzymać walkę w stójce, ale patrząc na to z perspektywy czasu, to radziłem sobie ze wszystkim co miał do zaoferowania w parterze. Powinienem być bardziej agresywny na ziemi. No ale cóż, czas jest najlepszym nauczycielem, a teraz przynajmniej trener bardziej docenia moje umiejętności parterowe. Nogueira jest najlepszym specjalistą od poddań w kategorii ciężkiej, a mi udało się z nim wytrwać. Jestem z siebie dumny”.

Pojedynek Nogueiry z Herringiem na Pride 17 szybko został uznany za najlepszą walkę w historii wagi ciężkiej. Heath spodziewał się, że Big Nog będzie groźny z pleców. Nie przewidział jednak, że Brazylijczyk będzie w stanie zaoferować cokolwiek w stójce, a tymczasem specjalista od parteru nie obawiał się otwartej wymiany uderzeń, z większości z nich nawet wychodząc zwycięsko. W parterze Herring musiał bronić się przed licznymi technikami kończącymi. Tempo walki było niesamowite jak na najcięższą dywizję, widzowie dostali trzy rundy świetnego widowiska. Nogueira zwyciężył przez jednogłośną decyzję i został mistrzem Pride.

Nowy król wagi ciężkiej wydawał się nie do zatrzymania. Mierzył się z przedstawicielami przeróżnych stylów walki i każdego odprawił z kwitkiem. Pokonał dwóch japońskich grapplerów, Ensona Inoue i Sanae Kikutę, poddał topowego kickboxera Semmy’ego Schilta i gigantycznego Boba Sappa. 23 grudnia 2002 roku zemścił się również Danowi Hendersonowi, amerykańskiemu zapaśnikowi, który wcześniej zadał Brazylijczykowi jedyną porażkę w karierze. Big Nog notował imponują passę zwycięstw, nic więc dziwnego, że w oczach większości był najlepszym zawodnikiem na świecie bez podziału na kategorie wagowe. Mało kto się spodziewał, że już niedługo pewien małomówny i lekko ulany Rosjanin zawojuje cały sport.

Fedor

Podobnie do wielu innych fighterów, Fedor Emelianenko dorastał w biedzie. Mieszkał w Starym Oskole, mieście na zachodzie Rosji. Jego matka była nauczycielką, a ojciec spawaczem. Stać ich było tylko na jednopokojowe mieszkanie komunalne, w którym Fedor wychowywał się z resztą swojego rodzeństwa w nędznych warunkach.

„Byliśmy bardzo biedną, pracującą rodziną z czwórką dzieci” – opowiada Aleksander, młodszy brat Fedora i również zawodnik MMA. „Nasza mama była nauczycielką, a tata łapał różne prace przemysłowe. Kiedy Fedor wrócił z wojska, żyło nam się naprawdę ciężko. Był taki okres w późniejszych latach 90. kiedy we dwóch musieliśmy dzielić się jedną kurtką zimową”.

Fedor nie był urodzonym sportowcem, ale sumiennie trenował od momentu skończenia 12 lat. Jego celem było dołączenie do rosyjskiej reprezentacji w judo, jednak nie byłby w stanie zarobić wystarczających pieniędzy do przeżycia jako zawodnik judo. Zamiast tego, młody dumny Rosjanin zdecydował się dołączyć do armii.

„Oczywiście pragnąłem, żeby pójść do wojska. Cieszę się, że przeszedłem ten etap. Dojrzałem, zbudowałem swój charakter i stałem się twardy. Poszedłem tam jako chłopiec, a wróciłem jako zdeterminowany mężczyzna” – opowiada Emelianenko. Na początku dołączył do jednostki strażackiej, a następnie był członkiem załogi czołgu. W odróżnieniu od innych sportowców w armii, którzy byli przenoszeni do specjalnych oddziałów, gdzie mogli zająć się treningami, Fedor był prawdziwym żołnierzem. „W wojsku nigdy nie okazałem braku szacunku, nigdy nie byłem zarozumiały, ale umiałem bronić swego. Zawsze starałem się pomóc młodszym kolegom. Musiałem często walczyć, ale tylko na samym starcie”.

Po zakończeniu służby Emelianenko wrócił do domu i na nowo poświęcił swoje życie treningom. „W pierwszych zawodach wystartowałem dosłownie tydzień po powrocie z wojska” – wspomina Fedor. Już wkrótce dołączył do narodowych drużyn w judo i sambo. Udało mu się odnieść kilka sukcesów, ale judo nie mogło zapewnić mu godnego życia, na pewno nie w tamtych czasach.

„Dostałem się do reprezentacji kraju, ale nie byliśmy odpowiednio finansowani. To bardzo proste dlaczego zacząłem walczyć w MMA” – kontynuuje Rosjanin. „Ledwo wiązałem koniec z końcem. Musiałem wszystko porzucić i rozpocząć budowę swojego nazwiska od zera. Kiedy przeszedłem do MMA, uświadomiłem sobie, że muszę nauczyć się walki w stójce”.

Emelianenko karierę w mieszanych sztukach walki rozpoczął podobnie do Nogueiry –  w RINGS. W organizacji Akira Maedy wygrał 10 walk i dwukrotnie został mistrzem turniejowym. Jedynej porażki zaznał w kontrowersyjnym starciu z Tsuyoshi Kohsaką, kiedy to Rosjanin został rozcięty po nielegalnym łokciu i lekarz przerwał pojedynek. Do Pride dołączył w 2002 roku i był już wtedy ułożonym, wszechstronnym zawodnikiem.

Fedor wygrał z Semmym Schiltem i Heathem Herringiem, czym zapracował sobie na walkę o tytuł. 16 marca 2003 roku na gali Pride 25 miała miejsce pierwsza batalia Antonio Rodrigo Noguiery z Fedorem Emelianenko.

Ostatni cesarz

„W najlepszej walce w dotychczasowej historii wagi ciężkiej MMA, Fedor Emelianenko pokonał zawodnika uważanego za najlepszego na świecie i to w jego własnej płaszczyźnie” tak pojedynek obu zawodników podsumował Stephen Quadros. „Wielu speców przewidywało, że Fedor popełni samobójstwo jeśli chociaż zbliży się do gardy Minotauro. Inni przeciwnicy Brazylijczyka w takiej sytuacji odklepywali. I co się wydarzyło? Emelianenko wskakiwał do gardy rywala przez cały pojedynek, rozbijając go w parterze i zdobywając pas”.

Rosjanin był nieustraszony i podjął się rywalizacji w najmocniejszej płaszczyźnie swojego przeciwnika – w parterze. Fedor poradził sobie z każdą próbą poddania ze strony Nogueiry. Wyglądało to tak, jakby dokładnie wiedział kiedy i jak zaatakuje Big Nog.

„Fedor bardzo dokładnie przeanalizował Minotauro” – tłumaczy Mario Sperry. „Antonio Rodrigo nie był sobą, ponieważ niezmęczony Fedor trafił go na początku walki czystym ciosem, w który włożył sto procent siły. Demolka było kontynuowana przez następne dwadzieścia minut”.

Emelianenko był kompletnym zawodnikiem. Potrafił walczyć jednakowo dobrze w stójce i w parterze, a dodatkowo poruszał się piorunująco szybko.

„Jestem wielkim fanem Fedora. Lubię swój bilans walk z tego samego powodu co jego” opowiadał Bas Rutten. „Poddawałem ludzi różnymi technikami, nokautowałem ludzi różnymi technikami. Fedor jest tym samym typem zawodnika. Jeśli zostawisz mu rękę, to odklepie cię balachą. Jeśli dasz mu nogę, to załatwi cię skrętówką. Jeśli dasz mu się trafić w stójce, to cię znokautuje. Doceniam wojowników, którzy potrafią kończyć rywali w stójce i w parterze i to właśnie dlatego mocno mu kibicuję”.

Cały wizerunek Rosjanina, mógł być mylący. Emelianenko nie miał wcale wysportowanej sylwetki, ci bardziej dosadni nazywali go po prostu grubasem. Wygląd Fedora wprowadzał wszystkich w błąd, ponieważ pod warstwą tłuszczu krył się niedościgniony dla całej reszty zawodnik MMA.

Nogueira wspomina: „Z pewnością bardzo dobrze się bronił. Był szybki i trzymał dobrą pozycję, nie starał się na siłę przechodzić mojej gardy, jeśli nie było do tego okazji. To wcale nie znaczy, że czekał w niej pasywnie. Cały czas był w ruchu. Obejrzałem nagranie z walki już trzy razy i mam kilka pomysłów jak z nim wygrać. Rozumiem jego taktykę – atakować ground and pound i przetrwać próby poddań. Byłem na górze dwukrotnie w pierwszej rundzie, ale długo musiałem pracować nad przetoczeniem. Gdybym walczył z górnej pozycji, kilka rzeczy zrobiłbym inaczej. Kiedy już się znalazłem na nim, to pierwsza runda dobiegała końca. Chciałem coś zrobić, ale zabrakło czasu. Podobnie było w drugiej odsłonie”.

Sakuraba vs Silva III

Kiedy Nogueira obmyślał plan na pokonanie Fedora, w tym samym czasie Kazushi Sakuraba przygotowywał strategię na trzecią potyczkę z Wanderleiem Silvą. Japończyk i Brazylijczyk ponownie spotkali się w ringu w sierpniu 2003 roku, niecałe dwa lata po ich poprzedniej walce. „Axe Murderer” kontynuował imponującą passę zwycięstw, nokautując w tym okresie czterech rywali. Sakurabie wiodło się dużo gorzej. Został pokonany przez Mirko „Cro Copa” Filipovica i Nino Schembriego. W międzyczasie udało mu się poddać balachą Gillesa Arsene’a. Wszystko wskazywało na to, że najlepsze lata Saku już minęły. Wciąż był jednak supergwiazdą w Japonii i jego pojedynek z Silvą został zakontraktowany jako walka wieczoru. Zestawienie spotkało się z krytyką wśród amerykańskich mediów branżowych, które nie pojmowały dlaczego Japończycy tak bardzo chcą zobaczyć kolejną walkę obu wojowników.

Wanderlei tłumaczył: „Uznałem to za bardzo dobre rozwiązanie, ponieważ fani chcieli zobaczyć trzecie starcie z Sakurabą. Za każdym razem, gdy z nim walczyłem, zapewnialiśmy kibicom udane widowisko. Znów im to dostarczymy. To jest normalne w Japonii, że dwóch zawodników spotyka się ze sobą po kilka razy, a tutaj wierzą w to, że Sakuraba może ze mną wygrać. Ja tak nie uważam, w pełni ufam swoim umiejętnościom i pokonam go po raz trzeci”.

Sakuraba podjął walkę w stójce z Wanderleiem, zaskakując każdego swoją odwagą. „Gracie Hunter” wiedział jednak, że nie ma szans wygrać z Brazylijczykiem w dłuższej wymianie uderzeń, za pomocą ciosów chciał jedynie dokładniej wypracować sobie drogę do obalenia. Podobnej strategii użył Randy Couture w starciu z Chuckiem Liddellem na UFC 43.

„Za dużo uderzałem” podsumował Sakuraba z uśmiechem na ustach. „Dawał sobie radę z moimi sprowadzeniami, więc starałem się wytrącić go z rytmu. Nie zaczął tak agresywnie jak zawsze, więc miałby łatwiej z obroną obaleń. Pomyślałem, że jeśli zacznę się z nim bić, to ruszy do przodu i się otworzy”.

Legendarny Japończyk został po raz trzeci pokonany przez Silvę i to przez brutalny nokaut. Sakuraba zaatakował niskim kopnięciem, które Wanderlei perfekcyjnie skontrował kombinacją lewy-prawy, posyłając ciężko znokautowanego Saku na matę. Dla Kazushiego była to już kolejna porażka przez nokaut na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy, przez co komentatorzy rozpoczęli spekulacje na temat potencjalnego zakończenia kariery przez „IQ Wrestlera”.

„Nie pamiętam rozmowy z Silvą w ringu, ani nawet powrotu do domu. Po gali pytałem każdego jaki mamy dzień miesiąca. Gdy odpowiadali „10 sierpnia”, to pytałem „co z walką, przegrałem?”. Dopiero w telewizji obejrzałem pojedynek i mogłem zobaczyć co się stało” – podsumował Sakuraba.

Wanderlei Silva wygrał trzeci raz z najlepszym i najpopularniejszym japońskim zawodnikiem. Zdobył rozgłos, samemu stał się gwiazdą, zaczął nawet występować w reklamach. Brazylijczyk nauczył się podczas tej trylogii, że w MMA chodzi o coś więcej niż po prostu zwycięstwo. W szczególności w Japonii, gdzie dostarczenie rozrywki kibicom i zaprezentowanie swojego ducha walki jest kluczowe.

„Bardzo ważne jest, żeby oprócz wygrania walki, zainteresować również widzów. Myślę, że każdy zawodnik powinien walczyć w widowiskowy sposób, dzięki temu publiczność będzie zadowolona” – rozważał Wanderlei. „Serce wojownika także jest potrzebne. Ciężko jest wyżyć z samego sportu w Brazylii. Właśnie dlatego mamy w sobie to podejście, żeby nigdy się nie poddawać, nieważne jak ciężki jest to pojedynek”.

Z powodu spadku formy Kazushiego Sakuraby i jego kolejnych porażek, Pride desperacko rozpoczęło poszukiwania nowej gwiazdy, która pociągnie całą organizację do przodu. Próbowali z pro wrestlerami, między innymi Alexandrem Otsuką, Kiyoshim Tamurą, czy Kazayukim Fujitą. Co prawda przyciągali oni tłumy fanów na trybuny, ale nie byli w stanie rywalizować z najmocniejszymi fighterami w takim stopniu jak czynił to Sakuraba. Właściciele musieli szukać szerzej, trzeba było sięgnąć do innych dyscyplin. W celu odkrycia nowego mistrza MMA zwrócili uwagę na reprezentantów judo…

11 KOMENTARZE

  1. @Cactus jak zwykle świetny tekst.

    Pride to było najlepsze,co przydarzyło się MMA. Ufc nigdy nie będzie miało tej magii.

    Szkoda że został mi tylko dzwonek w telefonie z intro 🙁

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.