historia mma

Zapraszam do zapoznania się z kolejną częścią serii artykułów na MMARocks pod tytułem „Historyczny szlak MMA”. W każdym z wpisów opisuję najważniejsze etapy w historii naszego ukochanego sportu. Od samych początków, przez erę UFC i Pride, aż do czasów teraźniejszych. W dzisiejszej publikacji przedstawię zarys losów trzech legendarnych zawodników: Tito Ortiza, Chucka Liddella oraz Randy’ego Couture’a, a także kulisy pierwszej walki o tymczasowy pas mistrzowski UFC.

Wszystkie artykuły z serii można znaleźć TUTAJ.

Chuck Liddell

Chuck Liddell swoimi występami w oktagonie ciężko zapracował na status gwiazdy. Od czasu porażki z Jeremym Hornem na gali UFC 19 w 1999 roku, Liddell zanotował świetną passę dziesięciu zwycięstw z rzędu. W tyle zostawiał tak uznanych zawodników jak między innymi Vitor Belfort, Kevin Randleman, Murilo Bustamante, czy Guy Mezger. Grono kibiców Amerykanina powiększało się w zawrotnym tempie, a na dodatek Dana White, były manager Chucka, został nowym prezesem UFC. Wszystko wskazywało na to, że „Icemana” czeka świetlana przyszłość, a jego jedyną przeszkodą w drodze na absolutny szczyt pozostał Tito Ortiz. „Huntington Beach Bad Boy” nie miał jednak zamiaru mierzyć się z Liddellem.

Po wygranej Ortiza z Kenem Shamrockiem na UFC 40, rozpoczęto budowanie otoczki pod jego pojedynek z Chuckiem Liddellem. Starcie obu fighterów miało być kolejnym hitem sprzedaży PPV, ale Tito szybko stłumił entuzjazm kibiców czekających na świetną walkę, jak i samych właścicieli UFC, którzy z pewnością liczyli na duży zarobek związany z organizacją tego zestawienia.

„Nie wiem, obecnie o tym nie myślę” – tak odpowiadał Tito, gdy pytano go o walkę z Liddellem. „Musimy usiąść z Chuckiem i wszystko przemyśleć. Powinniśmy renegocjować kilka spraw, ponieważ nasza przyjaźń nie jest warta takich marnych pieniędzy, które dostajemy. Jeśli walka ma się odbyć, zadbam o to, żeby nam obu się ona opłaciła. Więc nie mam pojęcia co dalej, pewnie pojedziemy walczyć do Japonii, ale to ostatnia rzecz o której teraz myślę”.

Dana White stworzył potwora. Będąc agentem Tito Ortiza, pokazał mu w jaki sposób należy postępować, żeby zgarnąć jak największą wypłatę za występ w oktagonie. White był twardym negocjatorem, przez co Bob Meyrowitz, właściciel SEG, nienawidził z nim dyskutować. Ortiz zachował status ciężkiego rozmówcy w sprawach biznesowych, ale tym razem to Dana White znalazł się po drugiej stronie stołu negocjacyjnego. Mistrz wagi półciężkiej był świeżo po zwycięstwie na hitowej gali, która okazała się największym sukcesem w dotychczasowej erze Zuffa, dlatego zaczął domagać się lepszego wynagrodzenia.

„Skoro Tank Abbott dostaje 150 tysięcy dolarów za położenie się na macie i odklepanie, a ja tylko 80 tysięcy, to coś jest nie tak” – burzył się Ortiz. „Według mnie to nie ma żadnego sensu. Ja się tak poświęcam, a i tak nie zarabiam tyle co ten koleś?”. Ortiz właśnie stoczył drugą walkę z kontraktu podpisanego na sześć pojedynków, według którego otrzymywał 80 tysięcy dolarów za sam występ i drugie tyle za ewentualne zwycięstwo. Amerykanin nie miał zamiaru bić się z Liddellem bez znaczącej podwyżki ze strony UFC.

„Jest dużo zawodników, ale oni nic nie rozumieją. Wszystko o czym myślą to walka, tak jakby nie obchodziła ich własna przyszłość” – tłumaczy Tito. „Uważam, że fighterzy powinni zarabiać adekwatne pieniądze do ich wysiłku i ktoś musi o tym głośno powiedzieć. Wszyscy zawodnicy powinni zebrać się w jedność, być może stworzyć związek zawodowy. Wtedy istniałby jednakowy pułap wynagrodzeń. To jest śmieszne, że ludzie walczą w UFC za 1500 albo 2500 dolarów. Takie kwoty nie powinny nawet padać w negocjacjach. Koszt obozu przygotowawczego to około 5-6 tysięcy dolarów, a jak tu jeszcze wyżyć?”.

Oprócz próby wynegocjowania lepszego kontraktu, istniał jeszcze drugi powód, dla którego Ortiz nie chciał walczyć z Liddellem. Tito i Chuck byli niegdyś wspólnymi sparingpartnerami, a przy tym dobrymi kolegami. Kiedy obaj znajdowali się pod skrzydłami Dany White’a, „Iceman” pomagał mistrzowi w przygotowaniach do starcia z Evanem Tannerem na gali UFC 30. Liddell zdecydowanie nie był wówczas pod wrażeniem umiejętności Ortiza.

„Pewnego dnia sparowaliśmy jeden na jednego” – opowiada Chuck. „Posłałem go na deski uderzeniem na tułów… zdarzyło się to jeszcze kilka razy. W końcu opuściłem ręce i powiedziałem do White’a, że „nie będę go więcej bił, upada po każdym ciosie”. Dana był wściekły na miękkiego Tito i tylko krzyczał w jego kierunku „wstawaj skur*ielu!”. Ten jednak nie miał zamiaru się podnosić”.

Ortiz nie wypierał się tego, że Liddell jest dla niego ciężkim przeciwnikiem. W szczególności doceniał jego defensywne zapasy, warto przypomnieć, że „Iceman” uchodził swego czasu za jednego z najlepszych specjalistów od obrony obaleń na świecie.

Swoją drogą sparingi na klubowej macie, jednak walka w oktagonie to zupełnie inna bajka. Jest wielu zawodników pokroju Kena Shamrocka, o których krążyły legendy na temat ich wyczynów na treningach, podczas gdy forma w klatce nie zawsze potwierdzała tego typu zachwyty. Ortiz nie wierzył, że Liddell będzie równie mocny w momencie, w którym naprawdę będzie musiał się wykazać. Mijały w końcu kolejne miesiące, a Chuck robił się coraz bardziej niecierpliwy. Wcześniej posłusznie wycofał się, kiedy UFC zestawiło Tito z Shamrockiem, ale tym razem nie chciał dłużej czekać na upragnioną walkę o pas mistrzowski.

„Boi się porażki, to oczywiste” – atakował Liddell. „Cały czas wymyśla jakieś wymówki, ma ich na pęczki. Stłukł sobie rękę, ale kiedy to było? Pięć miesięcy temu? Bez jaj, Gan McGee z UFC złamał rękę we wrześniu, a w październiku już ze mną trenował. Pomógł przygotować mi się do walki. Prędzej czy później Ortiz będzie musiał się ze mną zmierzyć”.

Faktycznie, Ortiza zawsze „coś” blokowało przed walką z Chuckiem. Przedłużające się kontuzje, zdjęcia do filmów lub po prostu brak chęci do bicia się z przyjacielem. Liddell potwierdzał, że zna i przyjaźni się z Tito, jednak nie była to żadna bliska przyjaźń jak ze Scottem Adamsem, czy wspomnianym już McGee. Liddell lubił Ortiza, ale nie miał żadnego problemu, żeby z nim zawalczyć. W międzyczasie narastały pogłoski o tym, że Ortiz najzwyczajniej w świecie boi się pojedynku z groźnym „Icemanem”.

„Cofnijcie się do wywiadów po moim starciu z Belfortem” – opowiada Liddell. „Tito powiedział, że odkłada całą przyjaźń na bok i zada mi porażkę w oktagonie. Dokładnie takich słów użył po tym jak wygrałem z Vitorem. Zabawne jak bardzo zmienił swoje zdanie w momencie, gdy to ja mam być jego następnym rywalem. Tym razem nie Ken Shamrock, tylko właśnie ja”.

Zuffa musiała poczynić jakiekolwiek kroki. Organizacja miała zakontraktowanych dziesiątki zawodników i prawne zobowiązania wobec każdego z nich. Liddell potrzebował walki, zasłużył na title shota, jednak aktualny mistrz nie chciał walczyć.

„Jedyne wiadomości jakie otrzymywałem z obozu Ortiza informowały, że Tito jest kontuzjowany albo ma jakieś obowiązki w branży rozrywkowej. To dlatego nie mógł wyjść do oktagonu. Liddell miał w kontrakcie zapis o gwarantowanej walce mistrzowskiej. Chuck musiał walczyć o tytuł” – tłumaczy Dana White.

Kiedy Zuffa miała problemy z kontraktami mistrzów niższych kategorii wagowych, Jensa Pulvera w wadze lekkiej lub BJ Penna w wadze półśredniej, najczęściej odbierano zawodnikom tytuł, a jego byli już posiadacze udawali się do innych organizacji. W przypadku Tito Ortiza, czyli największej gwiazdy UFC, potrzebna była inna strategia działania. Zamiast czekać aż Ortiz łaskawie zmieni zdanie, UFC zorganizowało po raz pierwszy pojedynek o pas tymczasowy.

Randy Couture

Przeciwnikiem Liddella w starciu o tymczasowy tytuł okazała się prawdziwa legenda, która jednak według wielu była już u schyłku kariery. Randy Couture do walki z Chuckiem przystępował po dwóch porażkach z rzędu w dywizji ciężkiej i na zaledwie kilkanaście dni przed swoimi czterdziestymi urodzinami.

„The Natural” do tej pory występował w królewskiej kategorii, gdzie dwukrotnie był posiadaczem pasa mistrzowskiego. Randy’emu zawsze brakowało gabarytów do występów w najwyższej wadze. To nie stanowiło problemu w starciach z zawodnikami pokroju Pedro Rizzo, którzy również nie imponowali warunkami fizycznymi. Couture radził sobie również w starciach z dużo większymi rywalami, jednak zazwyczaj u przeciwników w parze z rozmiarami nie szły wówczas umiejętności. Couture stracił tytuł na gali UFC 36, a pokonał go Josh Barnett, jeden z zawodników nowej ery kategorii ciężkiej. Niedługo później Barnett wpadł na dopingu, a tytuł zwakowano. Z racji bycia poprzednim mistrzem, Randy otrzymał szansę na odzyskanie pasa.

Zadanie z pewnością nie należało do łatwych. Przeciwnikiem Couture’a został Ricco Rodriguez, który nie zaliczał się do tych mniejszych zawodników wagi ciężkiej. Randy wygrał pierwszą rundę, podobnie jak z Barnettem, ale ponownie większy rywal w końcu zdobył górną pozycję w parterze, z której Couture nie mógł się wydostać. Rodriguez rozbił byłego mistrza, ostatecznie zwyciężając walkę przed czasem w piątej rundzie.

Couture miał dość ciężkich potyczek z wielkimi rywalami i szukał zmiany. Wciąż czuł się świetnie fizycznie i nie miał zamiaru kończyć ze sportami walki. Randy spojrzał w kierunku zawodników z dywizji do 93 kilogramów i poczuł, że być może to jest miejsce dla niego.

„Ludzie ciągle mi mówili: „Musisz zejść do wagi półciężkiej. Tamci kolesie są za wielcy. W zapasach startowałeś w kategorii do 90 kilogramów. Powinieneś walczyć w półciężkiej. Ktoś musi zamknąć mordę Tito”. W kółko słyszałem tego typu słowa od moich przyjaciół. Po porażce z Ricco te porady nabrały dla mnie sensu. Zawodnicy z wagi ciężkiej zmienili się. Nie byli po prostu potężni, nauczyli się też walczyć. Jak ktoś umie się bić, to waga robi ogromną różnicę” – opowiada Randy Couture.

„The Natural” zdecydował się na zejście do niższej kategorii, gdzie od razu został rzucony na głęboką wodą do pojedynku o tymczasowy pas z Chuckiem Liddellem. Couture wydawał się idealnym przeciwnikiem dla „Icemana”. Był rozpoznawalny, utytułowany, ale zarazem nie powinien stanowić większego zagrożenia dla wschodzącej gwiazdy. Każdy oczekiwał na powrót Tito Ortiza, a walka Chucka z Randym miała być jedynie wypełniaczem w trakcie ciężkich negocjacji z obozem Ortiza. „Wszyscy uważali, że zostałem rzucony na pożarcie, żeby jeszcze bardziej zbudować Chucka” – podsumował Couture.

Pas tymczasowy

„Zawsze miałem odczucie, że Randy spodziewał się naszego zestawienia. Trenowaliśmy razem na kilka dni przed ogłoszeniem walki” – opowiada Liddell. „Jego trener podpytywał się mnie w jaki sposób zachowuję się w konkretnych sytuacjach, w szczególności jak jestem w zagrożeniu będąc na plecach. Randy walczył jednak w wadze ciężkiej i nie myślałem, że wkrótce się z nim zmierzę”.

Couture do starcia z Liddellem przygotowywał się ze swoim byłym rywalem, Mauricem Smithem. Randy zawsze dokładnie analizował swoich przyszłych przeciwników, znany był ze świetnie dobranych planów na walkę. Były mistrz wagi ciężkiej przestudiował poprzednie występy Liddella, żeby tylko znaleźć jak najlepszy klucz do zwycięstwa. Wiedział, że musi wywierać nieustanną presję, Chuck sobie z tym nie radził. Randy zawalczył agresywnie w stójce, spychając tym samym Liddella do defensywy. Następnie wykorzystał swoje mocne zapasy, żeby sprowadzić „Icemana” na ziemię. Couture zdominował zawodnika, który wydawał się nie do powstrzymania.

Randy napierał na Chucka, rzucał nim o matę i dzielnie stawiał czoła w wymianach bokserskich. „Był ode mnie lepszy tego dnia” – podsumował Liddell. „Nie przygotowałem się na takie warunki i po trzech minutach pierwszej rundy byłem już zmęczony”.

Liddell uszkodził więzadło poboczne piszczelowe przed pojedynkiem, ale nie szukał wymówek. Został w końcu pokonany przez jednego z najlepszych zawodników UFC w historii. UFC w dalszym ciągu nie mogło dojść do porozumienia z Ortizem, ale dzięki starciu dwóch bardzo mocnych fighterów, tymczasowy tytuł zyskał należyte znaczenie wśród kibiców.

„Pas tymczasowy działa w następujący sposób: Randy Couture jest teraz mistrzem świata w wadze półciężkiej, dopóki Ortiz nie wróci i nie zabierze mu tego pasa. Jeśli Tito chce odzyskać swój tytuł, musi odebrać go w walce z Randym” – wytłumaczył Dana White.

Kapitan Ameryka

Odrzucenie walki z Liddellem i kilkumiesięczne negocjacje z UFC były punktem zwrotnym w karierze Tito Ortiza. Amerykaninowi nie zależało jednak na zwiększeniu ogólnego wynagrodzenia, liczonego za występ plus ewentualne zwycięstwo. „Huntington Beach Bad Boy” chciał otrzymać wyższą gwarantowaną pensję za samo wejście do oktagonu, niezależnie od wyniku i przebiegu walki. Tito nie zgodził się na pojedynek z Liddellem, ale na starcie z nowym tymczasowym mistrzem był już chętny. Ortiz i Couture zmierzyli się w walce unifikacyjnej we wrześniu 2003 roku na gali UFC 44. O walkę z Randym zabiegał także Vitor Belfort, który chciał zemścić się za porażkę przez techniczny nokaut na UFC 15.

„Według mnie Tito nie zasługuje na walkę o pas” – mówił Belfort. Brazylijczyk przegrywał w przeszłości zarówno z Couturem, jak i z Liddellem, a teraz był żądny rewanżu. „On nie chce walczyć z Chuckiem. Liddell na niego czeka, bo jest wojownikiem, a Tito się wycofuje. Każdy wie, że chciał uniknąć tej walki. Ja pragnę zmierzyć się ze swoim idolem. Przykro mi Randy, ale odbiorę ten pas”.

Belfort doczekał się swojej okazji i jako kolejny w kolejce dostał title shota. Najpierw jednak organizacja musiała zunifikować dwa tytuły w kategorii półciężkiej. Pewniejszy siebie Ortiz nareszcie zdecydował się na powrót do oktagonu i w swoim stylu starał się wypromować pojedynek, jednocześnie zachodząc za skórę swojemu rywalowi rozmaitymi docinkami słownymi. Strategia Tito znów zadziałała, nawet z reguły opanowany i niedający się wyprowadzać z równowagi Randy Couture zaczął wdawać się w dyskusje z Ortizem.

„Tito zawsze kreuje napięcie i przybiera inny wizerunek, żeby zbudować emocje przed pojedynkiem. To nie w moim stylu” – opowiada Couture. „Nie lubię robić takich rzeczy. Nie w taki sposób reprezentuję samego siebie i cały sport. Udało mu się zmusić mnie do postawienia się i zrobienia czegoś, do czego nie przywykłem. Odpowiadałem mu na zaczepki, ale na szczęście nie musiałem zbyt wiele zmyślać. Mówiłem co naprawdę czułem o całej tej sytuacji, dlatego brzmiałem bardziej przekonująco. W innym przypadku, po prostu zachowałbym wszystkie uwagi dla siebie i wyszedł do oktagonu zrobić swoją robotę” – dodał legendarny Randy Couture.

Ortiz nie walczył od blisko 10 miesięcy. Przez ten okres spadł ze statusu dominującego mistrza do miana tchórzliwego zawodnika, który boi się prawdziwych wyzwań. Tito „zapracował” sobie na taką opinię, ale i tak nie krył wyrazów niezadowolenia przed starciem z Randym. „Nikogo się nie boję, powtórzę to raz na zawsze, nikogo się nie boję” – bronił się Ortiz. „Poczułem się nieszanowany. Tak nagle Tito został odsunięty, przestał się liczyć. Wszystko wygląda jakbym to ja był pretendentem. Oczywiście, że jestem mistrzem. Mam jednak małe odczucie, że nie jestem stawiany w roli faworyta, a ja lubię taką pozycję”.

UFC i Zuffa znaleźli się w kłopotliwym położeniu. Organizacja momentalnie straciła jakąkolwiek sympatię do Ortiza. White był w przeszłości jego managerem, ale nie zachowywał żadnego sentymentu do zawodników, zwłaszcza jeśli tak ciężko się z nimi negocjowało. Dana nie rozumiał, dlaczego Tito zaczął stawiać aż takie wymagania. UFC traciło masę pieniędzy, a jedyni fighterzy, którzy mogli odwrócić ten proces, domagali się większych wynagrodzeń.

Sprzedaż pay-per-view bez udziału największych gwiazd była tragiczna. Walka Ortiza z Shamrockiem na UFC 40 wykręciła bardzo dobry wynik, ale kolejne gale nie były w stanie przekroczyć poziomu 70 tysięcy sprzedanych PPV. Gala UFC 42, gdzie w walce wieczoru Matt Hughes zmierzył się Seanem Sherkiem, osiągnęła sprzedaż zaledwie 35 tysięcy PPV. Kolejna gala z udziałem Couture’a i Liddella nie przekroczyła bariery 50 tysięcy. UFC potrzebowało Tito Ortiza, który był największą gwiazdą organizacji.

„Właściwie to powinienem podziękować Tito za całą tę sytuację. To dzięki niemu miałem szansę zejść do wagi półciężkiej i zawalczyć z Chuckiem” – śmieje się Couture. „Nie mogę się doczekać walki z Tito. Jestem teraz tymczasowym mistrzem, ponieważ zdecydowałem się na pojedynek z gościem, z którym on nie chciał się bić. Ortiz jest świetnym zawodnikiem, jest wszechstronny i ma duże umiejętności. Nasza walka zakończy cały spór o miano prawdziwego mistrza tej kategorii”.

Couture w spotkaniach z mediami zachowywał bardziej dyplomatyczną postawę od Ortiza, który nie miał żadnych wątpliwości kto jest prawowitym mistrzem w wadze do 93 kilogramów. Tito zdobył tytuł kilka lat temu, bronił go wielokrotnie i nigdy nie stracił. Według niego Randy był zwykłym podrabiańcem, który próbował udawać mistrza.

„Czekajcie, czekajcie, czekajcie… ostatni raz jak byłem w swojej sypialni, to widziałem pas mistrzowski koło mojego łóżka. On wciąż tam leży i jest na nim napisane „mistrz wagi półciężkiej”. Z tego co pamiętam, niedawno obroniłem ten tytuł wygrywając z Kenem Shamrockiem” – mówił Tito Ortiz.

Docinek w podobnym stylu było coraz więcej. Uprzejmy aż do bólu Couture również dał się wciągnąć w gierki aroganckiego Ortiza. „Nie zmienia to faktu, że nie chciałeś walczyć z Chuckiem, a ja to zrobiłem” – odpowiadał mu Randy.

Ortiz osiągnął swój cel i udało mu się sprowokować kolejnego przeciwnika jeszcze przed walką. W oktagonie jednak nie wszystko poszło po jego myśli. „Huntington Beach Bad Boy” był przekonany, że z łatwością pokona starszego rywala. Na papierze Couture miał lepsze kwalifikacje w zapasach, ale podobnie było przecież z Vladimirem Matyushenko, a w klatce Ortiz nie miał problemów w walce na chwyty z Białorusinem. Couture okazał się zawodnikiem zupełnie innego kalibru. Matyushenko specjalizował się w zapasach w stylu wolnym, natomiast „The Natural” startował w folkstyle i stylu klasycznym. Couture skutecznie sprowadzał Ortiza, przetrzymując go na macie przez całe 5 rund.

„Zupełnie się tego nie spodziewałem, Randy mnie zaskoczył” – tłumaczy Ortiz. „Zdominował mnie w każdym aspekcie zapasów. Był lepszy we wszystkim, to był jego wieczór. Nie mogę mu nic odebrać, Couture pokazał mi moją słabość”.

Z drugiej strony Ortiz był przekonany, że jego obowiązki medialne i rozrywkowe przed walką wpłynęły na formę w oktagonie, stąd też zaczął domagać się natychmiastowego rewanżu. Couture jednak nie kupił wersji wydarzeń Ortiza: „Wiecie, też zajmowałem się podobnymi sprawami, więc ta wymówka nie ma żadnego sensu. Mógłbym zawalczyć ponownie z Tito, ale uważam, że najpierw powinien zmierzyć się z Chuckiem Liddellem”.

Koniec przyjaźni

Chuck Liddell w jednym z wywiadów przyznał: „Jestem przekonany, że Tito Ortiz ze mną nie zawalczy. Nigdy tego nie zrobi. Ten gość jest zwykłym tchórzem, a nie prawdziwym wojownikiem. Nie chce walczy z kimś, kto według niego go pokona. On wie, że to jest prawda i to od dawna, kiedy lałem go na sparingach. Nie mówiłem o tym wiele, bo to się działo na treningach, ale możecie spytać Danę White’a. Gdyby po prostu wyszedł ze mną do oktagonu, byłaby to walka jak każda inna, nieważne czy bym wygrał lub przegrał. On woli gadać i pieprzyć swoje głupoty. Gdyby ze mną zawalczył, naprawdę ze mną zawalczył, nie byłoby żadnej sprawy. Zamiast tego on woli mówić jak bardzo chce się ze mną zmierzyć, chociaż sam wie, że kłamie. Będę w szoku jeśli Tito weźmie ten pojedynek”.

Ortizowi udało się wejść do głowy kolejnemu przeciwnikowi. Na Liddella mówiono „Iceman”, ponieważ był zawsze zimny jak lód i skoncentrowany na walce. Tito był jednak mistrzem w wyprowadzaniu z równowagi nawet takich zawodników. Obaj zawodnicy zaangażowali się personalnie przed tym starciem. Ortiz skupił się na dotychczasowych porażkach Liddella z Randym Couturem i Quintonem Jacksonem i znowu uruchomił swój trash talk.

„Wyjdę do walki i postaram się wyrządzić mu krzywdę. Nie okażę żadnego szacunku, będę chciał urwać mu głowę” – odgrażał się Ortiz. „On odsłania się na ciosy. Potrafi uderzyć mocno dwa razy i znokautować jakichś przeciętnych gości. Ja nie jestem przeciętnym zawodnikiem”.

Walkę Tito z Chuckiem promowano w stylu rodem z pro wrestlingu. Na gali UFC 46 obaj panowie zostali zaproszeni do oktagonu, żeby zmierzyć się spojrzeniami i wymienić kilka zdań. „Iceman? Z takim brzuchem wyglądasz bardziej jak bałwan. Myślisz, że cię unikałem? Po prostu nie chciałem spuszczać ci lania, ale teraz to się wydarzy” – atakował Ortiz. Liddell nie był pod wrażeniem słów rywala: „Ten typ pier*oli głupoty od długiego czasu i to on zaczął tak pieprzyć. Lepiej niech ćwiczy swoje zapasy, bo na pewno nie ma jaj, żeby bić się ze mną w stójce. Jeśli okaże się mężczyzną i stanie ze mną na środku klatki, to go znokautuję. On o tym dobrze wie”.

UFC ograniczyło efekty specjalne na galach i wyjściach zawodników do oktagonu, argumentując tę decyzję cięciem kosztów. Organizacja wciąż jednak promowała konflikty niczym w WWE. Dana White nie był zadowolony z porównań MMA do wyreżyserowanego wrestlingu.

„Nie rozkazujemy zawodnikom co mają robić i mówić. W WWE kontrolują każdy krok swoich aktorów. Tak, tamci ludzie są aktorami. Mają scenariusz napisany przez WWE i wizerunek wykreowany przez WWE. My nie robimy żadnej z tych rzeczy. Nasi ludzie są prawdziwymi wojownikami” – tłumaczył prezes UFC. „Wzięliśmy Liddella i Ortiza do oktagonu, Joe Rogan miał zrobić z nimi krótki wywiad. Nic z tego nie było wyreżyserowane. Obaj wiedzieli o tym wywiadzie, więc pewnie przemyśleli sobie co będą chcieli powiedzieć. Żadne z ich słów nie było napisane, zaplanowane lub przećwiczone przez nas”.

Pojedynek próbowano zorganizować od kilkunastu miesięcy, a kiedy w końcu się udało, zestawienie przykuło uwagę mediów z całego świata. Zawodnicy promowali walkę w popularnych amerykańskich programach telewizyjnych, a zainteresowani starciem byli nie tylko kibice, ale również pozostali fighterzy UFC. Jednym z nich był Vitor Belfort, który po pokonaniu Randy’ego Couture’a został świeżo upieczonym mistrzem wagi półciężkiej. Brazylijczyk bacznie przyglądał się pojedynkowi Ortiza z Liddellem, ponieważ prawdopodobnie z jednym z nich stanąłby w oktagonie do obrony swojego pasa.

„Tito może zaskoczyć w stójce, ale Chuck nie boi się wymieniać uderzeń, cały czas idzie do przodu” – oceniał Vitor. „Tito ma dużo więcej do stracenia, przez to co wygaduje w mediach. Wydaje mi się, że Chuck jest teraz bardzo pokorny, dostał ostatnio lekcję. Jeśli jesteś pewny siebie, to musisz poprzeć swoje słowa czynami, najgorzej jak tego nie zrobisz. Takie jest życie. Im więcej gadasz, tym większą odpowiedzialność i presję nakładasz na siebie. Jeśli mówisz mniej, tym mniejsze ma znaczenie czy wygrasz lub przegrasz. Ludzie i tak będą cię szanować, a moim zdaniem to jest dobry sposób na życie” – spuentował Brazylijczyk.

Walka

Walka została główną atrakcją gali UFC 47, która odbyła się 2 kwietnia 2004 roku. Mało brakowało, a po całych tych opóźnieniach i przechwałkach medialnych, Ortiz nie dotrwałby do pojedynku. „Około trzy miesiące temu przeżyłem kilka groźnych chwil. Trenowałem zapasy i w pewnym momencie moje kolano puściło. Naderwałem wtedy więzadło krzyżowe, ale nie powstrzymało mnie to przed dalszymi przygotowaniami” – Tito był zdeterminowany, żeby wyjść z Liddellem do oktagonu.

Publiczność była nakręcona na tę walkę, podobni jak sami zawodnicy, których przyjaźń przerodziła się we wzajemną niechęć. Cała otoczka wokół gali wydawała się bardziej wyjątkowa. Na ważeniu Chuck Liddell wyglądał szczupło jak nigdy wcześniej. Podczas spotkania twarzą w twarz Ortiz próbował przestraszyć rywala, ale „Iceman” ani drgnął. Chuck wycofał się i pokazał jeszcze w kierunku Tito dwa środkowe walce. „Ruszyło go to, że nie udało mu się mnie przestraszyć, wiem o tym” – skomentował całe zajście Liddell.

Po porażce w Pride FC z Quintonem Jacksonem, który notabene był sparingpartnerem Ortiza, Chuck Liddell wrócił do starych nawyków podczas obozu przygotowawczego. Z powrotem trenował w „The Pit” ze swoją stałą ekipą.

„Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby Chuck był tak pobudzony przed jakąkolwiek walką” – opowiadał John Hackleman, trener zawodnika. „Jest zdecydowanie bardziej pozytywnie nastawiony. Śmieje się i tańczy. Taka postawa przyniesie mu przewagę w oktagonie. Z emocjami przyjdzie w parze moc”.

Kiedy zawodnicy wychodzili do oktagonu, publiczność dosłownie kipiała z podekscytowania. Komentator Mike Goldberg ogłosił, że nadchodzi największa walka w historii UFC. Mogło to zabrzmieć trochę komicznie i na wyrost, biorąc pod uwagę, że obaj wracali do startów po bolesnych porażkach, ale faktycznie, można było wyczuć coś „wielkiego” w zestawieniu Ortiza z Liddellem. Nie było to być może najlepsze zestawienie w całym MMA w tamtym momencie, ale z pewnością najbardziej oczekiwane.

„Największy pojedynek złej krwi w historii mieszanych sztuk walki odbędzie się już za chwilę” – w ten sposób Joe Rogan jeszcze bardziej budował emocje. „Ci goście naprawdę się nienawidzą. Zaczynali jako przyjaciele, sparingpartnerzy. Jak bliska była ich relacja? Zależy kogo spytacie. Tito twierdził, że byli najlepszymi przyjaciółmi, według Chucka co najwyżej znajomymi. Ortiz był dla niego kolegą z treningów, z którym nie miałby żadnych oporów, żeby zawalczyć”.

Ortiz wchodząc do oktagonu rzucił swoją czapkę w trybuny. Jeden z fanów Liddella złapał ją i odrzucił z powrotem do środka. Zawodnicy stworzyli idealną atmosferę przed walką, klimat pojedynku i nienawiści udzielał się także publiczności. Starcie nareszcie się rozpoczęło, a wraz z nim okrzyki na trybunach „Tito! Tito!”. Ortiz walecznie wymieniał uderzenia w stójce z Liddellem, który walczył agresywniej niż zazwyczaj. Zwykle Chuck wyczekiwał swoją ofiarę, ale tym razem podążał do przodu i gonił Ortiza po oktagonie.

„Tito cały czas powtarzał, że pójdzie w otwartą bójkę z Liddellem, a ten nie chciał mu uwierzyć” – komentował Goldberg. Ortiz jednak dotrzymał słowa i bił się w stójce z „Icemanem”, tylko dwukrotnie próbując sprowadzić walkę na ziemię. Pierwsza odsłona tego starcia była wyrównana, ale Liddell zapisał ją na swoje konto po serii ciosów zwieńczonej wysokim kopnięciem w ostatnich sekundach rundy. Ortiz pozostał niewzruszony i krzyczał w kierunku Liddella po syrenie kończącej pierwsze pięć minut walki. Chuck był przekonany, że znokautuje Tito w pierwszej rundzie, jeśli ten odważy się na pojedynek w stójce. Tak się jednak nie wydarzyło.

Na początku drugiej rundy Liddell otworzył pięść przy jednym z ciosów, trafiając kciukiem w oko Ortiza. Były mistrz złapał się za oko i wycofał w stronę siatki, co wykorzystał Chuck, ruszając na swojego przeciwnika z serią ciosów. Chwilę później Ortiz leżał już na ziemi, a sędzia John McCarthy przerwał pojedynek. Wsadzanie kciuka w oko stało się z czasem osławionym znakiem firmowym „Icemana”, którego pseudonim przedrzeźniano na bliźniaczo brzmiący „The Eyesman”. Była to jedna z technik kenpo, czyli stylu bazowego Liddella. Zabójczo skuteczna, choć oczywiście zabroniona przez UFC. Chuck wielokrotnie uciekał się do tego faulu, chociażby w starciach Randym Couturem i Vernonem Whitem, ale nigdy nie poniósł za to żadnych konsekwencji. Działo się to na tyle często, że ciężko tu mówić o jakimkolwiek przypadku. „Czułem, że znokautuję go wcześniej czy później” – tłumaczył Liddell. „Jeśli uważa, że wygrałem przez wsadzenie palca do oka, to okej. On zawsze szuka wymówek”. Ortiz wspomniał oczywiście o całym zajściu w wywiadach, ale nie miał zamiaru usprawiedliwiać tym swojej porażki.

„Zrobiłem to, co obiecałem. Stałem naprzeciwko i wymieniałem z nim ciosy. Liddell zrobił co potrafi najlepiej. Był w świetnej formie, jest silny. Nie mogę nic mu odebrać, jest górą dzisiejszego wieczoru” – podsumował Ortiz na konferencji prasowej po gali.

Gala UFC 47 zgodnie z oczekiwaniami okazała się dużym sukcesem dla Zuffa. Po raz pierwszy od czasu walki Ortiza z Shamrockiem organizacja sprzedała ponad 100 tysięcy PPV. Kolejna gala z udziałem Kena Shamrocka i Kimo Leopoldo również przekroczyła tę magiczną barierę, ale zainteresowanie następnymi wydarzeniami już mocno spadło.

„Sprzedaż pay-per-view jest dla nas kluczową kwestią od samego początku aż do teraz. Taka jest część tego biznesu, który staramy się budować. Nie da się ukryć, że sprzedaż PPV jest dosyć niska” – tłumaczył Dana White w rozmowie z dziennikarzami. „Jesteśmy czymś w rodzaju start-upu. W ten sposób patrzymy na naszą firmę od momentu jej wykupienia. Jeżeli ktokolwiek uważa, że spodziewaliśmy się od razu zarabiania wielkiej forsy, to grubo się myli. To ciężkie zadanie, ale pozwólcie, że coś wam powiem. Gdy Zuffa się wycofa i kto inny będzie rządził w UFC, to walka dalej będzie się toczyć. Ten sport jest jeszcze dekady przed swoim szczytem popularności. Każdy oczekuje, że z dnia na dzień wejdziemy do mainstreamu, ale tak łatwo to się nie stanie. Zajmie nam to długie lata, a i tak wszystko będzie trwało dalej w momencie, gdy ja i Lorenzo odejdziemy. Ta wojna potrwa kilka dekad. To nie jest branża, w której staramy się zarobić miliony dolarów w ciągu paru tygodni. Staramy się zbudować całą dyscyplinę sportową” – w ten sposób kilkanaście lat temu Dana White wypowiadał się o rozwoju UFC.

Organizacja ledwo wiązała koniec z końcem, UFC ciężko było utrzymać stałe grono licznych odbiorców. Poza kulisami bracia Fertitta zaczęli namawiać Danę White’a do sprzedaży firmy. Wszystko wskazywało na to, że era Zuffa nie potrwa zbyt długo…

18 KOMENTARZE

  1. Zajebiste :deniroclap:

    Ale to były piękne czasy.

    Chuck nafutrowany jak stodoła był śmiertelnie niebezpieczny…

  2. :applause:Aż łezka się w oku kręci. Niby MMA poszło od tego czasu mocno do przodu. Jednak gdzieś po drodze utraciło też dzikość. Teraz brakuje takich gości jak Chuck czy innych legend przełomu PRIDE/UFC.

  3. Jak zawsze mega robota.

    Pomyśleć, że to było w sumie całkiem niedawno, a prawie wszyscy zawodnicy z tamtej epoki już dawno nie walczą.

    Kevin i Taner nie żyją, Randy po zawale, Chuck dziadek, Bustamante, Shamrock, Abott, Mezger- nic o Nich nie słychać nawet.

    Ortiz w Geriatorze.

    Jedynie Vitor przechodzi swoją trzecią młodość niczym Ibisz idzie po pas następnej organizacji. :bleed:

  4. Jak zawsze mega robota.

    Pomyśleć, że to było w sumie całkiem niedawno, a prawie wszyscy zawodnicy z tamtej epoki już dawno nie walczą.

    Kevin i Taner nie żyją, Randy po zawale, Chuck dziadek, Bustamante, Shamrock, Abott, Mezger- nic o Nich nie słychać nawet.

    Ortiz w Geriatorze.

    Jedynie Vitor przechodzi swoją trzecią młodość niczym Ibisz idzie po pas następnej organizacji. :bleed:

    Shamrock organizuje jakieś gale na gole pięści,Sokodju był tam ostatnio znokautowania chyba.

  5. Bardzo dobre. Polecam.

    Podoba mi się to, że mimo iż człowiek coś tam wie w tym temacie, zna historię (przynajmniej części) tych walk to często czegoś nowego można się dowiedzieć. W zasadzie każdy artykuł @Cactus i seria @Olos dotycząca Pride to kawał historii i kawał dobrej roboty, plus sporo smaczków z tamtych lat.

    Czekam na kolejne! Pisjoł!

  6. To jest krzewienie edukacji.

    Kaganek mmowskiej oświaty w świecie Fejm MMA i innych tym podobnych.

    Niech niewierni poznają historię może nawrócą się na prawilne sztuki walki.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.