Jedna z najbardziej oczekiwanych gal tego roku za nami. UFC 75: Champion vs Champion – bo o tej gali mowa, można odnotować jako „zaliczone”. Zgodnie z przewidywaniami emocji nie zabrakło. Mało tego, śmiało można rzec, iż miejscami było ich aż w nadmiarze, a „ochów” i „achów” jakie wywołał „Mistrz vs Mistrz” starczyło by spokojnie na kilka kolejnych gal z cyklu UFC! Cóż mogę powiedzieć…pozazdrościć tym, którzy mogli być w O2 Arena!

Karta prezentowała się znakomicie, znajdowało się na niej kilka ”majstersztyków”, kilka „pewniaków” i parę solidnych pojedynków. Do tego emocje z najwyższej półki gwarantował nam występ Tomka Drwala. Czego chcieć więcej? Może kilku niespodzianek, które dodały by gali niespodziewanego smaczku? Tak, zgadliście…i owych niespodzianek nie zabrakło!

Zaczęło się zacnie (walk z poza PPV – oprócz Drwala – niestety nie widziałem, więc skupie się na opisie Main Card’u). Dokładniej to zacne było kolano jakie „Legionarius” wyłapał od Houston’a. Szybka walka, i właściwie teatr jednego aktora – Houston’a Alexander. Sakara w tej walce nie był w stanie zrobić nic. Alexander za to pokazał piękny tajski klincz zakończony naprawdę imponującym kolanem, po którym „Legionarius” pada na ziemie…jeszcze szybkie G&P i sędzia był zmuszony przerwać walkę. Zaprawdę powiadam Wam…to konkretnie podgrzało atmosferę i spowodowało jeszcze większe ciśnienie na kolejne walki! Przynajmniej tak było ze mną. Ale walka Houston’a Alexander i Alessio Sakara’y to był dopiero przedsmak prawdziwych emocji!

Marcus Davis vs Paul Taylor:
Davis od razu stara się sprowadzić Taylor’a do parteru. Los jednak nie był łaskawy dla Marcus’a, bo w efekcie to on zostaje sprowadzony na ziemie przez Paul’a…sprowadzony za pomocą pięknego okrężnego kopnięcia na głowę! Jednak nie kończy ono walki. Davis wspaniale broni się przed nacierającym Taylor’em (przez chwile myślałem, że „on za moment go zatłucze!”), broni się pół-garda i pod koniec pierwszej rundy zakłada oponentowi balachę. Niesamowita walka. Niesamowity pokaz tego, czego brakuje wielu zawodnikom (nawet tym z górnej półki) – serca do walki. Dawno nie widziałem, żeby ktoś wyszedł z takich opałów i wygrał walkę w tak piękny sposób! Pełen szacunek dla Marcus’a.

Anthony Torres vs Jess Liaudin:
Walka jednostronna, ale nie można odmówić jej dramaturgii. Cała rundę dominuje Liaudin, posyłając dwa razy przeciwnika na deski – Torres jednak pokazuje, że „ma jaja” i tak za pierwszym, jak i drugim razem podnosi się i nawiązuje walkę. Dopiero pod koniec pierwszego starcia Francuz przyciska Amerykanina do siatki i tam dokańcza egzekucję, sędzia przerywa, Liaudin wygrywa przez TKO.
Po tej walce emocje zaczęły we mnie narastać. Przyczyna takiego stanu była prosta…teraz czas na „Cro Cop’a”!

Gdy Mirko Filipovic wchodził do oktagonu, zastanawiałem się nie czy, ale kiedy wystrzeli swojego „markowego” High Kick’a posyłając tym samym Cheick’a Kongo do krainy snów. Byłem o tym święcie przekonany. Zresztą nie tylko ja. Czytając wywiady z Chorwatem, oglądając zdjęcia z treningów – widząc jak poważnie potraktował trening po przegranej z „Napao” nie było w mej głowie żadnych wątpliwości co do wyniku tego pojedynku. Przecież Kongo to „zaledwie” średniej klasy Kick-Boxer imponujący jedynie warunkami fizycznymi. Jak zatem mógłby zagrozić jednemu z najlepszych zawodników na świecie, w szczytowej formie (jak sądziłem)?! I powiem Wam, że po przebiegu pierwszej rundy utwierdziłem się w tym przekonaniu. Mirek atakował, nie cofał się…”żądlił jak osa” i tylko czekałem aż głowa „wielkoluda” poleci w trybuny. Jednak w drugiej rundzie przekonałem się jak ten sport potrafi być nieprzewidywalny! „Cro Cop” całkowicie nie mógł się odnaleźć. Nie radził sobie z ciągle klinczującym Kongo, który tym samym skutecznie uniemożliwiał mu wykorzystanie swej najmocniejszej broni – walki z dystansu. W parterze przeoczył szansę wyciągnięcia dwóch (jak by się uparł to trzech) armbarów. Może to na skutek złamania zebra (po axe kick’u od Cheick’a), może po otrzymaniu kilku kolan w krocze (Kongo dostał za to ostrzeżenie)…w każdym razie Filipovic był cieniem samego siebie. Trzecia runda miała jeszcze gorszy (dla Chorwata) przebieg w efekcie czego walka zakończyła się zwycięstwem Cheick’a Kongo, zwycięstwem przez jednogłośna decyzję sędziowską. Szok? Poruszenie? Wszystkiego po trochu, jednak najbardziej dominującym uczuciem jakie odczuwałem był niesmak. Nie o to chodzi ze Mirek przegrał, wszak przegrywał już nie raz. Nie chodzi też o to z kim przegrał, bo ‘2007’ pokazał nam, że under dog potrafi wygrywać. Chodzi o to w jaki sposób przegrał…w jakim stylu. Jedyne co mi przychodziło na myśl, to zdanie – „jak masz tak dalej ‘’walczyć’’, to lepiej graj w tych swoich filmach Mirek”…i naprawdę, nie chciał bym już nigdy więcej oglądać Chorwata w takiej dyspozycji (a raczej niedyspozycji…). Jednak „najlepsze” ciągle przed nami…

…bo jeśli przygotowanie Filipovic’a wywołało u mnie niesmak, to nie umiem bez przeklinania wyrazić tego co czułem po walce Michael Bisping vs Matt Hamill! ŻE-NA-DA – nie chodzi o walkę (bo ta była niczego sobie) ale o wynik. Jakim prawem wygrał Bisping skoro on tego wieczoru w oktagonie praktycznie nie istniał!? Całkowita dominacja Hamill’a – świetne sprowadzenia do parteru, pełna kontrola na ziemi. Bisping nie mógł mu niczym zagrozić. Ja rozumiem że jest on maszynom marketingową UFC w Anglii, że dzięki niemu gale UFC w UK przynoszą konkretne zyski, ale bez przesady! Ja rozumiem, że można nieco „pomóc swojemu” ale nie w ten sposób! Tak ewidentnego wałka dawno nie widziałem, ba chyba w ogóle nie widziałem! Czyżby w MMA pokazała się już konkretna kasa i sytuacja zaczęła przypominać tą z Boksu, gdzie nie wygrywa lepszy, tylko ten który przynosi większe zyski? Jeszcze tylko Don King’a brakuje…całe szczęście Dana White już zapowiedział rematch obu panów…przekrętom mówimy stanowcze NIE!!!

I w końcu przyszedł czas na Main Event. Pojedynek mistrza Pride FC z mistrzem UFC (na papierze, bo jak było naprawdę wszyscy wiemy). Wszyscy spodziewali się wojny i taką wojnę dostali! Nie jakąś tam „wojenkę”…prawdziwą wojnę…na atomy! Przez całe pięć rund nie widzieliśmy nic innego oprócz akcji w najczystszej postaci! Pięć bitych rund na pełnym gazie. Rund pełnych przekroju. To stójka, to parter – nie ma zmiłuj. Po prostu kwintesencja MMA! Pojedynek klasyk…po prostu must have! To trzeba zobaczyć. Szala zwycięstwa przechylała się z jednej strony na drugą, by w końcu stanąć po stronie Quinton’a „Rampage” Jackson’a. Zwycięstwo zasłużone, jednak trzeba dodać, że to co pokazali obaj zawodnicy to mistrzostwo świata! Piękna stójka QJ (wspaniałe Crazy Monkey), znakomite obalenia Hendersona (zresztą obaj panowie błyszczeli w tej materii). Na ziemi Dan wydawał się nieco bardziej aktywny (wiele prób Submission) jednak Jackson świetnie bronił się przed poddaniem. Jak już pisałem, walka klasyk. Jakbym miał ją zareklamować, zrobił bym to jednym zdaniem:
„Nowy wymiar MMA” i na końcu wstawił trzy wykrzykniki. Basta.

Pojedynek naszego rodaka celowo zostawiłem na sam koniec. Smutek jaki w pierwszej chwili zapanował „gdzieś w środku” – kiedy to skończyłem oglądać walkę – odszedł po kolejnym jej „przestudiowaniu”. Tomek przegrał, to prawda. Przegrał z Thiago Silvą, przegrał z emocjami, ze stresem…przegrał z olbrzymimi oczekiwaniami Polskich fanów (wszak to pierwszy Polak w UFC, pierwszy, który doszedł na szczyty MMA tylko i wyłącznie ciężką pracą i serią bezdyskusyjnych zwycięstw w tym sporcie – nie umniejszając nic Pawłowi Nastuli, który jednak w Pride FC walczył dzięki swym osiągnięciom z Judo)…Nie to jednak jest najistotniejsze. Najważniejsze jest to że bardzo dobrze się zaprezentował, spodobał się publiczności, komentatorzy wypowiadali się bardzo przychylnie, i najprawdopodobniej „Goryla” w oktagonie zobaczymy jeszcze w tym roku! Zobaczymy go silniejszego, spokojniejszego i w pełni sił. Wiem, to. Wiem też, że UFC będzie jeszcze należeć do niego. Bo teraz, gdy Tomasz przekonał się, że nawet po przegranej fani nie odwrócą się od niego, że tak naprawdę nic się nie stało i wszyscy nadal w niego wierzą, będzie tylko lepiej. „Ciśnienie” z niego zejdzie, nie będzie już tak dużej presji jak za „pierwszym razem” i Drwalu pokaże pełnie swoich możliwości! Ja już nie mogę się doczekać…!!!

Yoshihiro

Chief Financial Officer | Shareholder of MMAROCKS. Columnist. Does not avoid political topics. Radical for Capitalism.