UFC 81: Breaking Point za nami. Jak zawsze u nas, poniżej kilka słów o gali. Chcecie wiedzieć jak wypadła ‘osiemdziesiątka jedynka’? Zapraszam do środka.

A karta (i wyniki) prezentowała się tak:

MAIN CARD

Antonio Rodrigo Nogueira vs. Tim Sylvia – Submission (Guillotine Choke) Rd3.
Frank Mir vs. Brock Lesnar – Submission (Leg Lock) Rd 1.
Nate Marquardt vs. Jeremy Horn – Submission (Standing Guillotine) Rd 2.
Ricardo Almeida vs. Rob Yundt – Submission (Guillotine Choke) Rd 1.
Tyson Griffin vs. Gleison Tibau – Unanimous Decision

PRELIMINARY CARD

Chris Lytle vs. Kyle Bradley – TKO (Strikes) Rd 1.
Tim Boetsch vs. David Heath – TKO (Strikes) Rd 1.
Marvin Eastman vs. Terry Martin – Unanimous Decision
Rob Emerson vs. Keita Nakamura – Split Decision

Oglądałem wersję z PPV (nie załapała się tylko walka Estaman’a), więc skomentuje jedynie walki, które widziałem.

Widowisko zapowiadało się świetne. Przyciągał oczywiście Main Event, oraz debiut w oktagonie Brock’a Lesnara. Poza tym, spodziewać się można było dobrych pojedynków w wykonaniu Griffin’a, Almeida’y, czy Estaman’a (niestety poza PPV).
A jak ostatecznie wypadł ‘Breaking Point’? Zapraszam do dalszej lektury.

Rob Emerson vs. Keita Nakamura
Solidna przekrojowa walka. To określenie chyba najlepiej pasuje do powyższego pojedynku. Bez wielkich emocji, bez fajerwerków, jednak w każdym aspekcie solidnie. Nie ma mowy a przynudzaniu, jednak nie ma też mowy o dramaturgii rodem z Main Eventu (do tego jeszcze dojdziemy). Good fight, jednak wpada do szufladki „ walka bez historii”.

Tim Boetsch vs. David Heath
„Ten Heath to naprawdę ma przesrane” – tak pomyślałem, kiedy obejrzałem ta walkę. Gość ma trzy przegrane walki w karierze, z czego w dwóch jego przeciwnicy zrobili z niego miazgę. Najpierw „Babalu” przefarbował nim oktagon na czerwono. A teraz Boetsh omal nie złamał mu kręgosłupa na siatce (a właściwie styku siatki i podłoża oktagonu – będąc precyzyjnym;)
Tim bez ceregieli „poczęstował” go serią potężnych kolan, a następnie cisnął (tak, cisnął to dobre sowo) nim tak, że głowa David,a znalazła się…a zresztą sam zobacz! Wyglądało to naprawdę groźnie.

Chris Lytle vs. Kyle Bradley
Szybka walka. Lytle szalonymi wymianami zmłócił (dosłownie) Bradley’a. Sędzia już na początku rundy był zmuszony przerwać walkę. Lytle otrzymuje KO wieczoru i zgarnia dodatkowe $$$. (60.000 dolców!)

Tyson Griffin vs. Gleison Tibau
Bardzo ładny pojedynek. Fajne kombinacje Griffin’a kontra ciekawe obalenia Tibau. W pewnym momencie myślałem, że zaraz będzie KO (Tyson złapał wiatr w żagle i po celnym ciosie kontynuował precyzyjny atak…ładne przemyślane kombinacje, zero ‘latających cepów’), tymczasem Gleison przytomnie (i bardzo dynamicznie) wszedł w tępo i sprowadził nacierającego Griffina na ziemie. Ciekawy pojedynek, zdecydowanie godny polecenia.
Zasłużone zwycięstwo Griffina, jednak kiedy ogłoszono jednogłośny werdykt nieco się zdziwiłem (myślałem, że będzie Split). Mniejsza jednak o to.

Ricardo Almeida vs. Rob Yundt
Kolejna szybka akcja. Almeida od razu sprowadza Yundt’a do parteru, a tam szybko zakłada gilotynę. Warto jednak zwrócić uwagę na samo submission. Rob wstaje z zapiętym duszeniem i wzorem „Rampage’a” robi slama….troszkę się jednak przeliczył i za bardzo przechyli się do przodu, w efekcie czego zrobił swoiste salto z zaczepionym Almeidą. Ricardo nie puszcza i dokańcza duszenie, z tą tylko różnicą, że teraz ma odwrotna gilotynkę.
Warto zobaczyć dla samego submission.

Nate Marquardt vs. Jeremy Horn
Następna dobra walka. Cała walka pod dyktando Nate’a (choć miażdżącej przewagi nie było) – to on sprowadzał do parteru, on był na górze, jednym słowem miał inicjatywę. Choć determinacji Hornowi odmówić nie można. Próby kończenia to z jednej, to z drugiej strony (fajna gogoplata z przejściem do omoplaty w wykonaniu Horn’a..szkoda, że nieudana). W końcu po nieudanej próbie wejścia w nogi Jeremy daje się złapać w gilotynę (kolejna tego wieczoru) i jest zmuszony odklepać.

Frank Mir vs. Brock Lesnar
Jeśli mam być szczery, to nie emocjonowałem się specjalnie tą walką. Owszem, byłem ciekawy jak wypadnie Lesnar, oraz tego jaka formę zaprezentuje Mir, jednak swoistego ‘mrowienia po karku’ nie czułem…do czasu. Do czasu aż na trybunach zobaczyłem cała wesołą ekipę z WWE z Kurtem Angle na czele. Gdy tylko pomyślałem o wypowiedziach Kurta po ewentualnym zwycięstwie Lesnara – zagotowałem. Już widziałem te teksty, że „rozniósłby wszystkich z UFC bez treningu”.
Od razu zapaliła mi się w głowie czerwona lampka, a za nią przemknęła szybka myśl – „Mir, kończ go”!
Po pierwszej akcji omal nie dostałem palpitacji serca…Lesnar to lokomotywa! Chłop jak dąb (nic tylko pod nim nasikać…tfu, ja nie o tym), a kiedy zobaczyłem jak ruszył na Frank’a to miałem ciemno przed oczami. Masakra jaki on szybki! Dynamit! Piekielnie szybkie sprowadzenie i seria G&P (już się bałem o Mir’a), sędzia jednak przerywa (Brock trafił w tył głowy). Powrót do stójki. Odetchnąłem…nie na długo jednak, bo Lesnar powala Mira potężnym ciosem do parteru. Tam już jednak Frank pokazuje klasę. Kilka prób submission i w końcu ma dobrze zapiętego leg lock’a. Brock klepie.
Widać, że Lesnar ma spore braki w parterze. Nie ma jednak zamiaru rezygnować z MMA, więc można przypuszczać, że postara się to zmienić. Kiedy to zrobi może być prawdziwą siła w HW UFC, bo z jego gabarytami (i dynamiką!) będzie ciężkim przeciwnikiem dla każdego.
Teraz jednak może konkurować jedynie ze średniakami (nic nie wiemy o jego stójce, kondycji…). Mir w pełni zasłużenie zgarnia submision wieczoru.

Antonio Rodrigo Nogueira vs. Tim Sylvia
Do walk byłych Prideowców zawsze podchodzę z wielkimi emocjami. Do tej jednak miałem szczególny stosunek. Po rozczarowaniu „Cro Cop’em”, i przejściu Fedora do M-1, Nog był jedynym zawodnikiem, mogącym bronić Honoru HW PRIDE FC. Dodatkowo myśl o przegranej z „zesranym Timem” przyprawiała mnie o ból głowy i myśli samobójcze (:P).
I po przebiegu pierwszych dwóch rund zaczynałem już sobie powoli szukać drzewa, na którym mógłbym w spokoju zawisnąć (Mino to mój ulubiony HW). Nog zdecydowanie nie mógł sobie poradzić z długaśnymi łapskami Tim’a…i do tego ten knockdown (zawał bliski). Poza tym pięciominutowe rundy nie sprzyjają „długofalowym” działaniom w parterze. Gdyby walka zakończyła się na punkty, Nogueira raczej nie nosił by dziś pasa. Na szczęście dla niego (i mnie:P) w trzeciej rundzie sprowadził Sylvie na ziemię, tam wykonał pięknego sweepa, założył guillotine chocke (noc gilotyn normalnie), poddał Tima i złapał bonus za walkę wieczoru.
Nie mogło być lepiej, po prostu trzeba zobaczyć!

Podsumowując, gala bardzo udana. Wiele świetnych, emocjonujących walk. Odnoszę wrażenie że gali na galę UFC daje coraz to lepsze show (mówię tu o pojedynkach, nie o oprawie). Aż strach pomyśleć co będzie podczas UFC 82!
Co by jednak tak nie słodzić Danie, tradycyjnie mała uszczypliwość co do oprawy (właśnie) i całego „wizerunku” UFC. Bruce Buffer jest naprawdę żałosny…
I tym miłym akcentem kończę na dzisiaj, i życzę miłych doznań podczas oglądania UFC 81: Breaking Point.

Chief Financial Officer | Shareholder of MMAROCKS. Columnist. Does not avoid political topics. Radical for Capitalism.