Od dłuższego czasu zastanawia mnie jedna kwestia. Jak w przyszłości będzie wyglądało nasze kochane MMA? Powiedzmy za 20, 30 lat. Czy rynek będzie jednolity? – jak np. w koszykówce, gdzie jest NBA a potem długo, długo nic i dopiero gdzieś tam na samym końcu wlecze się…jeszcze większe nic? Czy może nastąpi jeszcze większa fragmentacja rynku i jak grzyby po deszczu będą powstawać nowe federacje i cała sytuacja pójdzie w stronę dzisiejszego Boksu? I w końcu jak w tym wszystkim będzie wyglądać sprawa mistrzów poszczególnych kategorii wagowych? Czy będzie jak dziś, że mamy wielu mistrzów w wielu organizacjach, jednak brak mistrza świata? Oraz podstawowa kwestia – popularność. Czy MMA wejdzie w main stream i stanie się popularne na miarę Boksu? A może po kilku latach boomu Mieszane Sztuki Walki przestana być już wystarczająco interesujące, wystarczająco nowe…wystarczająco „świeże,” co z kolei przyczyni się do tego, że zainteresowanie nimi będzie malało?
Zabawie się w jasnowidza i spróbuję przewidzieć jak rynek Mixed Martial Arts będzie wyglądał za kilkanaście/kilkadziesiąt lat. Zapraszam do środka.

Pierwsza kwestia to popularność. Jeśli nie będzie popularności – „nie będzie niczego” (jak by to pewien słynny kandydat na prezydenta powiedział). To od tego jak duże będzie zainteresowanie MMA zależeć będą wszystkie (!) wymienione we wstępie rzeczy. Bo czy bez popularności jest możliwość powstawania nowych/utrzymania „starych” organizacji? Wątpliwe. Nikt nie będzie się pchał w interes nie przynoszący zysku. Ale myślę, że ta sytuacja nam nie grozi! Obserwując obecnie dwa największe rynki – Azja/USA śmiało można stwierdzić, że MMA będzie pięło się w górę (jeśli o popularność idzie). W Japonii już dawno w sztukach walki nie ma nic co przyciągałoby więcej widzów niż MMA. Kilkudziesięciotysięczne hale (gdzie odbywają się gale – rym niczym u Popka) wypełnione są po brzegi a przed telewizorami siedzą setki tysięcy osób! A to tylko w Kraju Kwitnącej Wiśni. Dodaj do tego ogromny rynek w Korei – rynek, który tylko czeka „na podbicie”, a Japończycy, wykonali już pierwszy krok w stronę tego „podboju”– oraz jeszcze większy w Chinach, a zrozumiesz jak wielki jest potencjał MMA na dalekowschodnim rynku! Wiem co myślicie…”kto w tej biedzie (Chiny) będzie MMA oglądał, przecież tam się sadzeniem ryżu zajmują (no i może skręcaniem scyzoryków McGyver’a).” Czy aby na pewno? Zwróć uwagę, że Chiny są obecnie najdynamiczniej rozwijającym się państwem! Może zostanę wyśmiany, ale zaryzykuje stwierdzenie, że za kilkadziesiąt lat to Chiny (wraz z USA) będą krajem o najpotężniejszej gospodarce! I ponad miliardowym społeczeństwem! Tylko głupiec nie widziałby tam pieniędzy. Ogromnych pieniędzy! Zresztą w tym roku olimpiada – idę o zakład, że tego co będzie się działo w Kraju Środka nic już nie przebije. Po prostu ten kraj ma gigantyczne możliwości rozwoju i nie marnuje żadnej szansy by ten rozwój przyspieszyć.

Teraz obracamy globusem i patrzymy na USA. Tam wciąż króluje Boks, jednak sprytna polityka UFC sprawia, że MMA dosłownie wydrapuje widzów temu „staro szkolnemu” sportowi. Chwytliwe reklamy, wprost wołające, że „Boks to sport naszych ojców a MMA to przyszłość sztuk walki” w połączeniu z widowiskowymi pojedynkami w oktagonie przyciągają zarówno fanów boksu, jak i ludzi całkiem „zielonych” w temacie. Po prostu Mieszane Sztuki Walki są tam teraz na fali. Popularność rośnie, jak grzyby po deszczu pojawiają się reality-show z udziałem zawodników, filmy traktujące o MMA, jak i z udziałem gwiazd MMA. Na galach widać znane z MTV sławy show-biznesu…jednym słowem lans. Lans w bardzo amerykańskim stylu, jednak obrazujący nam, że MMA w Stanach trafia (o ile już nie trafiło – Chuck Liddell występujący w teledysku zespołu „Nickelback”) do ‘głównego nurtu’. Jednak na USA się to nie skończy! Nie od dziś wiadomo, że amerykanie potrafią się doskonale promować i potrafią „wcisnąć hot-doga” nawet obeznanemu dietetykowi, zatem prosta zależność – co sprzeda się w USA, sprzeda się wszędzie (jak wyżej wspomniany hot-dog). A więc zarówno w Kanadzie (UFC już zapowiedziało zorganizowanie tam gali), jak i w Europie (w UK gale już są organizowane, do tego w niedługim czasie dojdą Niemcy – potwierdzone – i… Polska…joke ;P)
Co to oznacza? To samo co w przypadku Azji. Ogromne możliwości za którymi idą jeszcze większe pieniądze!

No właśnie, pieniądze. Większa popularność, to większe zyski dla organizacji a i większa kasa dla zawodników. Myślę więc, że w końcu zawodnicy doczekają się godnych wynagrodzeń, a stawki za walkę w wysokości 500$ odejdą w zapomnienie. Ponadto mistrzowie zarabiać będą nie kilkadziesiąt tysięcy, a kilkadziesiąt milionów dolarów (przypuszczam, że „wypłaty” będą równie wysokie – o ile nie wyższe – jak w Boksie lat 90-tych) za sama walkę (nie mówiąc o zyskach z reklam)! Biznes is biznes. Popularność = pieniądz!

Jak jednak wyglądać będzie sam rynek? Czy będzie jednolity, czy może podzielony? Przypuszczam, że niewiele będzie się różnił od dzisiejszego rynku Boksu. O ile połączenie „czysto” Japońskich federacji jest możliwe (Yarennoka i K-1 Hero’s) tak samo jak „czysto” Amerykańskich (współpraca Strikeforce i EliteXC) tak o zjednaniu sił zarówno Japońskich jak i Amerykańskich gigantów nie ma mowy! Inny rynek po prostu. Tak UFC nie ma czego szukać w Japonii (nawet podczas „posuchy” w MMA po upadku PRIDE FC, UFC nie zyskało tam praktycznie nic), tak Japońskie MMA nie przyjmie się w Stanach. Inna kultura, inne obyczaje, a więc i inne oczekiwania. Japończyków zawsze będą cieszyć pojedynki „Dawida z Goliatem,” Amerykanów natomiast starcia ich „Deadly Strikerów”. Nikt tego nie przeskoczy. Sądzę też, że pomiędzy dzisiejszymi gigantami (UFC na pewno, i myślę, że za parę lat DREAMS oraz organizacje pokroju EliteXC urosną na równie silne – szczególnie Japońskie organizacje, bo tam obecnie rynek MMA jest praktycznie pusty) powstaną mniejsze federacje, które staną się „kopalniami talentu” dla owych gigantów (o bliższej współpracy nie będzie raczej mowy, bo duże organizacje nic by na takiej „współpracy” nie zyskały. „Młoda krew” i tak do nich przyjdzie kuszona większymi pieniędzmi). Dochodzę także do wniosku, że nieunikniona będzie współpraca największych organizacji – przynajmniej w kwestii walk o mistrzostwo świata…a tutaj rodzi się kolejny problem.

Kwestia tego, „czyj mistrz jest najlepszy”? Niewątpliwie to odwieczne pytanie pojawiać się będzie równie często co dziś. Bo jak tu nie zastanawiać się, kto jest lepszym zawodnikiem..czyj mistrz jest tym prawdziwym championem…? Z tym może być różnie. Może zostać „jak jest”, i będziemy mieć mistrzów poszczególnych organizacji a o tym, który z nich jest lepszy dowiemy się kiedy (jeśli) jeden z nich opuści swą „macierzystą” organizacje i powędruje do innej po ‘title shota’. Rozwiązanie to jest według mnie niekorzystne, gdyż różnice w zasadach pomiędzy organizacjami są tak duże, że zawodnik przychodzący odebrać pas mistrzowski z góry byłby spisywany na straty. Gdybym miał typować w walce Fedor vs. Couture na zasadach UFC obstawiał bym Randy’ego. Sytuacja odwróciła by się o 180 stopni, gdyby walka odbywała się na Pride’owskich regułach…
Myślę, że aby tego uniknąć należało by zunifikować zasady. I chyba w tym kierunku podąży światowe MMA. UFC już od dawna walczy o ujednolicenie zasad, w Japonii ostatnio też zaczynają się pojawiać takie głosy. Najtrudniej chyba będzie połączyć „wschód” z „zachodem” bo na tej linii różnice są największe.
W dłuższej perspektywie myślę jednak, że jest to nieuniknione, tak samo jak (wspomniana we wcześniejszym akapicie) współpraca największych organizacji.

Tak za kilkadziesiąt lat będzie wyglądał rynek Mieszanych Sztuk Walki. Przynajmniej ja tak go sobie wyobrażam. Niekoniecznie musi się to sprawdzić, wszak los lubi płatać figle – jak przekonaliśmy się w ubiegłym roku (nagły upadek PRIDE FC). A Ty jak widzisz ‘nasz sport’ za 30 lat? Zapraszam do dyskusji.

Chief Financial Officer | Shareholder of MMAROCKS. Columnist. Does not avoid political topics. Radical for Capitalism.

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.