W ramach nadrabiania zeszłotygodniowych strat, dwukrotnie dłuższa edycja recenzji uwielbianego przez wszystkich reality show, którego siódmy sezon po 12 tygodniach dobiegł końca. Oprócz podsumowania odcinka wraz z NAJBARDZIEJ SZOKUJĄCYM WYDARZENIEM W HISTORII TUFA przyglądam się całej edycji, jej uczestnikom i perspektywom ósmego sezonu.

Producenci od razu po wejściówce serwują nam drugi półfinał z udziałem Amira Sadollaha i CB Dollawaya. CB był w opinii większości faworytem tego sezonu nawet przed rozpoczęciem zdjęć, o Amirze, bez doświadczenia w zawodowym MMA, nikt nic nie wiedział. Przez pierwsze 10 minut walka wyglądała mniej więcej tak jak można by wywnioskować z powyższych opisów. Dollaway przeważał zdobywając obalenia bez większych problemów, chociaż kiedy, przez krótkie okresy czasu, walka toczyła się w stójce przewagę miał Amir. W trzeciej rundzie Dollawayowi skończyło się paliwo i tak jak w walce Sadollaha z Geraldem Harrisem obalenia zaczęły przychodzić znacznie trudniej. W końcu, po toczeniu walki w bardzo nietypowych jak na MMA pozycjach, CB zostawił rękę i Amir bezbłędnie zapiął dźwignię stemplując swój bilet na finały z, jak się wydawało, Jesse’m Taylorem.

I tu docieramy do owego SZOKUJĄCEGO WYDARZENIA. Każdy chyba się spodziewał, że będzie polegało ono na tym, że jeden z finalistów obejrzy owe finały z domu. Dla mnie o wiele bardziej szokujący niż wykopanie kogoś z programu, nawet, jeśli łamiąc zasady logiki, robi się to po zakończeniu samego programu, był poziom głupoty Taylora. Gdyby wszystko to co zrobił stało się w kasynie, które nie jest własnością Station Casinos (zarządzanych przez braci Fertittów, rzecz jasna) byłaby duża szansa, że Taylorowi te wygłupy uszły by na sucho. Z drugiej jednak strony w 100% popieram decyzję Dany, zwłaszcza jeśli Taylor nie omieszkał przypominać wszystkim na około, że jest fighterem UFC.

Jedna rzecz, której w tym sezonie brakowało do tej pory to słynna niecenzuralna tyrada Dany White’a; była chyba w każdym sezonie a w piątym pojawiała się nawet kilka razy. Zaczynając od wręcz hollywoodzkiej kwestii „to moje miasto” White rzuca mięsem dokładnie 11 razy przez następne 67 sekund. Jeżeli TUF dotrwa, jestem ciekaw czy Lorenzo też będzie serwował takie monologi.

Dana, ku radości Rampage’a, uznał, że jedyne sensowne wyjście z tej sytuacji to postawić naprzeciw siebie dwóch półfinalistów, którzy przegrali. O dziwo w ciągu całego sezonu (pomijając Patricka Schultza) dopiero na samiutkim końcu przegrani dostają drugą szansę na awans dalej. Wiem, że na Spike pokazali walkę CB Dollawaya z Timem Credeurem w całości, ale moja wersja zawierała tylko montaż. Szkoda, bo to co zobaczyłem było całkiem niezłe. Obydwaj bardzo szybko się zmęczyli, ale biorąc pod uwagę, że walczyli z, zapewne, dniowym wyprzedzeniem i zdążyli już zacząć odpoczynek po powrocie do domów, można to im chyba wybaczyć. W końcu CB wygrał decyzją sędziów i to on w finale spróbuje udowodnić, że jego pierwsza walka z Amirem to był wypadek przy pracy.

Tym oto sposobem kończy się siódmy sezon TUFa. Obiecywanych rewolucyjnych zmian nie było, po kilku odcinkach sezon wyglądał naprawdę blado ale pod koniec wyszedł z dołka. Niezależnie od tego jednak uważam, że obecna formuła TUFa nie tyle jest na wyczerpaniu co całkowicie się wyczerpała. Gdyby nagle ósmy sezon nigdy nie został wyemitowany, prawdopodobnie nawet bym się tym nie przejął. Jak już się pojawi obejrzę go ale raczej z obowiązku/przyzwyczajenia niż z przyjemności. Nie chce znowu oglądać jak banda ludzi zachowujących się jak jaskiniowcy niszczy dom (i potem słuchać Dany mówiącego o tym jak w „normalnym świecie” idzie się za coś takiego do paki), nie chcę oglądać naciąganych  konfliktów, nie chcę słuchać monologów White’a. W komentarzach pod przetłumaczonym przez mnie artykułem Mike’a Dolce o stanie TUFa pojawiły się komentarze, że w sumie byłoby fajnie gdyby przedstawiali TUFa jako sport ale to dramat się sprzedaje. Jeśli tak to chociaż się nie ograniczajmy, niech uczestnicy wychodzą sobie na miasto, robią co chcą itd., ale jeśli ktoś przychodzi nawalony na trening to niech kamery go pokażą, niech zostanie ochrzaniony przez trenerów, niech widzowie zobaczą kto do tego podchodzi na poważnie a kto jest tutaj dla telewizji.

W sobotę na gali finałowej wystąpi tylko, poza finalistami, pięciu uczestników obecnej edycji. To rekordowo niska liczba, ale zarazem jak najbardziej sprawiedliwa. Nawet z pierwszego sezonu TUFa, najbardziej utalentowanej grupy, w UFC została do dziś tylko połowa z szesnastu uczestników. Od tego czasu popularność UFC i MMA wzrosła tak bardzo, że talenty odnajdywać coraz trudniej. Było to bardzo widoczne w zeszłym sezonie, który praktycznie mógł się nazywać „The Mac Danzig Show” i nawet jeśli Sotiropoulos, Arroyo czy Saunders mają potencjał to nie wyszło im wypromowanie się za pomocą TUFa.

W zasadzie ciężko też oceniać jak ktoś da sobie radę w UFC patrząc na jego walki z przeciwnikami poniżej tego poziomu, jak to teraz bywa w TUFie. Mimo to najlepszą rzeczą, która mogła się przytrafić TUFowi był Amir Sadollah. Kiedy Bruce Buffer będzie go w sobotę anonsował nadal powie, że jego bilans w MMA wynosi 0-0, ale łączny bilans jego pokonanych przeciwników z tego sezonu to 24-9. Niezależnie od ostatecznego wyniku swojej sobotniej walki Amir ma talent i na pewno w UFC zostanie. Pomimo porażki CB, w moim odczuciu, jest bardziej kompletnym zawodnikiem od Amira (który przecież przegrywał swoje walki z Harrisem i Dollawayem właśnie) i również on na dłuższy czas zabawi w oktagonie. Nie będę tęsknił za Jesse’m Taylorem, którego występu mimo wszystko spodziewam się na jakimś undercardzie za kilka miesięcy, bo w swoich walkach pokazał, że ma dobre zapasy i nic poza tym. Taki jednowymiarowy zawodnik daleko i tak nie zajdzie, więc zamiast sikania w gacie radziłbym Taylorowi popracowanie albo nad innymi aspektami MMA albo nad znacznym polepszeniem swojego ground-and-pound. Pozostali zawodnicy skończą swój udział w UFC na pierwszej lub drugiej przeszkodzie, ewentualny potencjał widzę u Matta Riddle’a i Dana Cramera. O ile Riddle powinien wygrać swoją sobotnią walkę o tyle ta dwójka ma dużo ciężkiej pracy przed sobą, żeby chcieć się utrzymać w wadze średniej w UFC.

Jedyny człowiek na świecie, który wkręcił się w MMA walką Arlovski vs. Eilers. Poliglota. Entuzjasta i propagator indonezyjskiego przemysłu tekstylnego. Warszawiak od kilku pokoleń i dumny z tego faktu. Nie zawsze pisze o sobie w trzeciej osobie ale kiedy to robi jest to w polu biografia na MMARocks.pl

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.