Na czas obowiązywania jesiennych ramówek na SpikeTV znów zagościł Ultimate Fighter w swojej ósmej odsłonie. W tym momencie już chyba wszyscy wiedzą czego się spodziewać: uczestnicy będą głupieć z nudów, będzie dużo picia, dom zostanie zniszczony, Dana White porzuca mięsem a na koniec dnia zobaczymy walkę albo dwie. Przez TUFa przewinęło się już tylu fighterów, że człowiek zaczyna się gubić. Czy ktoś z was, z pamięci, potrafi powiedzieć w którym sezonie wystąpił Mike Stine albo Billy Miles? Dlatego, żeby nie pisać o osobach, które będziemy widzieć tylko przez kilka minut zanim o nich kompletnie zapomnimy, czekałem z przedstawieniem uczestników tej edycji do momentu w którym dostaną klucze do domu TUFa, czyli wygrają „kwalifikującą” walkę. Po pierwszym tygodniu ósemka może już wybierać swoje łóżka, dziewiątka sprawdza połączenia lotnicze z Vegas a szesnastu pozostałych nadal czeka na swoją szansę. Oto pierwsza z tych grup:

Krzysztof Soszyński (15-8-1, Team Quest, waga półciężka)

Urodzony w Stalowej Woli fighter po 5 latach walczenia w wadze ciężkiej w tym roku wybrał się na podbój wagi półciężkiej. Pierwotnie jego przeciwnikiem miał być Jason Guida ale ten wykręcił tak zwanego „Ruedigera” nie robiąc wagi i pokazując widzom nagi tyłek w trakcie. Soszyński w zamian walczył z Mike’em Stewartem którego znokautował w zaledwie kilkanaście sekund. Weteran IFL jest najbardziej doświadczonym uczestnikiem i jednym z faworytów tej edycji. Kiedy przegrywał było to z zawodnikami dysponującymi parą w rękach lub będących lepszymi zapaśnikami natomiast z zawodnikami, którzy równie dobrze mogliby się znaleźć (lub już byli) w TUFie w wadze ciężkiej Soszyński dawał sobie radę. Nie spodziewam się, że zdominuje ten sezon jak Mac Danzig ale jeśli nie dojdzie do finału będzie to niespodzianka.

Dave Kaplan (2-1, Lloyd Irvin Martial Arts, waga lekka)

Kaplan nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia w swojej walce. Przegrywał stójkę i głównie temu, że jego przeciwnik ma parter na poziomie Houstona Alexandera zawdzięcza to, że mógł go obalić i zapiąć duszenie zza pleców. Z jego CV wynika, że powinien walczyć zupełnie odwrotnie – dwa zwycięstwa odniósł przez TKO a porażkę odnotował z Cristiano Marcello, znanym z bycia instruktorem BJJ w Chute Boxe. Biorąc pod uwagę, że w tym sezonie w jednej kategorii walczy znów tylko ośmiu zawodników nie wydaje mi się, żeby Kaplan był w stanie wygrać jeszcze jedną walkę.

Philippe Nover (5-0-1, Team Insight, waga lekka)

Nover zaliczył całą huśtawkę nastrojów od omdlenia tuż po przylocie do Vegas do pokonania jednego z bardziej nagłaśnianych nazwisk tej edycji Joe’a Duarte. Nie była to walka, którą Nover zdominował, Duarte nawet złapał go dwa razy czystymi uderzeniami w stójce posyłając go na deski ale umiejętności parterowe Guamczyka wołały o pomstę do nieba. Jestem ciekaw co czuli chłopaki z Five Ounces kiedy Nover łamał Duartemu nos uderzając za siebie po tym jak ogłosili, że to Duarte zapewne był wspominanym przez White’a „nowym Andersonem Silvą”. Wracając do Novera w drugiej rundzie już nie bawił się w stójkę tylko wykorzystał braki Duarte na ziemi szybko go poddając. Pierwsze pięć minut pozostawia jednak takie sobie wrażenie, w zależności od przeciwnika może wygra kolejną walkę ale przynajmniej trzech zawodników jest od niego według mnie lepszych.

Jules Bruchez (3-2*, Ronin Dojo, waga półciężka)

Gorliwy chrześcijanin tej edycji Bruchez rozprawił się ze swoim przeciwnikiem szybko go poddając po czym zaczął obwieszczać wszem i wobec , że wygrał nie uderzając ani razu pieścią. Nie żebym się czepiał, ale trafił low-kickiem a w MMA to uderzenie jak każde inne, więc nie ma się czym chwalić. Problem z Bruchezem jest taki, że na Fight Finderze nie istnieje, na mma.tv ma jedną zawodową walkę a na youtube zbiera baty na ziemi od niejakiego Chirsa Reeda. Na dodatek Bruchez wygląda na takiego, co gdyby się uparł mógłby występować w tej edycji w wadze lekkiej. Nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, w której wygrywa następne walki.

Vinicius Magalhaes (2-2, Team Quest, waga półciężka)

Rzut oka na imię i nazwisko i powinno być jasne w czym Magalhaes jest dobry. Dlatego zdziwiłem się kiedy jeden z ludzi odpowiedzialnych za BJJ w Temeculi pokonał Lance’a Evansa w stójce. Być może „pokonał” jest ciut na wyrost bo złamał Evansowi żebro kopnięciem co zmusiło starszego brata Rashada do rezygnacji między rundami. Nie żeby skalp starzego z braci Evans był wiele wart ale nie odbijał poziomem od pozostałych zwycięstw Magalhaesa. W migawkach z walki stójka wyglądała całkiem w miarę a umiejętności parterowe teoretycznie już ma. Z drugiej strony dotychczasowy bilans 2-2 z pewnością nie zachwyca i nie zdziwię się jak Brazylijczyk przegra już w kolejnej walce.

Antwain Britt (4-1, Bombsquad MMA, waga półciężka)

Znów walkę pokazano tylko w (dużym) skrócie ale Britt jakoś uporał się z Ryanem Jimmo. Stoczywszy tylko 5 walk weteran YAMMA ma całkiem przyzwoite zwycięstwa na koncie, wszystkie przez błyskawiczne KO/TKO. Co prawda pod sam koniec wyglądał na zmęczonego ale pokazał, że potrafi dowieźć zwycięstwo do końca. Antwain Britt wygra swoją pierwszą walkę, ale na faworytów tej dywizji (Soszyński i Bader) chyba nie jest jeszcze gotowy.

Brian McLaughlin (5-0, Team Gracie Tampa, waga lekka)

Z opisu i migawek wychodzi na to, że McLaughlin pewnie wygrywał walkę z Brandonem Garnerem dopóki nie został niemalże znokautowany nielegalnym kolanem w parterze. Garner to całkiem niezły przeciwnik, być może nawet najlepszy w karierze McLauglina więc to dobrze o nim świadczy. Trochę szkoda, że ląduje w sezonie wypełnionym po brzegi nauczycielami grapplingu bo McLaughlin w dotychczasowej karierze wszystkich poddawał i raczej powinien podszkolić stójkę. Jego sukces zależy od tego jak znosi wymiany w stójce i jak u niego ze skutecznością obaleń czego za bardzo nie można się dowiedzieć bo tej jednej walce. Póki co uznam, że stać go na półfinał.

Junie Allen Browning (2-0, Four Seasons Martial Arts, waga lekka)

Przypadek Browninga każe mi się zastanawiać nad sensem tego artykułu. Po jego dwóch walkach nie spodziewałbym się fajerwerków ale nagle Browningiem zachwycają się obaj trenerzy a Frank Mir ma niemal mokre sny o zwerbowaniu go do swojej drużyny. Jego przeciwnik, Jose Aguilar, miał przynajmniej trochę racji porównując się do Hitlera – tak jak on Aguilar nie miał jaj, żeby przegrać na polu bitwy i poddał się między rundami ze zmęczenia. W pierwszej rundzie Browning wypadł świetnie, umiejętnie broniąc się przez dźwignią na nogę i omoplatą i cały czas naciskając Aguilara do tego stopnia, że ostatnią minutę spędził uderzając z dosiadu. Nie mogłem też nie zauważyć, że Browning pomalował sobie paznokcie. Obecnie, co udowodniła walka Liddella z Evansem, malowanie paznokci stało się passe a chic jest skręcanie przed walką sutków, przynosi też lepsze efekty. Browning zrobił wrażenie nie tylko na mnie ale i na trenerach a ponieważ Mir i Nogueira zapewne lepiej oceniają umiejętności niż ja, powiem, że Browning dość pewnie zmierza do finału.

To tyle na dziś, za tydzień pozostała ósemka i rezerwuje sobie prawo do zmiany moich typów w zależności tego kto się dostanie a kto nie. Potem, jak zwykle, co tydzień analiza społecznych zachowań zawodowych fighterów w izolowanym środowisku z darmowym alkoholem.

Jedyny człowiek na świecie, który wkręcił się w MMA walką Arlovski vs. Eilers. Poliglota. Entuzjasta i propagator indonezyjskiego przemysłu tekstylnego. Warszawiak od kilku pokoleń i dumny z tego faktu. Nie zawsze pisze o sobie w trzeciej osobie ale kiedy to robi jest to w polu biografia na MMARocks.pl