Foto: Piotr Pędziszewski/MMArocks.pl
Foto: Piotr Pędziszewski/MMArocks.pl

Jak nietrudno się domyślić tytułowy okres czasu przypada na lata działalności Strikeforce. Organizacja Scotta Cokera mimo, że została ostatecznie wchłonięta przez UFC w ubiegłym tygodniu, odcisnęła znaczące piętno na całej scenie mieszanych sztuk walki i miała spory wkład w rozwój tej dyscypliny. W niniejszym tekście postaram się przybliżyć i podsumować sześć lat działalności kalifornijskiej organizacji na rynku MMA.

“Strikeforce to dobry show” – Dana White

Na wstępie należy się lekkie sprostowanie, bo choć tytuł artykułu jest prawdziwy, to odnosi się zaledwie do okresu w którym Strikeforce zajmowało się promowaniem wszechtsylowej walki wręcz. Początki całej organizacji, która wpierw skupiała się na kickboxingu sięgają 1985 roku. Dynamiczny rozwój MMA w Stanach, który nastąpił po sukcesie The Ultimate Fightera skłonił wiele firm do spojrzenia w kierunku tej młodej dyscypliny sportu. Nie inaczej było z organizacją Scotta Cokera, który postanowił wykorzystać dobrą koniunkturę i zainwestował w mieszane sztuki walki. Trzeba przyznać, że organizacja zadebiutowała z głośnym hukiem, bo pierwszy event Strikeforce – Shamrock vs.Gracie wypełnił po brzegi halę HP Pavilion w San Jose ustanawiając nowy rekord widowni na gali mieszanych sztuk walki w USA (18 256 widzów).

Kolejne lata były dla Strikeforce stosunkowo dobre. Mimo, że organizacja nigdy nie wybiła się na pozycję lidera rynku – choćby nawet w samym tylko USA – to małymi krokami zmierzała we właściwym kierunku. Co ciekawe nawet Dana White swego czasu dostrzegał profesjonalne zarządzanie kalifornijską organizacją i w ciepłych słowach wypowiadał się o Strikeforce:

“[…] Strikeforce to dobry show. Oni od dłuższego czasu dają dużo dobrych walk i prowadzą świetny biznes. To jest dobre. To jest dobra rzecz, pozytywna. Ci goście kierują prawdziwą organizacją. Wiedzą jak nią kierować. Nie próbują ingerować w walki no i nie mają jebanych klaunów którzy walczą w ogrodzie podczas grilla […] czy słyszałeś żebym kiedykolwiek powiedział coś złego na temat Strikeforce, tylko dlatego że ci gościa nie mają wyprzedanych hal, wiesz, 13 tysięcy miejsc w arenie i nie robią tego lub tamtego? Życzę im całego szczęścia tego świata. Nie mam do nich nic. Nie mam nic złego do powiedzenia o gościach, którzy rządzą dobrą organizacją […]” – wywiad dla MMAWeekly z października 2008.

I rzeczywiście Strikeforce zorganizowało wiele świetnych walk wymieniając choćby trylogię Melendez – Thomson, znakomite pojedynki Nicka Diaza z Paulem Daley’im, czy Nate’a Marquardta z Tayronem Woodley’em. Organizacja Scotta Cokera może pochwalić się także kilkoma niezapomnianymi wymianami zdań z udziałem Franka Shamrocka, Phila Baroniego, oraz starszego z niepokornych braci Diaz. Na marginesie nadmienię, że zawodową karierę na gali SF: Tank vs. Buentello rozpoczął obecnie najlepszy ciężki UFC Cain Velasquez. Przez drzwi kalifornijskiej organizacji przewinęło się zresztą więcej wysokiej klasy fighterów, niektórzy związali się z Strikeforce na dłużej. Alistair Overeem, Dan Henderson, Josh Barnett, Daniel Cormier, Gegard Mousasi, Rafael Cavalcante, Ronaldo Souza, Muhammed Lawal, Antonio Silva – to tylko niewielka część zawodników zakontraktowanych niegdyś przez Cokera.

Wróćmy jednak do dalszych losów organizacji. W lutym 2009 zarząd Strikeforce wykupił od ProElite część udziałów EliteXC, prawa do transmisji walk i kontrakty min. Giny Carano, oraz Nicka Diaza. Niedługo później Coker doszedł do porozumienia ze stacją telewizyjną Showtime, która odtąd miała transmitować eventy SF. W maju przy współpracy ze stacją zapoczątkowano cykl mniejszych gal organizacji – Challengers – na których miały być promowane przyszłe gwiazdy organizacji. W sierpniu tego samego roku Coker nawiązał współpracę z M-1 Global i japońskim DREAM. Partnerstwo z Japończykami nie było zbyt owocne niemniej jednak dzięki wymianie zawodników mieliśmy okazję obejrzeć kilka bardzo ciekawych pojedynków do których w normalnej sytuacji zapewne by nie doszło (Aoki vs. Melendez, czy Manhoef Lawler), natomiast współpraca z M-1 okazała się być w dalszej perspektywie brzemienna w skutkach.

Piękna i bestia

Z perspektywy czasu jedno z najważniejszych wydarzeń w historii organizacji – ale i także w historii całego MMA – miało miejsce dużo wcześniej – na czwartej gali SF, podczas eventu nazwanego Triple Threat. Wtedy jednak absolutnie nic nie zwiastowało czegoś wielkiego. I rzeczywiście nic wielkiego się również nie wydarzyło. Zwycięstwo Giny Carano nad Elainą Maxwell nie mogło być wówczas zapowiedzią wielkich zmian w całej dyscyplinie, jednak dziś po latach można stwierdzić, że faktycznie było. Seria pięciu wygranych z rzędu sprawiła, że piękna zawodniczka stała się rozpoznawalna na tyle, że zaczął się nią interesować nawet przemysł filmowy (do dziś Gina zagrała kilka mniejszych i większych ról w filmach akcji)… na tyle rozpoznawalna, że jej starcie z Cristine Santos było pierwszą kobiecą walką wieczoru podczas tak dużej gali MMA! Starcie w kategorii do 66 kilogramów odbywało się na “męskich” zasadach (wcześniej kobiety walczyły na dystansie 3 razy 3 minuty), co prawda Brazylijka wygrała je już w pierwszej rundzie, jednak zasady pozostały już na stałe. Sam event sprzedał się znakomicie osiągając najlepszy wynik gali MMA w historii Showtime  ze średnią 576,000 widzów. Szczytowa oglądalność przypadła naturalnie na czas walki wieczoru, podczas której przed odbiornikami zasiadło aż 856,000 fanów. Są to wyniki ponad dwukrotnie lepsze niż poprzednia gala organizacji – Lawler vs. Shields (średnia 275,000 widzów), oraz lepsze od dotychczasowych liderów w dziedzinie oglądalności MMA w Showtime, czyli walki pomiędzy Kimbo Slice’em i Tankiem Abbotem z EliteXC (średnia 522,000 widzów). Wartość marketingową Carano można było również zmierzyć po opublikowaniu przez komisję stanu Kalifornia zarobków z gali. Wypłata Carano stanowiła bowiem gigantyczną wówczas jak na kobiece MMA sumę 125,000 dolarów! Dla porównania dodam, że walczący na tej samej gali Renato Sobral zarobił “jedynie” 75,000 zielonych banknotów.

Sukces Giny Carano – sukces marketingowy – był silnym impulsem do rozwoju kobiecego MMA, jednak nie można mówić, że Carano całkowicie sama spopularyzowała mieszane sztuki walki w wykonaniu kobiet. Pojedynki innych zawodniczek takich jak Miesha Tate, Sara Kaufman, czy Cristiane Santos były doskonałym pokarmem dla promocji żeńskich dywizji a Strikeforce okazało się środowiskiem w którym ten “plankton dla mas” mógł się spokojnie rozwijać. I właśnie w organizacji Scotta Cokera do miana gwiazdy urosłą najbardziej rozpoznawalna obecnie kobieta zajmująca się MMA – Ronda Rousey. Brązowa medalistka Judo z Pekinu szybkimi wygranymi przed czasem (każda walka zakończona balachą w pierwszej rundzie) bardzo szybko stała się idolką tłumów a potencjał marketingowy pięknej fighterki przyczynił się do wprowadzenia dywizji kobiet do największej organizacji świata.

Grobowiec ostatniego z carów

Spoglądając na karierę Fiodora Jemelianenki nie da się przeoczyć, że Strikeforce było swego rodzaju zakazanym lądem dla Rosjanina. Niepokonany od 28 walk Fiodor zaledwie po jednej mało znaczącej wygranej w organizacji (nad Brettem Rogersem) zostaje poddany przez Fabricio Werduma, w trzecim starciu demoluje go Antonio Silva a w kolejnej walce dla organizacji Cokera już w pierwszej rundzie zostaje zatrzymany przez Dana Hendersona – zawodnika wago średniej. Wielu fighterów zawdzięcza Strikeforce karierę (Cormier, Rousey, Mousasi, Souza) lecz Jemelianenko z pewnością do nich nie należy.

Podpisanie kontraktu z najlepszym ciężkim w historii tego sportu nie zakończyło się dobrze ani dla Bodog Fight Championship, ani dla Affliction. Strikeforce niestety nie było w tej materii wyjątkiem, bo to między innymi wysokie wymagania finansowe i absurdalne żądania odnośnie współpromocji eventów były bezpośrednią przyczyną kłopotów finansowych organizacji Cokera. Wynagrodzenie za jedną walkę Jemelianenki sięgało aż 400,000 dolarów a było ono jedynie niewielką częścią pieniędzy jaka okrężną drogą trafiała do kieszeni Rosjan (Fiodor jest udziałowcem M-1, posiada prawa do 8,5% zysków tak więc wszelkie tantiemy związane ze wspólną promocją gal SF trafiły po części na koto zawodnika). Zapewne i Strikeforce i Showtime pokładało w „Ostatnim Carze” wielkie nadzieje, jednak trzy porażki z rzędu praktycznie uniemożliwiły jakąkolwiek dalszą promocję Jemelianenki a wydane na niego środki okazały się zwykłym paleniem banknotów. Dodając do tego niewiele mniejsze wypłaty dla innych fighterów, często nieuzasadnione marketingowo – Josh Barnett (250,000$), Gegard Mousasi (175,000$), Fabricio Werdum (100,000$), Cung Le (100,000$), Josh Thomson (60,000$), Tim Kennedy (55,000$), Scott Smith (55,000$), Roger Gracie (47,000$) – oraz wysokie bonusy za wygraną, można łatwo zorientować się że na koniec dnia bilans Strikeforce w “latach świetności” nie mógł być najkorzystniejszy.

Forza UFC! Forza MMA!

W marcu 2011 roku prezydent Ultimate Fighting Championship zszokował świat MMA ogłaszając, że udało im się kupić Strikeforce, tym samym Zuffa (spółka matka UFC) jest od teraz w posiadaniu marki Strikeforce, kontraktów z zawodnikami i telewizją Showtime. Wszystkie dotychczasowe umowy i postanowienia miały pozostać bez zmian, Scott Coker zachował stanowisko prezydenta organizacji a obowiązujący kontrakt z Showtime miał być kontynuowany – wówczas do jego wygaśnięcia pozostawały dwa lata. Umowa z Fiodorem zawarta była pomiędzy Strikeforce, M-1 i Showtime więc w teorii Rosjanin mógł występować na antenie stacji. W praktyce przejęcie SF przez Zuffę okazało się końcem amerykańskiej kariery Jemelianenki a w niedługim czasie zawodnik zdecydował się całkowicie przejść na sportową emeryturę. Do życia powołana została Forza – spółka zależna od Zuffa, zarządzająca Strikeforce. Po przejściu pod skrzydła White’a i braci Fertitta SF podporządkowało się Uniefied Rules of MMA (wcześniej zasady zabraniały używania łokci w parterze) i organizowało gale do stycznia 2013 roku.

Organizacja Cokera zorganizowało 63 eventy MMA w tym 20 gal Challengers. 19 razy gościli w San Jose – w hali HP Pavilion. Pas mistrzowski organizacji zdobywało 24 zawodników i zawodniczek w siedmiu kategoriach wagowych. Charakterystyczną częścią show spod szyldu SF byli komentatorzy – jedni rzeczowi, drudzy wręcz przeciwnie – Mauro Ronallo, Pat Miletich, Frank Shamrock, oraz announcer Jimmy Lennon Jr.

Co w szerszym rozumieniu dla MMA oznacza koniec działalności Strikeforce? Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że jednocześnie jest to bardzo dobra i bardzo zła wiadomość. Dobra dla fanów, dla jednolitości i spójności dyscypliny, dobra dla zawodników którzy dostaną szansę walczyć w UFC i w końcu dla samego UFC. Koniec SF z pewnością nie jest niczym pozytywnym dla Showtime, które traci bądź co bądź rozpoznawalny produkt, i dla fighterów, którzy chcą spróbować swoich sił w dużej amerykańskiej organizacji a jeszcze nie są na tyle rozpoznawalni by największa organizacja świata się nimi zainteresowała. Sprawa nie jest więc oczywista a pytanie jakie należy postawić powinno brzmieć: co zmieni się po wchłonięciu Strikeforce do UFC?

Najbardziej pozytywnym aspektem jest dalsza unifikacja i centralizacja MMA w najważniejszym punkcie. Jedna silna organizacja spowoduje umocnienie (bo takowe istnieje już od upadku PRIDE FC) poczucia jednego celu do najwyższych laurów w tym sporcie. Innymi słowy każdy zawodnik ze sportowymi ambicjami w bliższej bądź dalszej perspektywie w swych zawodowych planach będzie przewidywał znalezienie się w UFC. To oczywiście świetna wiadomość dla Dany White’a, Lorenzo i Franka Fertittów – którzy będą mieli praktycznie monopol na najlepszych zawodników – ale także dla fanów wszechstylowej walki wręcz. W takim układzie sił nie będzie sytuacji do jakiej często dochodzi w boksie zawodowym, gdzie kariery wielu wybitnych zawodników prowadzone są równolegle w taki sposób, że poprzez politykę promotorów do konfrontacji pomiędzy nimi nigdy nie dojdzie (najgłośniejszy przykład to oczywiście telenowela z walką Mannyego Pacquiao z Floydem Mayweatherem). Nie będę się rozpisywał na ten temat, swego czasu popełniłem dłuższy tekst – do wglądu tutaj – więc nie ma sensu bym się powtarzał i dotykał tematu po macoszemu. Upraszczając maksymalnie – cała czołówka w UFC, to możliwość zestawiania większych walk (bo nawet przy obecnej zmianie kierunku układania kart z czysto sportowego na takie… powiedzmy bardziej podszyte show) do wielkich walk dochodzi i dochodzić będzie. Większe walki to większe sprzedaż, większa sprzedaż to większe zyski dla organizacji i zawodników. Prosta zależność u szczytu MMA, która pośrednio oddziałuje na cały świat i napędza modę na ten sport. To bardzo dobra wiadomość dla całego rynku, choć trzeba wziąć pod uwagę sytuację promotorów – nazwijmy to – średniego stopnia, takich jak Bellator FC, nasze KSW, czy brytyjskie Cage Wariors (bo na małych, lokalnych promocjach ta sytuacja nie odbije się w żaden negatywny sposób).

Taki stan rzeczy znacząco utrudni im i tak niełatwe w ostatnich dwóch latach pozyskiwanie sportowo wartościowych zawodników. Klauzule UFC nie pozwalają zakontraktowanym zawodnikom walczyć dla innych organizacji, więc powyższe organizacje będą musiały zadowalać się zawodnikami dla których UFC to – w konkretnych momentach ich karier – zbyt wysokie progi, bądź będą pełnić rolę dostarczyciela najlepszych fighterów do UFC. I z tą rolą będą musiały się pogodzić, bo myślę, że wprowadzenie tak restrykcyjnych kontraktów jakimi w tej chwili dysponuje BFC w sytuacji w której organizacja nie jest numerem jeden prędzej czy później doprowadzi do sytuacji w której potencjalni kandydaci do UFC będą omijać organizację Rebney’a szerokim łukiem.

W najgorszym położeniu po zniknięciu Strikeforce znaleźli się zawodnicy pokroju Mameda – chcący rozwijać swe kariery w USA, jednak nie kosztem kariery w swych macierzystych organizacjach. Być może i nie ma ich zbyt wielu jednak przykład właśnie Chalidowa, oraz Bibiano Fernandesa pokazuje, że istnieją. Kiedy na rynku było Sengoku, DREAM i Strikeforce fighterzy mieli możliwość sprawdzenia się na wielu rynkach, w wielu organizacjach. Każda z tych promocji – przynajmniej do pewnego stopnia – zezwalała kontraktowanym zawodnikom na walki poza ich organizacją. Po upadku Strikeforce i zniknięciu japońskich organizacji sytuacja sprowadza się do jednego. Albo jesteś w UFC albo poza nim.

Czy zatem będzie lepiej, czy gorzej? Punkt widzenia jak zawsze zależy od punktu siedzenia i nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Według mnie skupienie rynku wokół jednej dużej organizacji przyniesie więcej korzyści niż szkód i tego będę się trzymał. A wracając do samego Strikeforce nadmienię, że będzie mi trochę szkoda tworu Scotta Cokera, który dopóki nie porywał się na wielkie MMA radził sobie całkiem dobrze. Osobiście Strikeforce zapamiętam z dwóch perspektyw – pozytywnej i negatywnej. Pozytywnym aspektem będzie oczywiście wprowadzenie kobiecego MMA na salony, negatywnym… upadek “Ostatniego Cara”.

Chief Financial Officer | Shareholder of MMAROCKS. Columnist. Does not avoid political topics. Radical for Capitalism.

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.