W niedzielę  siedemnastego kwietnia, w poznańskiej hali widowiskowo-sportowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu odbyła się druga edycja gali MMA „Quest Arena”. Widownia zgromadzona w hali miała okazję obejrzeć trzynaście pojedynków, z czego znakomitą część stanowił turniej wagi piórkowej ( do 66 kg – przyp. red. ). Zapraszam na krótką relację z wydarzenia.

Rozpoczęcie

Znajdująca się na peryferiach Poznania hala „UAM-u” zaczęła tętnić życiem około dziewiętnastej, godzinę przed rozpoczęciem imprezy. Mało atrakcyjną cenę biletu – 80 złotych – rekompensowała możliwość zajęcia dowolnego miejsca, co z pewnością było sporym atutem dla osób cierpliwych, skłonnych  do przyjazdu na miejsce z odpowiednim wyprzedzeniem. Jak się okazało, nie było takiej potrzeby, gdyż mieszczący 1200 miejsc siedzących obiekt zapełniony został jedynie w około sześćdziesięciu procentach.
Event rozpoczął się – z niewielkim, dwudziestominutowym opóźnieniem – od pierwszej części turnieju wagi piórkowej, którego kolejne etapy przeplatane były pozostałymi walkami.

Turniej

Dawid Żywica nie zdołał zrewanżować się w finale Sebastianowi Grabarkowi za pojedynek z maja 2010 roku w poznańskiej Arenie. Efektownie walczący szczecinianin ponownie przegrał przez decyzję z ultrapasywnym zapaśnikiem z klubu „Ankos Zapasy Poznań”, który  został mistrzem Quest Areny w kategorii do 66 kilogramów. Nagrodą było dziesięć tysięcy złotych od sponsora imprezy.

Dawid Żywica broni obalenia

 

Walki pozaturniejowe

Adam Zając bez respektu potraktował zapaśnicze referencje Tomasza Kondraciuka, w obu odsłonach obalając zawodnika Gameness Team i kontrolując go w parterze. „Tomaj”, leżąc na plecach, kilkukrotnie usiłował wykonać pedeladę, która jednak nie przyniosła zamierzonego efektu i po raz trzeci w karierze ( drugi z rzędu ) musiał uznać wyższość przeciwnika.

Tomasz Kondraciuk tuż przed ogłoszeniem werdyktu

 

Świetny comeback zaliczył klubowy kolega Tomaja, Borys Mańkowski, przerywając złą passę i zdobywając cenną wygraną nad twardym, agresywnym zawodnikiem Gracie Barra Łódź – Wiktorem Sobczykiem. Borys wyróżniał się dynamiką na tle wszystkich zawodników, błyskawicznie zdobywając obalenia i kontrolując przeciwnika w parterze. O ile pierwsza runda zdecydowanie należała do Mańkowskiego, w drugiej odsłonie „Pitból” zaatakował bardziej agresywnie, próbując znaleźć drogę do szczęki poznanianina. Ten, markując uderzenie, chwycił jedną nogę, po czym przeszedł do chwytu za biodra, wyniósł Sobczyka nad głowę i z impetem uderzył nim o matę. Była to bezspornie jedna z najbardziej spektakularnych akcji całej gali. Sobczyk nie zamierzał się jednak poddawać i tuż przed końcem walki złapał Mańkowskiego w ciasną gilotynę, która o mało nie zmieniła przebiegu walki. Borys oswobodził się resztkami sił i dowiózł wygraną do finalnego gongu.

Borys atakuje z pozycji bocznej

 

Artur Głuchowski nie miał najmniejszych problemów ze skończeniem Łukasza Matuszaka. Kiedy tylko walka przeniosła się do parteru, krok po kroku zajmował lepsze pozycje, ostatecznie poddając swojego przeciwnika duszeniem zza pleców w niewiele ponad 3 minuty.

Michał Włodarek w dobrym stylu wypunktował Aleksandra Mędralę w stójce, po czym przeprowadził mocny atak ground’n’pound pod koniec pierwszej rundy. Powstałe w wyniku tego ataku rozcięcie nad okiem zawodnika z Opola było zdaniem lekarzy na tyle poważne, że pojedynek przerwano po trzydziestu sekundach drugiej rundy.

 

Walka wieczoru

Main event miał dość niespodziewany przebieg. Marcin Krzysztofiak, mocny zapaśnik trenujący pod okiem Andrzeja Kościelskiego, został zdominowany przez jedynego zagranicznego zawodnika walczącego na gali. Fin Timo Karttunen, bo o nim mowa, konsekwentnie obalał Krzysztofiaka kontrolując i obijając go w parterze. Zaskoczony takim obrotem spraw Polak nie był w stanie zmienić przebiegu pojedynku na swoją korzyść i werdyktem sędziowskim został pozbawiony pasa Quest Areny w kategorii wagowej do 93 kilogramów.

Marcin Krzysztofiak i Timo Karttunen

 

Wielki przegrany gali

Dawid Żywica. Młody zawodnik osławionego szczecińskiego klubu Berserkers Team po raz kolejny pokazał, że po starszym koledze, Danielu Dowdzie, odziedziczył nie tylko ringową ksywkę. Rewelacyjna płynność i elastyczność  w parterze była zmorą dla jego przeciwników i spotkała się z uznaniem kibiców. Kreatywność w stójce ( vide: kopnięcia obrotowe i backfisty ) także nie przeszły niezauważone. Niestety, słaba obrona obaleń oraz przewaga fizyczna Sebastiana Grabarka okazały się być kluczowymi elementami, które pogrzebały szanse „Kiciao” na zwycięstwo. Niemniej warto zwrócić uwagę na tego zawodnika, gdyż drzemie w nim duży potencjał.

Kilka słów o organizacji eventu

Z dziennikarskiego obowiązku chciałbym wspomnieć o paru bardziej i mniej istotnych niedociągnięciach organizatorów, uwzględniając także pozytywy.

Niemożliwe do zaakceptowania na profesjonalnej gali MMA są zaniedbania przy pomiarze czasu walki. Świadomy problemu mierzyłem czas wszystkich rund i przerw i okazało się, że w dwóch przypadkach niedokładny pomiar czasu mógł mieć diametralny wpływ na wynik pojedynku. Pierwsza sytuacja miała miejsce w walce między Michałem Włodarkiem a Aleksandrem Mędralą. Włodarek, znajdując się w pozycji dominującej w parterze, przeprowadzał skuteczną ofensywę, rozbijając ciosami twarz Mędrali. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że znaczna część ciosów doszła celu już po regulaminowym czasie walki, gdyż runda przeciągnęła się do ponad pięciu i pół minuty.

O piętnaście sekund krótszą od standardowej okazała się być ostatnia runda finałowej walki turnieju do 66 kilogramów. Dawid Żywica, po nieudanej próbie balachy na kolano, w momencie, w którym zabrzmiał gong nadal znajdował się w odpowiedniej pozycji wyjściowej do kontynuowania ataku na nogę przeciwnika.

Zgodnie z regulaminem przerwy między rundami trwały dwie minuty, zamiast standardowo przyjętej na większości gal minuty, co wydaje się być trochę niejasnym rozwiązaniem. Dało się też zaobserwować pewne wahania w długości przerw, od kilku dodatkowych sekund do zakrawającej na kpinę przerwy między drugą a trzecią rundą walki wieczoru, która trwała dwie minuty i pięćdziesiąt sekund.

Na korzyść organizatorów można zaliczyć brak większych przestojów w realizacji gali. Poza dwoma dziesięciominutowymi przerwami wszystko przebiegało płynnie, jednakże minimalistyczna oprawa oraz brak muzyki w trakcie dłuższych niż zwykle przerw między rundami wprowadzały na widowni atmosferę lekkiego znużenia. Poza tymi szczegółami wszystko  było zorganizowane jak należy.

Według informacji zawartych na bilecie znane są już terminy trzech kolejnych odsłon Quest Areny: 26 czerwca, 17 września i 4 grudnia. Chętnych zapraszamy.