Profile: Mauricio Rua

-1

Mauricio Milani Rua urodził się 25 listopada 1981 roku w Kurytybie. Trening sztuk walki rozpoczął stosunkowo późno – w wieku 15-tu lat zaczął trenować muay-thai, natomiast dwa lata później brazylijskie jiu-jitsu. Idąc śladami swojego starszego brata – Murilo – Mauricio wstąpił do słynnej akademii Chute Boxe, gdzie rozpoczął treningi MMA między innymi z Wanderleiem Silvą.

Zawodowy debiut młodszego z braci Rua miał miejsce 8 listopada 2002 roku. Podczas Meca World Vale Tudo 7 wysokim kopnięciem odesłał do krainy snów Rafaela Capoeire. Kolejne dwa pojedynki stoczył na następnych galach tejże organizacji i tam też właśnie, w pojedynku z Angelo Antonio, zaprezentował światu swoje firmowe akcje, które przez długi czas uważane były za jego najpotężniejszą broń. Mowa oczywiście o stompach i sooccerkickach, z których Rua – jak mało który zawodnik – potrafił zrobić nie tylko narzędzie destrukcji, ale także w pewien sposób podporządkował mu pozostałe aspekty swej gry. Trzecią ofiarą „Szoguna” w Meca był uznany Evangelista Santos, którego Mauricio – podobnie jak poprzednich oponentów – pokonał już w pierwszej rundzie (TKO).

Poskromienie „Cyborga” otwarło Brazylijczykowi drogę do organizacji IFC, gdzie 6-tego września 2003 wystartował w turnieju wagi półciężkiej. W ćwierćfinale pokonał Erika Wanderleya (TKO w drugiej rundzie), jednak półfinałowy przeciwnik, późniejszy zwycięzca całego turnieju – nieporównywalnie bardziej doświadczony Renato Sobral – okazał lepszy i poddał Ruę duszeniem gilotynowym w trzeciej rundzie.

Pomimo przegranej walki Mauricio zwrócił na siebie uwagę japońskich promotorów, którzy zamierzali niebawem ruszyć z serią mniejszych gal PRIDE (cykl Bushido). Piąty październik tego samego roku bez wątpienia jest datą, w której zaczął się kolejny etap w karierze „Szoguna”. Podczas Pride Bushido 1 w pierwszej rundzie Rua stompami zatrzymał Akirę Shoji. Tę tendencję (zwycięstwa w pierwszej rundzie, uzyskane dzięki stompom, soocerkickom i uderzeniom w parterze) utrzymał przez kolejne cztery walki i zastopował kolejno: Akihiro Gono, Yasuhito Namekawę, Hiromitsu Kaneharę oraz – w pierwszej rundzie  Grand Prix wagi średniej – Quintona Jacksona.

Wyżej wymieniony turniej, czyli 2005 PRIDE Middleweight Grand Prix (przypominam, że waga średnia w PRIDE wynosi 205 funtów) okazał się jednym z najlepszych, jakie japoński kolos zorganizował i bezdyskusyjnie przeszedł do historii PRIDE oraz całego MMA. Na ten stan rzeczy złożyło się kilka czynników. Przede wszystkim wyśmienita obsada. Do turnieju stanęła ówczesna śmietanka wagi średniej m.in. Rogeiro Nogueira, Dan Henderson, Wanderlei Silva, Vitor Belfort, Alistair Overeem, Kevin Randleman, Kazuhiro Nakamura, Ricardo Arona, Dean Lister, Kazushi Sakuraba, Igor Vovchanchyn, czy wspomniany w ostatniej linijce poprzedniego akapitu – Quinton Jackson.

Następnym elementem dodającym całemu Grand Prix niezapomnianego smaczku była toczona w tle wojna pomiędzy dwoma największymi brazylijskimi klubami: Brazilian Top Team i Chute Boxe, a samo zakończenie GP, czyli sensacyjna wygrana efektownie walczącego zawodnika z Kurytyby, było wspaniałym zwieńczeniem całego turnieju.

W rundzie otwierającej (23 kwietnia) Rua pokonał „Rampage’a”, – mszcząc tym samym swego brata, który przegrał z Quintonem dwa miesiące wcześniej. W ćwierćfinale po wspaniałej bitwie zwyciężył mniejszego z braci Nogueira (26 czerwca), natomiast w półfinale szybko zastopował Alistaira Overeema, po czym w finale jeszcze szybciej rozprawił się z Ricardo Aroną (28 sierpnia) – obie walki zakończyły się w pierwszej rundzie.

Po tak niesamowitym triumfie w świadomości fanów „Shogun” jawił się jako największy talent ówczesnego MMA. Ktoś, kto po odejściu legendarnego Wanderleia Silvy zasiądzie na tronie kategorii do 93 kg i podobnie jak on nie zejdzie z niego przez długie lata.

Los miał jednak inne plany odnośnie „Shoguna” i znacząco pokrzyżował jego szybka drogę na szczyt wagi średniej. Kiedy podczas PRIDE 31: Unbreakable (22 lutego 2006) Rua stanął naprzeciw podstarzałego Marka Colemana nikt nie przewidywał innego zakończenia niż szybkie TKO na korzyść Mauricio. Zgodnie z przypuszczeniami walka kończy się szybko – już w pierwszej rundzie – jednak wynik starcia był szokiem dla wszystkich fanów mieszanych sztuk walki. Rua po obaleniu przez Colemana upadł tak niefortunnie, że złamał rękę i nie był w stanie podjąć dalszej walki, w efekcie przegrał przez TKO. Burda jaka wybuchła na ringu po gongu z pewnością jest jednym z najbardziej charakterystycznych „bad blood” japońskiego MMA, a sam „Shogun” w wyniku kontuzji musiał pauzować kilka miesięcy. Mauricio na ring powrócił 10-tego września 2006 w pojedynku z Cirille’em Diabate, którego zatrzymał stompami w pierwszej rundzie. W następnej walce, podczas pierwszej gali PRIDE w USA (PRIDE: The Real Deal, 21.10.2006) Rua zmusił do odklepania (balacha na nogę) Kevina Randlemana, natomiast podczas gali sylwestrowej zwyciężył decyzją Kazuhiro Nakamurę. Druga gala w Stanach (PRIDE: Second Comming, 24-ty lutego 2007) przyniosła „Szogunowi” szybki nokaut na Alistairze Overeemie i na tym pojedynku skończyła się, wieszczona Mauricio przez wszystkich, droga na szczyt. Przynajmniej na kilka lat.

Kiedy japoński gigant niespodziewanie upadł Rua – podobnie jak większość zawodników PRIDE – przeszedł do UFC, które szybko wyrosło na największą organizacje świata. 22 września 2007 roku „Shogun” po raz pierwszy w karierze przekroczył próg oktagonu UFC. Jego rywala, zwycięzcę pierwszego sezonu The Ultiamte Fightera  – Forresta Griffina, mimo iż uznawany był za dobrego zawodnika, z góry skazywano na porażkę. Mauricio w wadze półciężkiej – podobnie jak „Cro Cop” w ciężkiej – typowany był na tego, który z przytupem rozgromi całą ówczesna czołówkę UFC i szybko zdobędzie pas organizacji. Analogicznie jak w przypadku Filipovica, i debiut Brazylijczyka był wielkim rozczarowaniem. Rua szybko stracił siły i w oktagonie był jedynie kontrastem dla znakomicie przygotowanego Griffina. Ostatecznie, w trzeciej rundzie Forrest zapiął szczelne RNC i zmusił Mauricio do trzykrotnego klepnięcia w podłoże.

Złośliwy los po raz kolejny dał o sobie znać, gdyż w czasie walki „Szogunowi” odnowiła się kontuzja kolana, której nabawił się podczas przygotowań w wyniku czego musiał przejść poważną operację i do walk powrócił dopiero w styczniu 2009! Zapewnienia, że zmiana klubu (w 2008 roku opuścił Chute Boxe i wraz z bratem założył swą własna akademie – Universiade Da Luta – na Kurytybie) spowodowała, iż będzie przygotowany na 100 procent, okazały się być bez pokrycia. Zawodnik będący jedną noga na emeryturze, Mark Coleman (17-tego stycznia podczas gali w Dublinie doszło do rewanżu obu zawodników) sprawił „Szogunowi” nie lada problemy, a sam pojedynek był jedną z najbardziej żenujących walk dekady. O ile przygotowanie kondycyjne – a właściwie jego brak – dziadka Colemana można jeszcze zrozumieć, o tyle fakt, iż Rua słaniał się na nogach już po dwóch minutach walki jest niezrozumiały i godny potępienia. Gromy, które z ust fanów zleciały na Brazylijczyka, mimo wygranego (TKO pod koniec trzeciej rundy) pojedynku, były uzasadnione.

Podczas UFC 97 w Montrealu formę „Shoguna” przetestować miał wieloletni mistrz dywizji półciężkiej UFC – Chuck Liddell. „Icemana”, który był już bliski końca kariery, stawiano w roli faworyta, jednak przygotowanie Brazylijczyka było w tej walce nieporównywalnie lepsze niż z pojedynku z Colemanem i ostatecznie Mauricio już w pierwszej rundzie znokautował przeciwnika.
Wydawało się, że Rua jest na dobrej drodze do powrotu do formy z PRIDE, jednak największy sprawdzian miał przyjść szybciej niż się spodziewano.

Świeżo koronowany mistrz wagi półciężkiej – niepokonany Lyoto Machida – potrzebował oponenta. Matchmakerzy UFC, z powodu braku innych rywali wolnych w najbliższym terminie (24 października 2009), postanowili zestawić go z „Shogunem”, który po znokautowaniu legendy MMA miał bardzo dobrą prasę.

Praktycznie nikt nie dawał w tej walce szans Mauricio, ba! Uważano, że jego styl walki będzie wodą na młyn dla walczącego z kontry „Dragona”, który bardzo szybko odeśle swego rodaka z powrotem na salę treningową. Jakież było zdziwienie fanów, kiedy w niemal szachowym pojedynku Rua jako pierwszy w UFC zaczął „urywać” Machidzie  kolejne rundy! Doskonale obrana strategia, czyli atakowanie pojedynczymi ciosami i odpowiadanie kopnięciami na proste Lyoto – sprawiła, że sfrustrowany Machida momentami sam zaczął konstruować – nie zawsze skuteczne – ataki.
Co prawda po pięciu rundach sędziowie przyznali zwycięstwo Lyoto (była to jedna z najbardziej wyrównanych walk minionego roku i punktacja w każdą ze stron mogła być równie przekonująco uzasadniona), jednak śmiało można stwierdzić, że dopiero w tej walce „Shogun” pokazał swój talent.

Jako jedyny obnażył słabe punkty Machidy (m.in. przygotowanie kondycyjne) i – tak naprawdę – w tej walce pokazał znacznie więcej niż przez całą karierę w PRIDE. Dostrzegł to także Dana White, który zaraz po walce zapowiedział szybki rewanż obu zawodników, a dojdzie do niego już niebawem – 8-go maja w Montrealu podczas UFC 113!

Jak tym razem potoczy się walka? Czy pas zmieni właściciela?

Bez względu na wynik rewanżowego starcia powrót Mauricio do świetnej dyspozycji przyniósł ogromne pokłady świeżości do – i tak ciekawej – dywizji półciężkiej UFC, a potencjalne rewanże z „Rampagem”, Griffinem czy całkiem nowe zestawienia, np. z Rashadem Evansem – będą niemniej emocjonujące niż druga walka z Lyoto Machidą!

Dalszy ciąg profilu

8 maja 2010 roku „Shogun” jednoznacznie zakończył „erę Machidy”, którą przepowiedział Joe Rogan po zwycięstwie karateki nad Rashadem Evansem. Na UFC 113 nie zostawił decyzji sędziom i w trzeciej minucie pierwszej rundy najpierw skontrował Lyoto prawym sierpowym, a następnie błyskawicznie doskoczył, ustabilizował dosiad i zasypał rywala gradem ciosów. Gdy zobaczył, że jego przeciwnik stracił przytomność, zatrzymał kolejny cios i pozwolił Yves’owi Lavigne’owi przerwać walkę. Warto podkreślić, iż Rua był pierwszym, który kiedykolwiek posłał Machidę na deski. Po walce Mauricio złożył wszystkim mamom życzenia z okazji Dnia Matki, czym zjednał sobie jeszcze bardziej kibiców zgromadzonych w hali Bell Center.

Po walce okazało się, że pojedynek mógł być przesunięty, ponieważ „Shogun” na siedem tygodni przed UFC 113 miał operację żołądka. Zawodnik poinformował w rozmowie z Tatame, iż zarówno Dana White, jak i lekarz odradzali mu udział w tym starciu, jednak reprezentant Chute Box wolał podjąć ryzyko i wszedł do oktagonu.

Wiele osób było zafascynowane postawą Ruy w obu pojedynkach z Machidą i przepowiadało mu świetlaną przyszłość. Do grona tych osób należał również menadżer Mauricia, który widział nowego mistrza w starciach z Randym Couture’em, Quintonem Jacksonem i – co ciekawe – Andersonem Silvą. Wielkie plany spotkały się jednak z rzeczywistością i „era Shoguna” trwała równie krótko, co era poprzedniego Brazylijczyka.

Następnego przeciwnika dla „Shoguna” wyłonił długo oczekiwany pojedynek trenerów TUF-a 10 – Rashada Evansa i Quintona Jacksona. W walce wieczoru UFC 114 lepszy okazał się „Sugar” i to on został zestawiony do walki z mistrzem wagi półciężkiej. Niestety, niedługo potem Dana White poinformował, że Rua jest świeżo po operacji kontuzjowanego kolana, której nabawił się podczas walki z Lyoto Machidą. Był to ten sam uraz, który trapił Brazylijczyka od wielu, wielu lat. W lipcu 2010 roku oficjalnie ogłoszono, iż Mauricio powróci nie wcześniej niż w marcu 2011. Pozostawało czekać.

Pod koniec roku przypomniał o sobie Randy Couture, który – pytany o zakończenie kariery – powiedział, że z chęcią zakończyłby karierę walką z „Shogunem” albo „Dragonem” (dostał tego drugiego i, chyba, bardzo żałował tej prośby).

Na początku stycznia 2011 UFC oficjalnie potwierdziło powrót Ruy w marcu i pierwszą obronę pasa mistrzowskiego w starciu z Rashadem Evansem. UFC 128 miało rozwiązać zestawienie, które ogłoszono ponad dziewięć miesięcy wcześniej. Obaj zawodnicy nie walczyli od tego czasu: „Sugar” czekał na mistrza – ponieważ nie chciał stracić title shota, a „Shogun” leczył kolano. Los jednak za wszelką cenę nie chciał dopuścić do tego starcia i po raz kolejny wszedł UFC w paradę. Na konferencji po gali UFC 126 ogłoszono, że Rashad doznał kontuzji i nie stawi się na cas w oktagonie. Jego miejsce zajął inny zawodnik z obozu Grega Jacksona – Jon Jones. „Bones” miał tylko sześć tygodni na przygotowanie się po pojedynku po pokonaniu Ryana Baderem, ale uznał, iż takich okazji się nie odmawia i podjął rękawicę.
Walkę z mistrzem najpierw zaproponowano odwiecznemu wrogowi Chute Box – Quintonowi „Rampage’owi” Jacksonowi, ale ten odmówił, argumentując, że miałby zbyt krótki okres przygotowawczy, w stosunku do rangi pojedynku.

Na UFC 128 (19 marca) doszło do powrotu „Szoguna”. Mimo młodego wieku (dokładnie 23 lata i 273 dni) wielu przewidywało, iż walkę wygra Jon Jones, który zwyciężał wszystkich swoich dotychczasowych rywali w imponujący sposób. Niestety dla zwycięzcy Grand Prix PRIDE FC, wróżby się sprawdziły. „Bones” został najmłodszym mistrzem UFC, dzięki totalnej dominacji w stójce. W trzeciej rundzie mocno obity „Szogun”, stojąc pod siatką, otrzymał lewy sierpowy na korpus, upadł i nie dał wyboru sędziemu, który oszczędził mu kolejnych ciosów i przerwał walkę.

Zdetronizowany mistrz wagi półciężkiej czekał na kolejny pojedynek pięć miesięcy. 27 sierpnia w Rio de Janeiro Mauricio Rua dostał szansę zrewanżowania się za bolesną i niespodziewaną porażkę, którą przywitał go w UFC (2007 rok) Forrest Griffin. „Szogun” szybko uporał się z rywalem, bo już w pierwszej rundzie pojedynku posłał Amerykanina na deski, a następnie – w swoim stylu – nie dał mu ani chwili na dojście od siebie i doskoczył z serią precyzyjnych uderzeń na szczękę, które pozbawiły przytomności zawodnika z Atlanty. Trzeba jednak przyznać, że tym razem zwycięzca pierwszego cyklu TUF-a wyglądał, jakby myślami był w zupełnie innym miejscu. Nie można się temu dziwić, ponieważ kilka dni wcześniej urodziła mu się córeczka. Niemniej, „Shogun” zaimponował swoim występem i wyglądał jak za najlepszych czasów PRIDE FC.

Kolejna walka, w której wystąpił Brazylijczyk, była pojedynkiem dwóch legend PRIDE. 19 listopada w San Jose na UFC 139 Dan Henderson powrócił do UFC po dwóch latach, które spędził w Strikeforce. Mauricio wystąpił w roli zawodnika, który przywitał byłego zapaśnika w największej organizacji MMA na świecie. Starcie „Shoguna” z „Hendo” było eliminatorem do walki o pas wagi półciężkiej. Trzeba przyznać, że obaj zawodnicy przedstawili nam niesamowity spektakl. Amerykanin przeważał w pierwszej połowie pojedynku, najbliżej zakończenia pojedynku był w rundzie trzeciej, kiedy celnym prawym posłał Brazylijczyka na deski i tam próbował rozbić ciosami w parterze. Rua przetrzymał jednak napór 41-latka i dotrwał do przerwy. Od czwartej rundy zmienił się przebieg pojedynku, Mauricio trafił bardzo zmęczonego przeciwnika potężnym prawym podbródkowym, po którym Henderson musiał ratować się przed porażką. W ostatniej rundzie „Shogun” spędził prawie całe pięć minut w dosiadzie, jednak nie potrafił zakończyć walki przed czasem. Po pięciorundowej wojnie wszyscy sędziowie orzekli wygraną Dana Hendersona stosunkiem 48-47. Żaden z arbitrów nie punktował ani jednej rundy 10-8, a wydawało się, że przynajmniej piąta powinna dostać właśnie taką notę.

Pojedynek został dodatkowo Walką Wieczoru oraz Walką Roku 2011. Kto nie widział, niech szybko nadrobi tę zaległość.

Niedługo potem Rua stwierdził, że jego kolejnym rywalem powinien być Quinton Jackson. UFC przystało na pomysł Brazylijczyka. Jednak jeszcze przed ogłoszeniem numeru gali, na której miałby odbyć się wyczekiwany rewanż za wygraną „Szoguna” w 2005 roku w Pride FC, pojedynek został odwołany, ponieważ „Rampage” musiał przejść operację kolan. Joe Silva postanowił zestawić w zamian starcie między dwoma Brazylijczykami. Na UFC 149 naprzeciwko Mauricia miał stanąć Thiago Silva, który powracał do oktagonu po wypełnieniu kary za podłożenie syntetycznej próbki moczu do badania antydopingowego. Również to starcie nie doszło do skutku, albowiem Silvie po raz kolejny odnowiła się kontuzja pleców.

W końcu udało się zestawić zwycięzcę Grand Prix PRIDE z kimś, kto nie doznał kontuzji przed pojedynkiem i starcie doszło do skutku. Siódmego czerwca UFC ogłosiło, że „Szogun” zmierzy się z Brandonem Verą na gali UFC on FOX w Los Angeles, a jego stracie będzie walką wieczoru. Dodatkowo, Dana White postanowił, że w zależności od tego, jak zaprezentuje się Rua będzie zależało czy to on, czy (również walczący na tej gali) Lyoto Machida dostanie walkę o pas z Jonem Jonesem.

W sierpniu 2012 roku „Shogun” stoczył kolejną ringową wojnę. Nieoczekiwanie, pojedynek był bardziej wyrównany niż przewidywano. Zakończenie emocjonującego pojedynku przyszło w czwartej rundzie, kiedy Mauricio trafił rywala najpierw prawym, potem lewym sierpowym, a następnie posłał Verę na deski kombinacją lewy-prawy. Kolejne uderzenia w parterze wymusiły reakcję sędziego Herba Deana, który przerwał pojedynek. Pomimo wygranej Ruy, Dana White ogłosił, że to Lyoto Machida zaprezentował się lepiej i będzie kolejnym pretendentem do pasa w kategorii półciężkiej UFC.

Tydzień po gali „Shogun” dowiedział się o swoim kolejnym rywalu. Zwycięzca Grand Prix Pride FC miał skrzyżować rękawice z Alexandrem Gustafssonem na gali UFC on FOX: Henderson vs. Diaz, w grudniu 2012 roku. Ze względu na zagmatwaną sytuację w wadze półciężkiej, White poinformował, że starcie z utalentowanym Szwedem będzie pojedynkiem, który wyłoni kolejnego pretendenta do pasa UFC.

Jak można się było spodziewać, młody Szwed pokazał, iż nie jest przeceniany i słusznie stawiany był w roli faworyta. Gustafsson całkowicie kontrolował wydarzenie, które miały miejsce wewnątrz oktagonu. Już w pierwszych sekundach walki posłał Ruę na plecy prawym sierpowym, ale chwilę później musiał bronić się przed skrętówką Brazylijczyka. Niestety, oprócz kilku sierpów, które trafiły w szczękę „Maulera” w drugiej rundzie, Mauricio nie zagroził ani razu młodszemu rywalowi. Sędziowie słusznie wypunktowali walkę na korzyść Gustafssona. To starcie pokazało, iż „Shogun” cały czas jest blisko czołówki, ale raczej nie dojdzie już nigdy do pojedynku o pas wagi półciężkiej.

Jak do tej pory, była to ostatni występ Ruy w oktagonie.

Miesiąc temu poinformowano, że dojdzie do rewanżu z czasów Pride FC. Jednak nie będzie to od dawna wyczekiwane starcie z „Rampage’em”, ale z Antonio Rogerio Nogueirą. Za pierwszym razem zawodnicy spotkali się w 2005 roku w Saitamie. Po bardzo emocjonującej walce lepszym okazał się być „Shogun”, dla którego był to najlepszy rok w jego karierze (niedługo potem wywalczył Grand Prix Pride FC). Ostatnimi czasy „Minotoro” wygląda lepiej i to on będzie faworytem w tym starciu.

Autor „dalszego ciągu”: Shutruk

____________
Wszystkie walki karty głównej UFC, największej organizacji MMA na świecie – oglądaj na żywo tylko na antenie Extreme Sports Channel.
MMAStore-at-MMARocks_MT02