KSW X

Dziesiąta (a właściwie trzynasta) Konfrontacja Sztuk Walki wcale nie okazała się pechowa dla zawodników KSW Team, którzy wszyscy odnieśli zwycięstwa na jubileuszowej gali. Kończąc zdominowany przez KSW na naszej stronie tydzień podsumowujemy wydarzenia piątkowej gali.

W pojedynku, któremu towarzyszyło najwięcej szumu Jan Błachowicz (8-2) zmierzył się z niepokonanym Chorwatem – Maro Perakiem (12-1-1). Błachowicz, dość niespodziewanie, od początku szukał obalenia. Kiedy udało mu się przenieść walkę do parteru i próbował wyciągnąć balachę z bocznej, ale Chorwat się wywinął i wylądował w gardzie Błachowicza i zaczął ground-and-pound, którym jednak nie wyrządził sporej krzywdy przeciwnikowi. Polak jeszcze raz zagroził balachą w pierwszej rundzie ale tym razem Perak szybko cofnął swoją rękę. W drugiej rundzie Błachowicz znów zaczął od skutecznego obalenia i zajścia za plecy. Tym razem nie dał uciec Chorwatowi, zapiął najpierw trójkąt na korpus a potem, po pierwszej nieudanej próbie, zmusił Peraka do odklepania po RNC.

Krzysztof Kułak (20-8-2) pewnie wygrał na punkty z Michaelem Knaapem (16-16-3), ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że męczył się niemiłosiernie z Holendrem. Knaap, zawodnik Golden Glory, nie dostał żadnych szans, żeby pokazać stójkę bo Kułak regularnie go obalał. Wydawałoby się, że w parterze Polak nie będzie miał problemów z skończeniem zawodnika, który został poddany swojego czasu przez Martina Zawadę, ale po każdym obaleniu scenariusz był ten sam – Kułak przechodził do dosiadu, Knaap oddawał plecy, Kułak nie potrafił złapać jakiejś techniki z tej pozycji i Knaap lądował w jego gardzie. Na szczęście nie stwarzało to żadnego zagrożenia bo nawet na swoich plecach Kułak robił o wiele więcej w tej walce niż Knaap z gardy ale opisana wyżej sekwencja powtarzała się podczas dwóch rund przynajmniej kilka razy.

W, moim zdaniem, najlepszym starciu wieczoru skazywany na porażkę Maciej Górski (6-3) po raz kolejny udowodnił, że tanio skóry nie sprzedaje i wygrał wzbudzającą nieco kontrowersji decyzją sędziowską z Bojanem Kosednarem (6-3). Górski posłał Słoweńca na deski już pierwszym ciosem i zaszedł za jego plecy. Kosednar wyszedł jednak z tej opresji i trafił do półgardy Górskiego, który jednak nie dał sobie zrobić większej krzywdy w parterze. Walka zdążyła jeszcze wrócić do stójki w pierwszej rundzie, gdzie ponownie swoją przewagę zaznaczył Górski. W drugiej rundzie Kosednar był znacznie bardziej agresywny, jeśli chodzi o obalenia i nie pozwolił Górskiemu na obijanie go w stójce. O ile obrona przed obaleniami Polaka nadal nie jest na tyle dobra by kompletnie uniemożliwić Kosednarowi takedowny to przynajmniej Słoweniec musiał się przy nich sporo namęczyć co odbiło się na jego kondycji w dogrywce. Nawet zmęczony weteran Sengoku znów jednak rzucił Górskiego na matę i na 10 sekund przed końcem był niemal pewny zwycięstwa. Przez ten czas Polak zadał jednak dwa mocne ciosy, w tym latające kolano, które doszły celu i zapewne przekonały sędziów do przyznania mu zwycięstwa. Osobiście ja, jak i siedzący obok mnie Venom, oceniliśmy walkę na remis. Na szczęście zapowiedź przejścia KSW do systemu 3 rundy po 5 minut pozwoli uniknąć takich sytuacji w przyszłości.

W ostatniej extra-fight Antek Chmielewski (18-4) robił dokładnie to co zapowiedział – mocna stójka, która otwiera drogę do obaleń i w parterze szukanie jakiejś okazji do skończenia walki. Jego przeciwnik, Dion Staring (15-4), obiecywał, że jest dobrze przygotowany do walki, ale po pierwszej rundzie, zdecydowanie na korzyść Chmielewskiego, był już wyraźnie zmęczony. Drugą rundę Chmielewski zaczął mocnym obaleniem ale szybko potem stracił pozycję i wylądował na plecach. Zupełnie tym nie zrażony Polak złapał rękę Staringa i wyciągnął balachę, którą poddał przeciwnika.

Polacy występujący w turnieju mieli już mniej szczęścia, niż ekipa KSW Team. Co prawda Michał Fijałka (5-0) w ładnym stylu wygrał walkę z Matijasem Barićiem (1-2) ale złamana kość sródręcza nie pozwoliła mu na kontynuowanie udziału w turnieju. Fijałka w pierwszej rundzie pokazał swoją stójkę, za co należy mu się uznanie bo kontuzji doznał na pierwszym wyprowadzonym ciosie. W drugiej rundzie wrócił już do tego z czego Berserkers Team jest znany, czyli do walki w parterze. Fijałka dwukrotnie doszedł do dosiadu, Barić oddał mu plecy i „Sztanga” natychmiast wykorzystał tą sytuację poddając Chorwata RNC.

Łukasz Woś (0-2) niestety był jedynym Polakiem, który swój występ na KSW X zakończył porażką. Nazywany „Serbskim Fedorem” Aleksandar Radosavljević (5-1) ksywkę ma bowiem mocno na wyrost. Sprowadzał co prawda Wosia do parteru, poprawiał pozycję ale jego ground-and-pound z pewnością nie doprowadziłby do płaczu żadnej Japońskiej modelki. Woś miał szansę wygrać tą walkę w stójce, gdzie był silniejszy od Serba ale cały czas się cofał czekając na dobrą okazję do kontry, której przez dwie rundy nie wyprowadził. Po 10 minutach sędziowie nie mieli problemów z przyznaniem zwycięstwa Radosavljevićowi.

Powracający do KSW Dave Dalgliesh (29-18-2) szybko uporał się z Antonym Reą (15-11), wygrywając o dziwo przez TKO z powodu ground-and-pound. Dalgliesh obalił klinczującego Reę, wepchnął go w narożnik i kiedy sędzia chciał przenieść zawodników do środka ringu Rea nie był w stanie wykonać tej instrukcji i walka dobiegła końca.

W ostatnim ćwierćfinale Petr Ondrus (7-4) rozgrzał publikę wymianami w stójce z Matteo Minonzio (8-7). Włoch, rzekomy mistrz świata muay thai zupełnie na takiego nie wyglądał chaotycznie atakując Czecha i przewracając się przy każdej próbie założenia tajskiego klinczu. Ondrus był o wiele skuteczniejszy w ofensywie i robił dobry użytek z kopnięć. Minonzio nie pokazał nic oprócz kontrowersyjnych tatuaży i decyzją sędziów już po pierwszej walce wrócił do domu.

To, czego nie mógł dokonać Łukasz Woś, szybko udało się Dave’owi Dalglieshowi w walce półfinałowej przeciw Aleksandarowi Radosavljevicowi. Już po kilkunastu sekundach prawa ręka Dalgliesha trafiła tam gdzie miała i posłała Serba na deski. Radosavljevic jakoś się pozbierał i nawet zdążył jeszcze obalić Holendra ale ten cios oprócz knockdownu spowodował też poważne rozcięcie łuku brwiowego i w połowie rundy cała twarz Serba i klatka Holendra były czerwone od krwi tego pierwszego. Wybierając bezpieczną opcję sędziowie zadecydowali o przerwaniu walki i ogłosili Dalgliesha zwycięzcą przez TKO.

W drugim półfinale kontuzjowanego Fijałkę przeciw Ondrusowi zastąpił Matijas Barić. Czech bez większych problemów uporał się z Chorwatem, który, przez niezdecydowanie sędziego rignowego, dołączył do wąskiego grona zawodników nokautowanych w jednej walce więcej niż raz. Najpierw Ondurs trafił potężnym prawym i zaczął już cieszyć się z wygranej by, dopiero po kilku sekundach, usłyszeć od Roberta Kosteckiego, że walka nie jest skończona. Ondrus wrócił więc i definitywnie zakończył sprawę kolanem, nokautując kolejny raz Barića.

Finałowa walka zapowiadała się na wymianę ciosów łeb w łeb w stójce i, przez krótką chwilę, rzeczywiście tak było. Niestety zmęczenie Ondrusa dało o sobie znać i po jednej z wymian Czech, ku zaskoczeniu publiczności padł na matę z powodu kontuzji a Dalgliesh natychmiast zaatakował i przekonał sędziego do przerwania walki finałowej w dość rozczarowujących okolicznościach.

Ze sportowego punktu widzenia KSW X było bez zarzutu i dopóki Lorenzo Feritta nie zainteresuje się ekspansją do nas (a nic na to, niestety, nie wskazuje) większych nazwisk nie zobaczymy nigdzie indziej. Oprawa wyglądała przyzwoicie choć nie obeszło się bez kompromitujących wpadek. Przede wszystkim zapowiadanie – nie dość, że konferansjer pomylił kolumnę porażek z remisami w pierwszej walce to chyba przez 2/3 gali nie był w stanie nikt go poprawić. Kasta nawet się sprawdza jako nadwiślański Kei Grant ale jeśli organizatorzy upierają się przy zapowiedziach po angielsku to chociaż niech ktoś, kto zna ten język bardzo dobrze je sprawdzi tuż przed galą bo Kaście nie udało się uniknąć kilku błędów językowych. Sędzia ringowy Robert Kostecki po raz kolejny nie miał najlepszego wieczoru, nawet abstrahując od ilości poślizgnięć na macie. Dobrze by było zobaczyć drugiego ringowego na zmianę i nie zaszkodziło by podpięcie mikrofonu by ludzie na widowni wiedzieli dokładnie dlaczego fighterzy wracają do stójki czy dlaczego walka jest przerywana.

Mimo wszystko KSW poczyniło spory postęp od pierwszej gali, którą widziałem (szósta) i generalnie od czasów kiedy wszystko jeszcze odbywało się w Championsie. Pozostaje mieć nadzieję, że w 2009 roku wreszcie uda im się gala zupełnie bez żadnych zgrzytów.

Jedyny człowiek na świecie, który wkręcił się w MMA walką Arlovski vs. Eilers. Poliglota. Entuzjasta i propagator indonezyjskiego przemysłu tekstylnego. Warszawiak od kilku pokoleń i dumny z tego faktu. Nie zawsze pisze o sobie w trzeciej osobie ale kiedy to robi jest to w polu biografia na MMARocks.pl

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.