Zapraszam do zapoznania się z pierwszym wydaniem nowej serii artykułów na MMARocks pod tytułem „Historyczny szlak MMA”. W każdym z wpisów będę opisywał najważniejsze etapy w historii naszego ukochanego sportu. Od samych początków, przez erę UFC i Pride, aż do czasów teraźniejszych. Dzisiaj zaczniemy od opisania początków brazylijskiego jiu-jitsu, jednego z głównych filarów MMA już od kilkudziesięciu lat.

Wstęp

Rio de Janeiro, znane również jako „A Cidade Maravilhosa”, czyli po portugalsku „cudowne miasto”. Tropikalny raj z jednymi z najpiękniejszych plaż na świecie. Miliony turystów odwiedzają to miejsce każdego roku i korzystają z gorącego klimatu, opalając się i sącząc drinki z palemką na rozgrzanym piasku. Jednak Rio de Janeiro posiada również drugą o wiele ciemniejszą stronę. To brazylijskie miasto jest jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na Ziemi. Dzisiaj przemoc często prowadzi tam do morderstwa, ale w latach 80 walka wręcz rozwiązywała większość porachunków. Największy postrach siał wówczas ród Gracie, rodzina posiadająca obsesję na punkcie pokazywania swojej wyższości nad innymi.

Najsilniejszym z nich był Rickson Gracie, umięśniony uliczny wojownik z niepohamowanym temperamentem i skłonnościami do agresji. Przez lata rodzina Gracie broniła swojego honoru w ringach, dojo, klubach nocnych i na ulicach. W 1988r. Rickson kontynuował rodzinną tradycję, kiedy to wybrał się z ponad 50 osobową grupą swoich uczniów, krewnych i przyjaciół na jedną z plaż i wpadł tam na innego twardego kolesia – Hugo Duarte.

Duarte wyciągnął rękę w kierunku Ricksona, aby się z nim przywitać. Ten jednak miał inny cel, chciał udowodnić, że jest mocniejszy. Nie uścisnął dłoni Hugo, a zamiast tego zdzielił go uderzeniem z otwartej ręki. Była to ogromna obraza i przez lata akt proszenia się o śmierć.

Zanim Rickson Gracie przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, usłyszał że Hugo Duarte i Denilson Maia mają ochotę się z nim zmierzyć. Rickson wybrał się tamtego dnia na plażę, aby skonfrontować się z pierwszym z nich. Gracie uderzył swojego przeciwnika i powiedział „No dawaj”, ten zaś odparł „Nie jestem gotowy”. Rickson zadał kolejny cios i odpowiedział „Teraz już musisz być”. Obaj rzucili się na siebie, a całe zdarzenie zostało sfilmowane.

Gracie wygrał, ale taśma została następnie edytowana w celu pokazania jak największej dominacji Ricksona. Usunięto fragmenty przewagi Hugo Duarte i nagranie zostało później sprzedawane przez Graciech jako nauka samoobrony. Witamy w świecie rodziny Gracie i Gracie Jiu-Jitsu, gdzie niesprowokowana przemoc jest godna podziwu, a najważniejszą rzeczą na świecie jest sławienie swojego nazwiska.

Cała ta historia zaczyna się jednak w zupełnie innym miejscu i czasie, a dokładnie w Tokio pod koniec XIX wieku. Właśnie wtedy japoński ekspert jujutsu, mierzący jedynie 157 cm wzrostu i ważący 40 kg, Jigoro Kano odkrył, że należy trenować nie ciężko, ale rozsądnie.

Łagodna droga

Jigoro Kano był niskim i lekkim mężczyzną, będąc zaczepianym przez większych i silniejszych, został zmuszany do samoobrony. Rozwiązaniem na takie problemy w XIX-wiecznej Japonii było jujutsu, znana od wieków japońska sztuka walki pamiętająca jeszcze czasy samurajów. Oryginalnie, „sztuka łagodności” skupiała się na wszystkim – uderzeniach rękoma, kopnięciach, rzutach, dźwigniach i duszeniach. Była to jedna z ponad tuzina rodzajów sztuk walki, które musiał przyswoić samuraj w trakcie swojego życia, ale jedyna w której nie trzeba było używać dodatkowej broni. Samurajowie jednak byli już na wymarciu. Czasy się zmieniły, amerykański komandor marynarki wojennej Matthew Perry zakończył izolację Japonii, a tamtejsze społeczeństwo zaczęło przeżywać szok kulturowy. Słynny duch Bushido przestał być najważniejszym elementem i wydawał się coraz bardziej niebezpieczny. Wraz z tymi zmianami zaczęło również umierać jujutsu.

W czasach Kano, każda szkoła sztuk walki miała inny cel i nigdzie nie było jednakowego podejścia. Istniały setki szkół jujutsu, a każda z nich posiadała własne tradycje i techniki. Kano był drobiazgowym człowiekiem, bardzo zorganizowanym i rozważnym. Uczył się w różnych szkołach i irytował go stan jujutsu w tamtym okresie. Kano postanowił pożyczyć to co najlepsze od każdej z głównych akademii i stworzyć własną sztukę walki, którą nazwał judo, czyli po japońsku „łagodna droga”.

Jujutsu było tylko sztuką walki, judo stało się również drogą przez życie. Jigoro Kano nie miał najlepszego zdania o ludziach trenujących jujutsu, często byli to zwykli przestępcy lub uliczni fighterzy. Judo, które sam stworzył, opierało się tym samym na ściśle określonych zasadach etycznych. Kano założył swoją szkołę Judo o nazwie „Kodokan”

„Trenerzy i uczniowie Kodokanu musieli być wyjątkowymi przykładami dobrego charakteru i uczciwego zachowania” opowiada historyk dr Keo Cavalcanti. „Każda bójka poza dojo, publiczna demonstracja siły lub każde inne zachowanie które mogło przynieść ujmę szkole, skutkowało zawieszeniem lub wydaleniem z Kodokanu”.

Dzieło Jigoro Kano okazało się strzałem w dziesiątkę. Główne założenia Japończyka wydają się teraz tak banalne, a wówczas była to prawdziwa rewolucja. Judo miało swój własny system pasów, oraz oddzielało adeptów początkujących od zaawansowanych. Pod okiem samego Kano, uczniowie chłonęli wiedzę na temat tej nowej sztuki walki. Przełomowym momentem było stworzenie „randori”, a więc sparingów. To była rzecz, która odróżniła judo od pozostałych sztuk walki. Wszyscy obiecywali naukę śmiercionośnych technik, ale nie było sposobu na przećwiczenie ich w starciu z przeciwnikiem.

Kano rozumiał, że nauka na pełnych obrotach i w kontakcie z innymi uczniami, ale bez tylu groźnych technik, stworzą o wiele bardziej efektywnego wojownika. Wystarczą same rzuty, dźwignie na łokieć i duszenia. Randori nie zezwalało na uderzenie sparingpartnera lub na zbyt wiele dźwigni. One były zarezerwowane jedynie na zajęcia teoretyczne. Każdego dnia studenci w Kodokanie walczyli ze sobą najmocniej jak potrafili, używając technik, które nie wyrządzą zbyt wielu szkód rywalowi. Dzięki sparingom stali się najtwardszymi ludźmi w Japonii i teraz wystarczyło to tylko udowodnić.

Tak jak się zapewne domyślacie, rozpoczęła się rywalizacja pomiędzy Kano, a przestarzałymi szkołami jujutsu. Ludzie szanowali podejście Jigoro Kano, ale zagadką dla nich było to, czy judoka jest w stanie pokonać adepta jujutsu w prawdziwej walce. Szef policji w Tokio zorganizował turniej, wybierając po 15 adeptów z obu szkół. Na dobrą sprawę, przyszłość judo i los całego projektu Kano zależał od wyniku tych zawodów. Zwycięstwo udowodniłoby, że judo jest w stanie stworzyć dobrych wojowników, którzy są zarazem dobrymi ludźmi.

Studenci Kodokanu wygrali 13 z 15 pojedynków. Dwa pozostałe starcia to remisy, gdzie judocy musieli zmierzyć się z o wiele silniejszymi fizycznie rywalami. Judo osiągnęło ogromny sukces.

Maeda

Marzeniem Kano było spopularyzowanie judo na całym świecie. Japończyk podróżował po różnych krajach w celu nauki swojej własnej sztuki walki.  Ciężko pracował również na to, aby judo oficjalnie zostało sportem olimpijskim. Kano uważał judo za sposób na życie, który jest w stanie pomóc każdemu. Wielu studentów Jigoro wyruszyło w świat, aby szerzyć filozofię i system walki judo. Jednym z nich był Mitsuyo Maeda.

Celem misji dla Maedy okazały się Stany Zjednoczone. Jego kompanami w wyprawie byli Soishiro Satake oraz Tsunejiro Tomita, szanowany nauczyciel i weteran policyjnego turnieju z 1886 roku. Zorganizowali oni pokaz w West Point Military Academy w Nowym Jorku, gdzie jeden z zapaśników chciał ujrzeć techniki Japończyków i wyzwał ich do starcia jeden na jednego. Maeda przyjął wyzwanie i momentalnie został obalony przez Amerykanina. W tym momencie nastąpiło pewne nieporozumienie w kwestii zasad walki. Amerykanie myśleli, że kończy się ona w momencie rozłożenia rywala na łopatki, Maeda jednak walczył dalej z pleców i poddał balachą o wiele większego zapaśnika. Następnie zmierzył się z bokserem, którego również pokonał.

Maeda i Tomita jeszcze tego samego wieczoru zostali wyzwani do pojedynku przez ogromnego gracza futbolu amerykańskiego. Amerykanie zwrócili się w kierunku Tomity, starszego mężczyzny, którego szczyt formy już dawno przeminął. Tsunejiro honorowo nie odmówił potyczki. Futbolista przyszpilił judokę do ziemi, który był bezradny wobec większego i silniejszego przeciwnika. To była jedna wpadka, ale mimo wszystko judo uzyskało dużo rozgłosu w USA, a o sztuce Jigoro Kano pisano nawet w gazecie New York Times.

Drogi Tomity i Maedy rozeszły się, kiedy Maeda zaczął działać z profesjonalnymi zapaśnikami i fighterami. Maeda nie był w pełni usatysfakcjonowany wrażeniem jakie pozostawili po sobie w Nowym Jorku. Chciał zostać i zaprezentować siłę judo jak najlepiej potrafił. Nie kierował się filozofią w takim stopniu jak Kano lub Tomita. Postanowił bronić honoru judo w serii pojedynków na macie. Wziął ze sobą japońskiego biznesmena, który oferował 1000 dolarów za pokonanie Maedy.

Walka stała się życiową pasją dla Mitsuyi. Podróżował po Europie i obu Amerykach z grupą japońskich profesjonalnych zapaśników, demonstrując w każdym miejscu sztukę judo. W tamtym czasie stanął w szranki nawet z bokserskim mistrzem wagi ciężkiej, Jackiem Johnsonem. Maeda stoczył ponad 2000 walk i zaliczył tylko kilka potwierdzonych porażek. I to wszystko przy 163 cm wzrostu i 66 kg wagi. Zazwyczaj pogromcami Japończyka byli dużo ciężsi zapaśnicy. Krąży legenda o tym, że Mitsuya Maeda nie przegrał ani jednej walki w której nosił swoje gi.

W Meksyku Maeda był gotów zapłacić każdemu kogo nie obali 100 pesos, a każdemu kto obali jego aż 500 pesos. Nikt nigdy nie zgarnął nagrody, a Mitsuya uzyskał reputację twardego hombre.  Meksykańcy fani byli podekscytowani, kiedy odwiedził ich Nobu Taka, aby zawalczyć o tytuł mistrza świata jujutsu z Maedą. Taka zszokował wszystkich, ponieważ wygrał pojedynek, który odbył się 16 listopada 1909 roku. Cztery dni później miał miejsce rewanż, a kursy na obu zawodników diametralnie się zmieniły. Tym razem Maeda z łatwością pokonał swojego przeciwnika oraz odzyskał utracony respekt. Nobu Taka, to oczywiście tak naprawdę Soishiro Satake, przyjaciel Maedy, który wyruszył z nim na wyprawę propagującą judo. Tak właśnie działała ich grupa. Zwiedzanie świata, zarabianie pieniędzy i popularyzowanie judo wśród lokalnej społeczności, nie zawsze w sposób, który pochwaliłby Jigoro Kano.

Na Kubie, Maeda i jego ekipa byli znani jako „Czterej Królowie” i pokonali oni serię twardych kubańskich wojowników. W Hiszpanii Maeda nazywany był „Conde Koma” (Hrabia walki),  a przydomka tego zaczął używać w trakcie dalszych wojaży. W końcu Japończyk dotarł do Brazylii, a tam spotkał polityka o imieniu Gastao Gracie, który zgodził się, żeby Mitsuyo nauczył jego synów walczyć. Właśnie w tym momencie o judo dowiedziała się pewna słynna rodzina…

Rodzina Gracie

„W tamtym czasie zbrodnią przeciwko narodu japońskiego było nauczanie jujutsu osoby nie będącej Japończykiem. Jednak „Hrabia walki” zdecydował się uczyć mojego ojca, pewnie dlatego, że był bardzo szczupły. Maeda nie mógł przypuszczać, że aż tak mocno się to wszystko rozwinie” – opowiada Carlson Gracie. „Mój ojciec był jedynym z braci, który nauczył się jiu-jitsu, później przekazał swoją wiedzę reszcie rodzeństwa, a oni zaczęli trenować swoich synów”.

Powyższe słowa Carlsona są jednak trochę niedorzeczne. Maeda posiadał przyzwolenie na naukę osób spoza Japonii, mało tego, przecież to był główny cel jego wyprawy po całym świecie! Wszystko to jest częścią swego rodzaju mitu Gracie i chytrego planu rodziny w celu lepszej sprzedaży swojej własnej odmiany judo. Zawsze lepiej brzmi posiadanie sekretnego systemu walki, który znają tylko Gracie, niż prawda o byciu kolejnymi uczniami japońskiego mistrza, którzy mają po prostu większy talent i predyspozycje od innych. Rodzina pozostaje nieugięta na swoim stanowisku, że są praktykantami jiu-jitsu, a nie judo, a Maeda nauczył ich pradawnych technik, a nie sztuki wymyślonej przez Jigoro Kano. Wydaje się to dosyć nieprawdopodobne, skoro Maeda nauczał judo w różnych zakątkach Ziemi, a system walki Gracie był uderzająco podobny właśnie do judo. Istnieje trochę zamieszania dotyczącego mówienia „jujutsu” zamiast „judo”. W czasach Maedy oba określenia były jednoznaczne i wymienne, ponieważ judo Kano uchodziło po prostu za jedną ze szkół jujutsu. Nieważne jednak jak Maeda nazywał tę sztukę walki, jest bardzo małe prawdopodobieństwo, że nauczył rodzinę Gracie czegoś innego niż judo.

Renzo Gracie w swojej książce napisał: „Maeda nauczył Carlosa wspaniałych metod treningowych znanych jako judo z Kodokanu, które skupiają się na walce w parterze i sparingach. Nauczył go również wielu poddań, które nie zaliczały się do judo. Maeda spotkał się z wieloma różnymi stylami walki podczas podróży po świecie i nie ograniczał swoich nauk jedynie do technik z judo. Jedno ze zdjęć pokazuje Maedę bez swojego tradycyjnego gi i podczas użycia ruchów z zachodniego catch wrestlingu, half nelsona oraz hammer locka. Maeda regularnie startował w catch wrestlingu będąc w Anglii i nie podlega dyskusji fakt, że zaadaptował do swojego stylu przydatne rzeczy z innych systemów walki”.

Carlos Gracie trenował pod okiem Japończyka przez 4 lata, ale jak na wędrowca przystało, Maeda w końcu przeniósł się do innej części Brazylii. Carlos nie zapomniał jednak o naukach od judoki i zaczął przekazywać świeżo poznaną wiedzę swoim braciom: Osvaldo, Gastao oraz Jorge. Jego najmłodszy brat, Helio, był uznawany za zbyt chorowitego by uczestniczyć aktywnie w treningach, ale zawsze siedział na macie obok rodzeństwa i dokładnie studiował każdy ruch.

„Po nauczeniu się jiu-jitsu od Maedy, mój ojciec postanowił, że poświęci temu całe swoje życie. Zaczął motywować swoje rodzeństwo do stworzenia niepokonanej grupy „Braci Gracie” – opowiada córka Carlosa, Reila Gracie. To był moment powstania Gracie jiu-jitsu i zarazem machiny propagandowej prowadzonej przez rodzinę.

„Mój ojciec przeprowadził się do Rio de Janeiro w 1925 roku, gdzie otworzył pierwszą szkołę jiu-jitsu w kraju. To był czas, w którym Carlos i jego bracia stanęli przed wyzwaniem ukazania wyższości jiu-jitsu nad innymi sztukami walki. Ojciec zawsze starał się utrzymać jak najlepsze stosunki z prasą. Dzięki temu, jego zwycięstwa zawsze lądowały na pierwszych stronach gazet. To było bardzo istotne w kwestii popularności całej rodziny w Brazylii.” – wspomina Reila.

Maeda wyznaczył drogę Carlosowi, teraz w rękach Brazylijczyka została dalsza nauka i progres. Pod koniec lat 20 ubiegłego wieku rodzina Gracie czuła się już na tyle pewnie w swojej sztuce, że była gotowa na przyjęcie wszystkich chętnych do walki. Rozwijali oni swoją reputację ludzi z którymi nie należy zadzierać, gdy Carlos i George wygrywali kolejne pojedynki o dobry honor familli. Carlos zaczął umieszczać ogłoszenia w gazetach, wyzywające każdego twardego kolesia w Brazylii. „Jeśli chcesz mieć złamaną rękę lub żebro, skontaktuj się z Carlosem Gracie lub jego braćmi pod tym numerem telefonu!”.

Tak naprawdę przez przypadek Gracie jiu-jitsu rozwinęło się w tak ogromnym stopniu, a nie pozostało zwykłą odnogą judo. Pewnego popołudnia Mario, dyrektor banku Brazylii, przybył na zajęcia Carlosa, którego jednak nie zastał na miejscu. Jego młodszy brat Helio poprowadził trening i zmienił historię sportów walki już na zawsze.

Nowator

Ciężko sobie wyobrazić, że Helio uważany był za najlepszego zawodnika Vale Tudo w całej Brazylii. Schorowany młodzieniec, który wcześniej był zbyt słaby, aby ćwiczyć ze swoimi braćmi. George i Carlos byli wysportowanymi i większymi mężczyznami. Helio ważył zaledwie 64 kilogramy i musiał znaleźć swój własny styl. W wielu aspektach przypominał Jigoro Kano, małego zawodnika jujutsu, który musiał odkryć sposób na efektywną walkę z dużymi i ciężkimi rywalami. Helio również należał do rewolucjonistów, odrzucał najmniej skuteczne techniki i ulepszał najlepsze ruchy, których nauczył się z judo.

„Zaadaptowałem jiu-jitsu do swojej charakterystyki. Byłem słaby i lekki. Nie byłem w stanie robić tego co mój brat Carlos, ponieważ jego jiu-jitsu opierało się na sile, a ja jej nie posiadałem. I wtedy stworzyłem coś, co jest znane aż do teraz. Doprowadziłem do perfekcji wadliwe techniki mojego brata, specjalnie dla mniejszych osób. Użyłem do tego  podstawowych zasad fizyki, takich jak siła i dźwignie.” – tłumaczy Helio Gracie.  „Dla przykładu: nie dasz rady podnieść auta przy użycia samych rąk, ale jeśli weźmiesz lewarek to się uda. Właśnie coś takiego zrobiłem. Odkryłem układy dźwigni, które optymalizują siłę. Moje modyfikacje sprawiły, że jiu-jitsu stało się mocniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Brazylijskie jiu-jitsu, które znacie dzisiaj jest moim jiu-jitsu”.

Helio skoncentrował się na walce parterowej. Wiedział, że z racji swoich gabarytów często będzie lądował na plecach i skupił się na wygrywaniu właśnie z tej pozycji. Spędził wiele czasu na doskonalenie swojej gardy i kontrolowanie przeciwnika nogami oraz biodrami. Całe jiu-jitsu bazowane było na prawdziwych doświadczeniach rodziny Gracie z ringów i innych pojedynków. W większości sportów grapplingowych, takich jak zapasy czy nawet judo, leżenie na plecach jest przegraną pozycją. Tusz, czyli przygwożdżenie przeciwnika łopatkami do ziemi, jest główną drogą do zwycięstwa. W prawdziwym życiu nie zmusi to jednak każdego do poddania się, więc Gracie całkowicie pominęli ten element. Znalezienie się za plecami rywala nie jest kluczową pozycją w zapasach i judo, ale według Gracie jest to najłatwiejszy sposób na poddanie kogokolwiek i skupili się na tym punkcie. Piękne w swojej prostocie.

Prawdziwym geniuszem rodziny była ich strategia. Poddania i duszenia istniały już wcześniej w jujutsu oraz judo, ale to co odróżniło jiu-jitsu Helio, to przystosowanie do sytuacji, które mogą się przytrafić w realnym starciu. Kluczem Gracie jiu-jitsu nie był jak największy wachlarz technik kończących, ale rozwijanie wiedzy o pozycjach dominujących i kontroli w parterze.

Renzo Gracie w swojej książce napisał: „Gdy dwójka wojowników znajdzie się na ziemi, mogą oni znaleźć się w różnych kombinacjach pozycji. Dzielą się one na te bardzo dobre lub bardzo złe. Pomiędzy nimi znajdują się pozycje mniej lub bardziej neutralne, w których nikt nie ma zauważalnej przewagi. Gracie rozwinęli zestaw umiejętności, który pozwala na przechodzenie z jednej pozycji w drugą, uciekanie z tych złych i utrzymywanie tych dobrych. Nauczyli się, że pozycja i jej kontrola są kluczami do zwycięstwa podczas walki w parterze.”

The Gracie Challenge

Ludzie mimo wszystko nie akceptowali słów rodziny Gracie, że ich jiu-jitsu jest najlepszym systemem samoobrony na świecie. Helio i jego bracia musieli udowodnić swoje ogromne umiejętności na ringu.

Helio powiedział: „Wyzwanie Gracie było sposobem na ulepszenie naszego systemu i pokazanie wszystkim jak dobre są nasze techniki. To nie było kwestia ego ani nic osobistego. Jeśli spojrzysz na to z właściwej perspektywy, to wyzwanie było stworzone dla nas, żeby dostarczyć nam kolejnych trudności i umożliwić rozwój technik oraz strategii do zwalczania innych systemów walki. To nigdy nie była sprawa osobista. Kiedy walczyłem, zawsze miałem powód. Powodem było udowodnienie efektywności metod jiu-jitsu, które sam rozwijałem. Nigdy nie robiłem tego dla pieniędzy. Dzisiejsi fighterzy walczą przede wszystkim dla pieniędzy i to jest ich jedyny cel”.

Helio, podobnie jak jego syn Royce, swój pierwszy profesjonalny pojedynek stoczył z bokserem, miał wówczas tylko 19 lat. Royce w dwie minuty pokonał Arta Jimmersona podczas UFC 1, a Helio w 30 sekund rozpracował Antonio Portugala. Następna walka pioniera BJJ była już o wiele trudniejsza. Brazylijczyk i zawodnik catch wrestlingu Fred Herbert walczyli przez ponad 2 godziny zanim rozdzieliła ich policja. Gracie zremisował również w starciu z Władkiem Zbyszko, mistrzem świata zapasów z Polski. Najsłynniejszym przeciwnikiem Helio Gracie był jednak reprezentant siostrzanej sztuki walki, mistrz świata judo Masahiko Kimura.

Kimura

Podczas UFC 1, komentatorzy szybko wygłosili mit dla widzów: „Royce Gracie wkraczając do oktagonu wniesie ze sobą 65 lat tradycji. Właśnie przez ten okres rodzina Gracie pozostaje niepokonana w walkach bez zasad”.

Tak ruszyła propaganda, że Royce pochodził z rodziny niepokonanych mistrzów. Oczywiście szybko pojawiły się też niewygodne pytania. Gracie pokonali masę przedstawicieli innych stylów, ale obok tak perfidnego kłamstwa nie można było przejść obojętnie. Każdy członek rodziny był odważnym wojownikiem, ale daleko im do niezwyciężonych.

Gracie: Jesteśmy niepokonani!
Sceptycy: A Masahiko Kimura?
Gracie: Cóż, Helio wytrwał bardzo długo zanim poległ. Poza tym Kimura był większy od niego, więc liczy się to jako zwycięstwo…
Sceptycy: No dobrze, a Waldemar Santana?
Gracie: Wiecie o tym?
Sceptycy: Tak.
Gracie: No cóż, Helio był już wtedy stary…

Pierwszą porażkę Helio zadał jeden z najwybitniejszych grapplerów XX wieku. Masahiko Kimura był najlepszy w całej Japonii, żaden inny wojownik nie mógł się z nim równać.

„Kimura jest najlepszym fighterem, jaki kiedykolwiek urodził się w Japonii. Był mistrzem swojego kraju z tuzin razy” – opowiada Doug Rogers, srebrny medalista olimpijski w judo. Kimura pozostawał niepokonany w sztuce Jigoro Kano przez 13 lat, ale koszty leczenia jego żony na gruźlicę okazały się zbyt duże i Japończyk zwrócił się w kierunku profesjonalnego wrestlingu. Wrestling skierował go najpierw na Hawaje, a później do Brazylii. W kraju kawy startował trzy razy w tygodniu, zarabiał dużo pieniędzy i nauczał judo gdziekolwiek tylko się pojawił. Prawdopodobnie ostatnia część poprzedniego zdania sprawiła, że Helio Gracie zechciał zmierzyć się z Kimurą, aby udowodnić swoją wyższość. Zasady pojedynku były inne od tych, do których przyzwyczajony był Masahiko. Rzuty i przypięcia nie były liczone, a wygrać można było jedynie przez dźwignię lub duszenie. Zanim jednak Gracie zawalczył z Kimurą, Brazylijczyk zmierzył się wcześniej z Kato, uczniem Kimury, na tradycyjnych zasadach judo. Kato dominował przez ponad 30 minut, ale Helio w końcu udusił go do nieprzytomności. „Nie byłem jedynym, który uważał, że nikt na świecie nie jest pokonać Kimury. Mój brat Carlos martwił się, że nie poddam się pod żadnym pozorem. Bał się, że doznam poważnej kontuzji” – wspomina Helio.

Historia rodziny Gracie o walce z Kimurą zaczyna się rozjeżdżać z  prawdą. Helio twierdził, że Kimura przystał na warunki mówiące o tym, że jeżeli Brazylijczyk wytrzyma więcej niż 3 minuty, to zostanie on moralnym zwycięzcą. Oczywiście na próżno szukać tego punktu w biografii Kimury. Gracie twierdzili również, że Kimura był ogromnym mężczyzną ważącym ponad 100 kilogramów. W rzeczywistości Masahiko mierzył 168 centymetrów i ważył 84 kilo. Rzeczy takie jak te powyższe sprawiły, że czołowy instruktor judo w Brazylii, George Mehdi, nie zwraca zbytniej uwagi na Helio: „Nie lubię walczenia i kłamania. Judo powinno sprawiać, że jesteś lepszym człowiekiem, a nie lepszym fighterem na ulicy”. Mehdi trenował z Kimurą w Japonii i według niego, słynny judoka nigdy nie ważył więcej niż 80-kilka kilo. Zdjęcia obu mężczyzn i nagrania z wydarzenia, które przetrwały, pokazują, że Helio i Masahiko byli mniej więcej podobnych gabarytów. Nie byli natomiast tacy sami w umiejętnościach. Kimura tak wspomina historyczną walkę w swojej książce.

„20 tysięcy ludzi przyszło, aby obejrzeć ten pojedynek, w tym prezydent Brazylii. Helio mierzył 180 centymetrów i 80 kilogramów. Kiedy wszedłem na stadion zobaczyłem trumnę. Zapytałem po co tam stoi, ktoś mi odpowiedział „Helio ją przyniósł, jest dla ciebie”. To było tak zabawne, że prawie wybuchnąłem śmiechem. Kiedy dotarłem na ring, ludzie zaczęli rzucać w moim kierunku surowe jajka. Zabrzmiał gong. Helio złapał mnie i zaatakował o-soto-gari oraz kouchi-gari. Nie ruszyłem się nawet z miejsca i teraz była moja kolej na atak. Rzucałem nim w powietrzu używając o-uchi-gari, harai-goshi, uchi-mata i ippon-seoi. Po 10 minutach rzuciłem nim o-soto-gari, aby wywołać wstrząs mózgu. Mata była jednak za miękka i przez to nie odczuł tak mocno siły uderzenia. Podczas dalszego obalania Helio, myślałem jak by go poddać. Jeszcze raz użyłem o-soto-gari, a jak upadł, przycisnąłem go kuzure-kami-shiho-gatame. Przetrzymałem tak z 2-3 minuty i spróbowałem dusić go przy pomocy brzucha. Helio kręcił głową, próbując złapać oddech. Nie mógł już dłużej wytrzymać i spróbował mnie odepchnąć prostując lewą rękę. W tej chwili złapałem go za lewy nadgarstek moją prawą dłonią i skręciłem jego ramię. To było udegarami. Myślałem, że od razu się podda, ale Helio nie klepał. Nie zostało mi nic innego do zrobienia, jak wykręcić jego rękę jeszcze mocniej. Cały stadion ucichł. Wtedy odgłos łamanej kości rozszedł się po arenie. Helio jednak wciąż nie odpuszczał. Jego lewa ręka była już bezużyteczna. W takim wypadku złapałem ją po raz kolejny, aż złamała się kolejna kość. Helio nadal nie odklepywał. Kiedy złapałem dźwignię po raz trzeci, biały ręcznik wylądował na ringu. Wygrałem przez TKO i moja ręka powędrowała wysoko w górę. Japońscy Brazylijczycy zaczęli mnie unosić w powietrze. Helio pozwolił swojej ręce zwisać bezwładnie, wyglądał na bardzo smutnego i walczącego z bólem”.

Ponad 40 letni Helio przeszedł na emeryturę i skoncentrował się na prowadzeniu Gracie Academy. Powrócił z niej, kiedy instruktor jego własnej szkoły, Waldemar Santana, zaczął walczyć w profesjonalnym wrestlingu dla pieniędzy. Helio uważał, że taka błazenada może przynieść wstyd akademii i zabronił mu występów tego typu. Santana zawalczył jednak w formule Vale Tudo, ale i tak stracił pracę w Gracie Academy. Umieścił wtedy w gazetach kilka komentarzy ubliżających rodzinie Gracie. Helio poprosił, aby je wycofał, ale Santana odmówił. W ten sposób walka pomiędzy nimi była już pewna. Ponownie ruszyła maszyna PR-owa familii, przedstawiająca Waldemara jak monstrualnego faceta, podczas gdy był po prostu dobrze zbudowanym, 88-kilowym zawodnikiem. Ich pojedynek w 1955 roku trwał przez ponad 3 godziny, zanim Santana znokautował Helio kopnięciem w głowę. Santana odesłał go z powrotem na emeryturę, a Gracie zostali zmuszeni do bronienia honoru całej rodziny.

Wolny duch

Kiedy Santana znokautował Helio, pierwszy do ringu wkroczył jego bratanek Carlson Gracie. On i Santana byli bliskimi przyjaciółmi, ale teraz rzeczy się zmieniły. Kiedy rodzina doznała ujmy na honorze, Carlson postanowił, że musi to naprawić. Był jedyną osobą, która jest w stanie to zrobić. Najlepszym zawodnikiem w akademii był syn Carlosa, Robson, ale on ważył zaledwie 57 kilogramów. Tylko Carlson miał jakiekolwiek szanse z Waldemarem.

„Byliśmy przyjaciółmi, ale powiedziałem mu „Waldemar, przyjaźnimy się, ale nie mogę ci tego odpuścić. Pokonałeś Helio, a teraz musisz zmierzyć się ze mną. Nie mam nic do ciebie, ale spotkamy się w ringu. Zniszczę cię!”. I udało mi się” – wspomina Carlson Gracie. „Stoczyłem z nim 6 pojedynków, 4 razy wygrałem, 2 razy zremisowałem. Był twardym gościem. Gdyby żył dzisiaj, byłby jednym z najlepszych zawodników. Gdyby nie ja, rodzina Gracie zajmowałaby się teraz sprzedażą bananów”.

Walka miała miejsce 3 sierpnia 1956 roku przed 40000 widzów na Maracananzinho Stadium.

Carlson kontynuuje: „To była naprawdę brutalna batalia. 39 minut ciągłej walki. Waldemar miał świetną wytrzymałość. To jest jedna z najlepszych walk MMA w historii. Przegrał, ponieważ nie był w stanie kontynuować. Krwawił zewsząd i jego narożnik rzucił ręcznik, obawiając się, że zginie”. Podobno manager Santany powiedział: „Wolę żywego przyjaciela, niż odważnego, ale martwego”. Oglądając urywki tego pojedynku, faktycznie można mieć wrażenie, że obaj panowie przewyższyli wiele walk, które mamy okazję oglądać w dzisiejszych czasach.

Carlson odzyskał honor rodziny i Gracie skupili się teraz na rozwoju sportowego jiu-jitsu. W latach 70 popularne stały się pojedynki Vale Tudo, ale Gracie już w nich nie uczestniczyli. Nie musieli nic udowadniać. „Zawodnicy jiu-jitsu nie musieli już startować w takich walkach, aby udowodnić, że jiu-jitsu jest skuteczną metodą walki i samoobrony” – opowiada Carlos Gracie Jr. „Wszyscy wiedzą, że tak jest. Mój ojciec powiadał, że gdy jiu-jitsu zostanie zaakceptowane, nie będzie już potrzeby startowania w wyzwaniach i Vale Tudo. Robiliśmy to dla szacunku i uznania, nie dla pieniędzy”.

Gracie prawidłowo przewidzieli dalsze losy. Brazylijscy politycy zakazali walk bez zasad i Vale Tudo umarło na lata. Nowym zajęciem było sportowe jiu-jitsu, a Carlson został w nim mistrzem.

Helio zawsze kierował się ideologią. Chciał, żeby dzięki jiu-jitsu słabsi i mniejsi wygrywali z silniejszymi lub chociaż z nimi nie przegrywali. Wymagał, aby jego uczniowie przeszli przez konkretny program nauki, obrony, obalania, przetaczania, przechodzenia pozycji i poddawania. Carlson był inny. Dla niego jiu-jitsu było grą, a liczyła się tylko wygrana.

Życie dalej toczyło się w Brazylii, Gracie uprawiali swój sport, surfowali i robili na co mieli ochotę. Wszystko pozostawało bez zmian, aż w końcu Rorion Gracie zechciał przeżyć amerykański sen. Gracie jiu-jitsu musiało zbudować swoją pozycję w nowym kraju. Nadszedł czas wskrzeszenia „Wyzwania Gracie”…

28 KOMENTARZE

  1. :antonio:

    Setki razy czytałem na przełomie 15 lat o Gracie, ale pierwszy raz chyba nie była to jednostronna przygotowana formułka o niezwyciężonych, zajebistych i w ogóle naj.

    Zajebiście się czytało. Coś pięknego.

  2. Fajnie poczytac troche wiecej o tym, ze to nie tylko historia honoru i dumy ale przede wszystkim kompleksow, klamstwa i niskich pobudek.

    Mam nadzieje ze dorobisz sie wiecej niz 500 zl miesiecznie

  3. Fajnie poczytac troche wiecej o tym, ze to nie tylko historia honoru i dumy ale przede wszystkim kompleksow, klamstwa i niskich pobudek.

    Dla jednych to zajebisty marketing, dla innych to półlegenda grubymi nićmi szyta.

    Faktem jest, że wyolbrzymiali i przekłamywali niektóre wydarzenia, ale nie zmienia to faktu, że skubańce stworzyli (a raczej gruntownie przemeblowali starą) rzeczywiście skuteczny i sprawdzony w rzeczywistości  styl walki.

  4. Przy okazji PRIDE GP 2000 i pojedynku Royce'a z Sakurabą przybliżyłem pokrótce historię BJJ i samych Gracie, ale co tu odjebał @Cactus to czapki z głów. Gracie to zasłananie się wygodnymi dla nich faktami mają wpisane we krwi, bo przecież Royce zażądał specjalnych reguł w swoim pojedynku z Saku i nawet ugruntowywał je swoją wagą.

    Podobnie było w walce Kimura – Helio.

  5. Przy okazji PRIDE GP 2000 i pojedynku Royce'a z Sakurabą przybliżyłem pokrótce historię BJJ i samych Gracie, ale co tu odjebał @Cactus to czapki z głów. Gracie to zasłananie się wygodnymi dla nich faktami mają wpisane we krwi, bo przecież Royce zażądał specjalnych reguł w swoim pojedynku z Saku i nawet ugruntowywał je swoją wagą.

    Podobnie było w walce Kimura – Helio.

    To generalnie sięga dalej, bo jak Japończycy przyjechali do Europy i USA promować judo, to nie godzili się na walki bez kimon, tak jak to było w zwyczaju w zapasach – a przecież walczyć chcieli na gruncie zapaśniczym. Nie chcieli się godzić nawet na to, że oni będą w gi a rywale bez. Jest to oczywiście zrozumiałe, bo bez gi odchodzi im z 50% technik lol, ale nieco śmieszne. Tym bardziej, że i tak bardzo szybko dostali wpierdol nawet w gi i to nie przez tusz (jak się wygodnie mówi) a przez ciężki wpierdol właśnie. Taki karzeł Olsen jak z Ono walczył w 1905 roku (jeśli mnie pamięć nie myli), to po walce gazety pisały, że "Olsen dosłownie zrobił z lewej połowy twarzy Ono papkę". A walka była w gi. Potem się jeszcze pultali i manager Japończyka domagał się NC i zwrotu kasy z zakładów, jebaniutki, aż do prezydenta USA przez konsula chciał się w tej sprawie dostać (sic!). Już nie mówiąz o tym, jak Ad Santel im zrobił jesień średniowiecza w USA i jak zabrałko judoków do bicia to pojechał do Japonii na własny koszt, aż sam Jigoro Kano zabronił judokom walczyć z nim z obawy przed kompromitacją szkoły.

    Z drugiej strony taki Maeda legitnie napierdalał się bez gi i gros jego technik to catch-as-catch-can ewentualnie zmodyfikowane techniki judo. Wielu było bardzo dobrych zawodników ale propagandy równie dużo i to od zawsze.

  6. Mam nawet ten fragment o walce Olsena z Ono przetłumaczony z kaiżaki Marka S. Hewitta, bo kiedyś na FB dawałem.

    “Reprezentanci jujutsu nalegali, aby pojedynki odbywały się na zasadach jujutsu – koniecznie w ‘gi’ (kimonach). Gdy Olsen spytał, co konkretnie oznaczają ‘zasady jujutsu’ na których wkrótce miał zmierzyć się z Ono, Schoenfeld odpowiedział, że ‘każdy musi troszczyć się o siebie i wszystko może być dozwolone’. Miał to być więc pojedynek ‘anything goes’ jakich w catch-as-catch-can było wiele. […] Zapaśnik agresywnie spojrzał na Ono, uderzył go ‘z główki’ i zaczął pracować nad chwytem. Japończyk wykonał obalenie, chwycił Olsena w pół-nelsona i starał się położyć go na łopatkach. Amerykanin odbił się jednak z niespotykaną siłą, oswobadzając się jednocześnie powrócił na nogi. Catch wrestler natychmiast sklinczował i po raz kolejny uderzył rywala głową, na co judoka odpowiedział kolejnym obaleniem – Olsen był jednak na nie gotowy i natychmiast odskoczył od większego przeciwnika.

    Tłum dziko wrzeszczał. Brutalna gra Olsena coraz mocniej rysowała się na twarzy Japończyka: była ona napuchnięta i posiniaczona. Kolejne minuty sprawiały, że Ono krwawił coraz mocniej i mata oraz ubranie Olsena były pokryte jego posoką. W pewnym momencie menedżer Azjaty – pan Hirano, zaczął krzyczeć: ‘faul!, to był faul!’ – lecz zapaśnik kontynuował karcenie judoki. Zdesperowany Hirano wkroczył w końcu między liny, chcąc dostać się pomiędzy walczących. Olsen zauważył go jednak i potężnym kopnięciem posłał go z powrotem za ring. Zgromadzona publika była w ekstazie, wiwatowała dziko. Amerykanin zapiął swój firmowy chwyt na obojczyku rywala i zaczął go okładać niemal do nieprzytomności. Schoenfeld pozwolił Hirano podejść do swojego człowieka i zapytać go, czy chce się poddać, lecz odmówił. Niemniej kilka kolejnych minut poniewierania z ręki Olsena sprawiło, że judoka dotoczył się do swojego narożnika i uznał pierwszy 'fall' (koniec rundy). To było po godzinie i dziesięciu minutach od rozpoczęcia pojedynku. Oczy Ono były napuchnięte i posiniaczone, na jego twarzy widniała krew i rany. Jedna z gazet komentując starcie napisała, że Olsen ‘dosłownie roztrzaskał prawą stronę twarzy Japończyka na krwawą papkę.’ Hirano towarzyszył zawodnikowi w drodze do szatni, aby ten odpoczął przed kolejną potyczką, lecz ostatecznie judoka nie stawił się już w ringu. Stojący w swoim narożniku Olsen został ogłoszony zwycięzcą.

    Hirano natychmiast zaczął oskarżać Olsena o celowe faulowanie: uderzanie, kopanie, wyłamywanie palców (stawy śródręczno-paliczkowe Japończyka faktycznie były przemieszczone), lecz Amerykanin odparł, że Ono bez wahania złamałby jego rękę, gdyby tylko zdołał. […] Hirano nie poprzestał jednak na oskarżeniach i sprawę skierował do japońskich oficielów w Waszyngtonie, chcąc, aby trafiła ona do prezydenta Theodore’a Roosevelta. Zajście skomentował ‘North Carolina Newspaper’ pisząc, że: ‘Niedawny, tak zwany zapaśniczy mecz w Asheville pomiędzy Ono (Jap.) a Olsenem był krwawy jak żadna inna zawodowa walka. Japończyk został w niej tak bardzo skarcony, że społeczność w mieście przelała na niego ogrom sympatii, a ci, którzy przegrali w zakładach pieniądze zaczęli donosić o rzekomych faulach i złym traktowaniu przyjezdnego. Najbardziej niedorzeczną kwestią jest natomiast próba dotarcia do prezydenta Theodore’a Roosevelta podjęta przez pana Hirano – menadżera Ono. To dziecięca zabawa, która na szczęście została przerwana przez japońskiego ministra w Waszyngtonie, który zignorował temat. Ono jest ekspertem jujutsu i tak długo jak wygrywał, wszystko było w porządku. Trafił w końcu na większego brutala i przegrał… powinien się wstydzić.’”

  7. Mam nawet ten fragment o walce Olsena z Ono przetłumaczony z kaiżaki Marka S. Hewitta, bo kiedyś na FB dawałem.

    “Reprezentanci jujutsu nalegali, aby pojedynki odbywały się na zasadach jujutsu – koniecznie w ‘gi’ (kimonach). Gdy Olsen spytał, co konkretnie oznaczają ‘zasady jujutsu’ na których wkrótce miał zmierzyć się z Ono, Schoenfeld odpowiedział, że ‘każdy musi troszczyć się o siebie i wszystko może być dozwolone’. Miał to być więc pojedynek ‘anything goes’ jakich w catch-as-catch-can było wiele. […] Zapaśnik agresywnie spojrzał na Ono, uderzył go ‘z główki’ i zaczął pracować nad chwytem. Japończyk wykonał obalenie, chwycił Olsena w pół-nelsona i starał się położyć go na łopatkach. Amerykanin odbił się jednak z niespotykaną siłą, oswobadzając się jednocześnie powrócił na nogi. Catch wrestler natychmiast sklinczował i po raz kolejny uderzył rywala głową, na co judoka odpowiedział kolejnym obaleniem – Olsen był jednak na nie gotowy i natychmiast odskoczył od większego przeciwnika.

    Tłum dziko wrzeszczał. Brutalna gra Olsena coraz mocniej rysowała się na twarzy Japończyka: była ona napuchnięta i posiniaczona. Kolejne minuty sprawiały, że Ono krwawił coraz mocniej i mata oraz ubranie Olsena były pokryte jego posoką. W pewnym momencie menedżer Azjaty – pan Hirano, zaczął krzyczeć: ‘faul!, to był faul!’ – lecz zapaśnik kontynuował karcenie judoki. Zdesperowany Hirano wkroczył w końcu między liny, chcąc dostać się pomiędzy walczących. Olsen zauważył go jednak i potężnym kopnięciem posłał go z powrotem za ring. Zgromadzona publika była w ekstazie, wiwatowała dziko. Amerykanin zapiął swój firmowy chwyt na obojczyku rywala i zaczął go okładać niemal do nieprzytomności. Schoenfeld pozwolił Hirano podejść do swojego człowieka i zapytać go, czy chce się poddać, lecz odmówił. Niemniej kilka kolejnych minut poniewierania z ręki Olsena sprawiło, że judoka dotoczył się do swojego narożnika i uznał pierwszy 'fall' (koniec rundy). To było po godzinie i dziesięciu minutach od rozpoczęcia pojedynku. Oczy Ono były napuchnięte i posiniaczone, na jego twarzy widniała krew i rany. Jedna z gazet komentując starcie napisała, że Olsen ‘dosłownie roztrzaskał prawą stronę twarzy Japończyka na krwawą papkę.’ Hirano towarzyszył zawodnikowi w drodze do szatni, aby ten odpoczął przed kolejną potyczką, lecz ostatecznie judoka nie stawił się już w ringu. Stojący w swoim narożniku Olsen został ogłoszony zwycięzcą.

    Hirano natychmiast zaczął oskarżać Olsena o celowe faulowanie: uderzanie, kopanie, wyłamywanie palców (stawy śródręczno-paliczkowe Japończyka faktycznie były przemieszczone), lecz Amerykanin odparł, że Ono bez wahania złamałby jego rękę, gdyby tylko zdołał. […] Hirano nie poprzestał jednak na oskarżeniach i sprawę skierował do japońskich oficielów w Waszyngtonie, chcąc, aby trafiła ona do prezydenta Theodore’a Roosevelta. Zajście skomentował ‘North Carolina Newspaper’ pisząc, że: ‘Niedawny, tak zwany zapaśniczy mecz w Asheville pomiędzy Ono (Jap.) a Olsenem był krwawy jak żadna inna zawodowa walka. Japończyk został w niej tak bardzo skarcony, że społeczność w mieście przelała na niego ogrom sympatii, a ci, którzy przegrali w zakładach pieniądze zaczęli donosić o rzekomych faulach i złym traktowaniu przyjezdnego. Najbardziej niedorzeczną kwestią jest natomiast próba dotarcia do prezydenta Theodore’a Roosevelta podjęta przez pana Hirano – menadżera Ono. To dziecięca zabawa, która na szczęście została przerwana przez japońskiego ministra w Waszyngtonie, który zignorował temat. Ono jest ekspertem jujutsu i tak długo jak wygrywał, wszystko było w porządku. Trafił w końcu na większego brutala i przegrał… powinien się wstydzić.’”

    Interesuje mnie jaka była dysproporcja wagi i wzrostu, bo wynoszę, że spora. Nie chcę tu bronić szkoły judo, ale jednak są różnice których żadna technika nie przeskoczy. Swoją drogą były to ciekawe czasy i ciekawe starcia, dziś co prawda mamy MMA, ale taka czysta rywalizacja Judo vs CACC, Boks vs Karate itd. byłaby interesująca nawet obecnie.

  8. Interesuje mnie jaka była dysproporcja wagi i wzrostu, bo wynoszę, że spora. Nie chcę tu bronić szkoły judo, ale jednak są różnice których żadna technika nie przeskoczy. Swoją drogą były to ciekawe czasy i ciekawe starcia, dziś co prawda mamy MMA, ale taka czysta rywalizacja Judo vs CACC, Boks vs Karate itd. byłaby interesująca nawet obecnie.

    Przewaga była po stronie Japończyka, bo przy 167 cm ważył 93 kg. Olsen to był suchar i na 185 cm ważył ledwie 75 kg. Tu po raz kolejny widać propagandę Gracie, że niby zapaśnicy byli takimi gigantami. Większość była normalnej postury jak Gotch, Santel czy "Farmer" Burns i poza paroma wyjątkami jak nasi bracia Cyganiewicz czy "Rosyjski Lew" Georg Hackenschmidt wielkich dzików raczej nie było. Większość była po prostu dobrze zbudowana, ale każdy walczący czy to judoka czy ktokolwiek był dobrze zbudowany, więc to żaden łamiący argument.

  9. Przewaga była po stronie Japończyka, bo przy 167 cm ważył 93 kg. Olsen to był suchar i na 185 cm ważył ledwie 75 kg. Tu po raz kolejny widać propagandę Gracie, że niby zapaśnicy byli takimi gigantami. Większość była normalnej postury jak Gotch, Santel czy "Farmer" Burns i poza paroma wyjątkami jak nasi bracia Cyganiewicz czy "Rosyjski Lew" Georg Hackenschmidt wielkich dzików raczej nie było. Większość była po prostu dobrze zbudowana, ale każdy walczący czy to judoka czy ktokolwiek był dobrze zbudowany, więc to żaden łamiący argument.

    Bardzo to interesujące i faktycznie wychodzi, że zarówno Japończycy jak i Brazylijczycy nieco zakłamywali rzeczywistość. Aczkolwiek tzw. "fraud'ów" w sztukach walki jest mnóstwo nawet dziś  ekhm… Se ekhm… gal. Wychodzi też z tych relacji, że w tamtym okresie CACC > wszystko inne, ciekawe jakby zrobić konfrontację czystych stylowo fighterów z danych sztuk walki np. z kimś kto tylko nagina Wolną Amerykankę.

  10. Bardzo to interesujące i faktycznie wychodzi, że zarówno Japończycy jak i Brazylijczycy nieco zakłamywali rzeczywistość. Aczkolwiek tzw. "fraud'ów" w sztukach walki jest mnóstwo nawet dziś  ekhm… Se ekhm… gal. Wychodzi też z tych relacji, że w tamtym okresie CACC > wszystko inne, ciekawe jakby zrobić konfrontację czystych stylowo fighterów z danych sztuk walki np. z kimś kto tylko nagina Wolną Amerykankę.

    Nie tylko Japończycy i Brazylijczycy. Wszyscy jak jedna szkoła/styl walki mają tendencję do wyolbrzymiania swoich osiągnięć i której strony byś nie posłuchał, to zawsze wszyscy mają jakieś super historie, wspaniałych niepokonanych wojowników i dużo do powiedzenia na temat innych styli i oczywiście ogrom historii na ten temat :beczka:

  11. Bardzo to interesujące i faktycznie wychodzi, że zarówno Japończycy jak i Brazylijczycy nieco zakłamywali rzeczywistość. Aczkolwiek tzw. "fraud'ów" w sztukach walki jest mnóstwo nawet dziś  ekhm… Se ekhm… gal.

    Nom ta propaganda leciała ze strony przyjezdnych z tego względu, że to zapasy były starym i sprawdzony sportem, i to "nowi" musieli na ich tle wykazywać swoją skuteczność. Zapaśnicy tego nie potrzebowali. I nie mówię tu tylko o CACC czy europejskich stylach, bo przecież w Indiach był to też i jest nadal wielki sport, który miał swoich bohaterów jak np. Wielki Gama – który to zresztą z powodzeniem konkurował w profesjonalnych zapasach.

    Wychodzi też z tych relacji, że w tamtym okresie CACC > wszystko inne, ciekawe jakby zrobić konfrontację czystych stylowo fighterów z danych sztuk walki np. z kimś kto tylko nagina Wolną Amerykankę.

    Z tym CACC > reszta to też nie do końca, bo o ile CACC rozumiemy jako formę walki (no holds barred albo everything goes) to tak, bo to był mega styl zarówno do bitki jak i do oglądania. Ale trzeba pamiętać, że wówczas stylów zapaśniczych było z kilkadziesiąt i często różniły się od siebie bardziej niż dziś wolniak od klasyka czy judo od sambo – polecam sprawdzić na YT cornish wrestling – i wielu z zapaśników nie będąc z CACC świetnie radziło sobie w pro wrestlingu. Nasi bracia Cyganiewicz choćby, wywodzili się z klasyka, Wielki Gama z zapasów indyjskich, a wszyscy byli mistrzami w profesjonalnych zapasach. Oczywiście na pewno musieli zaadoptować techniki i obrony przed nimi, ale w wielu przypadkach nie byli to tacy typowi zawodnicy CACC jak np. Gotch czy Burns. Judocy też zresztą sobie dobrze radzili jak "Hrabia Koma" czy Ito.

  12. Nom ta propaganda leciała ze strony przyjezdnych z tego względu, że to zapasy były starym i sprawdzony sportem, i to "nowi" musieli na ich tle wykazywać swoją skuteczność. Zapaśnicy tego nie potrzebowali. I nie mówię tu tylko o CACC czy europejskich stylach, bo przecież w Indiach był to też i jest nadal wielki sport, który miał swoich bohaterów jak np. Wielki Gama – który to zresztą z powodzeniem konkurował w profesjonalnych zapasach.

    Z tym CACC > reszta to też nie do końca, bo o ile CACC rozumiemy jako formę walki (no holds barred albo everything goes) to tak, bo to był mega styl zarówno do bitki jak i do oglądania. Ale trzeba pamiętać, że wówczas stylów zapaśniczych było z kilkadziesiąt i często różniły się od siebie bardziej niż dziś wolniak od klasyka czy judo od sambo – polecam sprawdzić na YT cornish wrestling – i wielu z zapaśników nie będąc z CACC świetnie radziło sobie w pro wrestlingu. Nasi bracia Cyganiewicz choćby, wywodzili się z klasyka, Wielki Gama z zapasów indyjskich, a wszyscy byli mistrzami w profesjonalnych zapasach. Oczywiście na pewno musieli zaadoptować techniki i obrony przed nimi, ale w wielu przypadkach nie byli to tacy typowi zawodnicy CACC jak np. Gotch czy Burns. Judocy też zresztą sobie dobrze radzili jak "Hrabia Koma" czy Ito.

    Nawiasem mówiąc, są szanse na jakiś Twój tekst o Danielu Mendozie? Bo mnie tym zaintrygowałeś, a chyba wspominałeś, że coś o tym może napiszesz.

  13. Nawiasem mówiąc, są szanse na jakiś Twój tekst o Danielu Mendozie? Bo mnie tym zaintrygowałeś, a chyba wspominałeś, że coś o tym może napiszesz.

    Całkiem spora. W zasadzie jestem w trakcie pisania, choć zmieniłem nieco koncept i temat, przez co tekst będzie dłuższy i mam nadzieje ciekawszy, ale o Mendozie i bare-knuckle bokserach będzie spora część. W ogóle pewnie przeczytają to ze 3 osoby na krzyż, bo mam dopiero 1/3 tekstu za sobą a wyszło mi już 4 strony A4, ale myślę, że warto będzie poświęcić chwilę.

  14. Całkiem spora. W zasadzie jestem w trakcie pisania, choć zmieniłem nieco koncept i temat, przez co tekst będzie dłuższy i mam nadzieje ciekawszy, ale o Mendozie i bare-knuckle bokserach będzie spora część. W ogóle pewnie przeczytają to ze 3 osoby na krzyż, bo mam dopiero 1/3 tekstu za sobą a wyszło mi już 4 strony A4, ale myślę, że warto będzie poświęcić chwilę.

    Szanuję, znowu mogę sobie wmawiać, że mam po co żyć.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.