Fot. Piotr Pędziszewski
Fot. Piotr Pędziszewski

Nasz dobry znajomy Arkadiusz Bartosiak, znany na forum jako aaron22, w styczniowym numerze Playboya popełnił ciekawy profil szefa UFC Dany White. Cały tekst – dzięki uprzejmości autora – możecie znaleźć poniżej:

Wszyscy mamy walkę we krwi

Jest duży, łysy, barczysty i angielskiego słowa na „f” używa zamiast przecinka. Gdyby nie szelmowski uśmieszek, który prawie nie schodzi mu z twarzy, można by się go wystraszyć. Ten facet nie wygląda, ani nie zachowuje się jak ktoś, kto zarządza biznesem, wycenianym na dwa miliardy dolarów. Prędzej można go wziąć za bramkarza z dyskoteki, którym zresztą kiedyś był. Podobnie jak boyem hotelowym i instruktorem boks-aerobiku. Dziś Dana White – bo o nim tu mowa – stoi na czele UFC, czyli największej na świecie organizacji mieszanych sztuk walki. Kim jest człowiek, który wyciągnął MMA z szufladki pod tytułem „bijatyka bez zasad” i wprowadził na salony jako nową dyscyplinę sportową, stając się przy okazji multimilionerem? Czy tylko i wyłącznie bezwzględnym tyranem – jak mówi o nim publicznie jego własna matka?

Karierę Dany łatwo przedstawić jako urzeczywistnienie amerykańskiego snu. Chłopak z ubogiej, rozbitej rodziny robiąc to co kocha, ciężką pracą, uczciwością i talentem powoli, lecz systematycznie, pnie się na finansowy szczyt. Tyle, że taka opowieść nie byłaby ani ciekawa, ani… prawdziwa. Zabrakłoby w niej kobiet, wypadków samochodowych, Mike’a Tysona, spadających z nieba wielkich pieniędzy, uzależnienia od hazardu, grupowego mordobicia, smaku bankructwa, telewizyjnego show, połamanych kości i… mafii – a żeby być w zgodzie z faktami to dwóch mafii. Nie zabrakłoby tylko autentycznej miłości do sportów walki, talentu i tytanicznej, wręcz nadludzkiej, codziennej harówki.

Oskalpowany rajdowiec

Dana White urodził się 28 lipca 1969 roku w Manchesterze – ale tym mniejszym i mniej znanym, czyli amerykańskiej mieścinie w stanie Connecticut. Pani June White rozstała się z wiecznie pijanym mężem i przeniosła do Las Vegas, gdzie samotnie wychowywała syna i jego młodszą siostrę. Wyrabiała nadgodziny jako pielęgniarka, żeby zapewnić dzieciom lepszy start.

Jako przykładna katoliczka z wielodzietnego irlandzkiego domu, matka Dany chciała widzieć swojego pierworodnego (dzisiaj ateistę) jako przykładnego bogobojnego chłopca. Dlatego uciułane z trudem oszczędności przeznaczyła na prywatną, katolicką (a jakże) Bishop Gorman High School. Młody łobuz jednak tak bardzo zalazł tamtejszym zakonnicom za skórę, że z hukiem z tej elitarnej szkoły wyleciał. Wówczas nie zdawał sobie sprawy, że krótki czas, który spędził pod skrzydłami „Biskupa Gormana”, w przyszłości odmieni jego los.

Pani June nie dawała sobie rady z krnąbrnym chłopakiem, którego nie interesowała szkoła tylko trenowanie boksu, oglądanie walk Mike’a Tysona, dziewczyny i szybkie samochody. Któregoś razu 16-letni Dana pożyczył od swojej aktualnej dziewczyny sportowe subaru, żeby poderwać inną dziewczynę. Wioząc nową wybrankę serca tak bardzo przeszarżował, że walnął w słup i wyleciał przez przednią szybę. Po latach w wywiadzie dla amerykańskiego PLAYBOYA wspominał: „Rozbite szkło zdjęło mi wszystkie włosy z głowy razem ze skórą. Kompletnie mnie oskalpowało. Uszkodziłem obydwa kolana i złamałem obojczyk. Nie byłem w stanie się ruszyć. Po jakimś czasie przyjechała karetka i usłyszałem głos lekarza – On już jest martwy. Leżałem na betonie i myślałem – Czyli tak musi wyglądać życie po śmierci. Wtedy lekarz krzyknął – Mam puls! Jeszcze żyje! Całe lato spędziłem w szpitalu”.

Jak tylko młody rajdowiec wydobrzał, matka czym prędzej wysłała go do babci do Levant w stanie Maine, żeby odseparować od złego towarzystwa.
– To było bardzo mądre. Niesfornego chłopaka miała opanować 70-letnia staruszka – drwił Dana po latach. – U babci zacząłem pić na umór i imprezować każdego dnia. Dziewczyny, dziewczyny i jeszcze raz dziewczyny.
Jakimś cudem udało mu się jednak pod okiem staruszki skończyć szkołę średnią.

Bijący boy hotelowy

Po maturze Dana wrócił do Vegas, ale kiedy pani White przeniosła się do Bostonu, jej pierworodny wkrótce za nią podążył i zamieszkał w cieszącej się złą sławą południowej części miasta. To tutaj przyszły król mieszanych sztuk walki zdobywał pierwsze szlify w… walce o przetrwanie.

Jednak początki życia w Bostonie wcale nie zapowiadały niemal tragicznego finału. Dana poszedł na studia w lokalnym University of Massachusetts. Co prawda ich nie skończył, ale przynajmniej liznął nieco akademickiego życia. Żeby się utrzymać chwytał się różnych zajęć. Był bramkarzem w dyskotekach. Pracował na budowach i przy remontach ulic. Do dziś zresztą uważa, że nie ma na świecie cięższej pracy niż zdzieranie i wylewanie asfaltu.

Lepsze pieniądze przyniosła mu dopiero posada boya hotelowego w Boston Harbor Hotel. Jako dobrej klasy amatorski bokser Dana miał spory udział w napiwkach, bo męska obsada obsługi hotelowej dzieliła zyski, walcząc na pięści.
– Zamykaliśmy się w służbowych klitkach i tłukliśmy dopóki, któryś nie miał dość. Jedyną zasadą był zakaz bicia w głowę – wspominał White po latach. – Zarabiałem wtedy jakieś 50 tys. dolarów rocznie. Jak na 20-letniego gówniarza to było więcej niż przyzwoicie, ale nienawidziłem tej roboty z całego serca. Od zawsze marzyłem o pracy związanej z boksem. Dlatego pewnego dnia powiedziałem dość i wyszedłem z hotelu. Wiedziałem, że nie wrócę nawet gdybym do końca życia miał już tylko trzymać na ringu wiadro do spluwania.

Dana nie tylko amatorsko uprawiał boks, ale także jako instruktor uczestniczył w programie resocjalizacji trudnej młodzieży poprzez treningi bokserskie. Ta praca podsunęła mu pomysł na biznes. Zaczął prowadzić w klubach fitness zajęcia z boks-aerobiku. Do tego doszły prywatne lekcje boksu dla zamożniejszych klientów. I być może na tym skończyłby swoją zawodową karierę, gdyby nie… problemy jego młodszej siostry z chłopakiem.

Ogłuszony twardziel

Wiele lat później Dana opowiadał dziennikarzowi amerykańskiej edycji naszego miesięcznika: „Pewien gość obraził moją siostrę. Poszedłem więc do baru, w którym zwykle przesiadywał i zanim zdążyłem mu przyłożyć, już miałem wszystkich jego kumpli na karku. Kiedy odpuścili, wstałem i znokautowałem pierwszego z brzegu. Wtedy znowu zaczęła się jatka. Byłem na tyle głupi, że wciąż się podrywałem i waliłem któregoś w pysk. To był największy wpierdol w moim życiu. Aż nagle pojawił się patrol policyjny. W barze była już tak gorąca atmosfera, że kolesie rzucili się na policjantów. Wszystkich aresztowano”.

Mimo że ledwie uszedł z życiem i niemal stracił słuch w lewym uchu, Dana nie wniósł oskarżenia. To niewiele pomogło. Zwrócił na siebie uwagę niewłaściwych ludzi. Jakiś czas potem na prowadzonej przez niego lekcji boks-aerobiku pojawili się dwaj smutni panowie i w zwięzłych słowach zażądali 2500 dolarów haraczu, za prowadzenie działalności na terenie Whitey’ego.

James „Whitey” Bulger, pierwowzór postaci granej przez Jacka Nicholsona w „Infiltracji”, to facet, z którym nikt w tamtych czasach nie chciał mieć na pieńku – owiany legendą miejscowego Robin Hooda, boss irlandzkiej mafii, z wysoką pozycją na liście najbardziej poszukiwanych przestępców w Stanach. Z takim człowiekiem nie można było zadzierać, mieszkając w południowym Bostonie. Dana jednak nie zapłacił.

– Równie dobrze mogliby zażądać dziesięć razy tyle – wspominał po latach. – 2500 to była dla mnie suma z kosmosu.
White postanowił więc o całej sprawie… zapomnieć. Jednak, jak trzeba się było spodziewać, pewnego dnia odebrał telefon i usłyszał, że na zorganizowanie pieniędzy ma czas „do jutra”.
– Zadzwoniłem do Delta Airlines zarezerwowałem bilet, spakowałem torbę i jeszcze tego samego dnia wyleciałam do Vegas – opowiadał potem. – Zostawiłem za sobą niepozmywane naczynia, sprzęt stereo i niczego nieświadomą dziewczynę.

Kumpel z ławki

Traf chciał, że uciekając przed irlandzkim mafioso, nasz bohater wpadł pod opiekuńcze skrzydła starych znajomych, których więzy krwi łączyły z włoskimi „wise guys”. Ale nie uprzedzajmy faktów.

W Las Vegas White wrócił do tego, co umiał robić najlepiej– prowadzenia zajęć z bokserskiego aerobiku. Biznes szedł nie najgorzej i Dana przymierzał się nawet do otworzenia sieci klubów fitness. Wówczas na weselu starego znajomego przypadkiem wpadł na kumpla ze szkoły – Lorenzo Fertittę. To nie było zwykłe spotkanie, bo i Lorenzo nie był zwykłym kolegą z ławki. On i jego starszy brat Frank odziedziczyli rodziną fortunę i całą sieć kasyn. W Las Vegas nazwisko Fertitta do dziś robi mocne wrażenie. Frank i Lorenzo to potomkowie włoskich emigrantów, którzy w nowym świecie zrobili wielkie kariery w branży… przestępczości zorganizowanej. A pieniądze zbite na prohibicji z sukcesem zainwestowali w hazard.

W jaki sposób ubogi irlandzki chłopak, mógł w dzieciństwie zaprzyjaźnić się z synami włoskiego milionera? Jest tylko jedna możliwa odpowiedź – w prywatnej katolickiej szkole. I tak – dzięki dalekowzroczności matki – marnotrawny syn spadł na cztery łapy, a ściślej rzecz ujmując: bajecznie bogaci koledzy, spadli mu z nieba.

Szybko okazało się, że stara przyjaźń nie rdzewieje. Dana uczył Lorenzo boksu, a po treningach dalej spędzali czas w swoim towarzystwie, czerpiąc garściami z nocnego życia Las Vegas. I tak pewnego razu wpadli na Johna Lewisa, znanego zawodnika MMA, który walczył w Ultimate Fighting Championships, czyli pierwszej amerykańskiej federacji, organizującej walki w oktagonalnym ringu otoczonym siatką, na którym mogli się ze sobą zmierzyć przedstawiciele różnych stylów walki wręcz. Wkrótce Lorenzo i Dana zamiast boksować, tarzali się po macie ćwicząc brazylijskie jiu-jitsu, sztukę walki na chwyty, dźwignie i duszenia. Jak obaj dziś wspominają – to było miłość od pierwszego wejrzenia.

W niedługim czasie przedsiębiorczy Dana został menedżerem dwóch obiecujących zawodników MMA. W jego stajni znalazły się dzisiejsze legendy tego sportu Chuck Liddell i Tito Ortiz. Negocjując ich kontrakty White poznał ówczesnych właścicieli UFC. Szybko zorientował się, że nie cierpią oni na nadmiar gotówki. Organizacja była na sprzedaż. Dana zadzwonił do Lorenzo, ten do swojego brata Franka. W ciągu miesiąca dobili targu. W styczniu 2001 roku za dwa miliony dolarów UFC stało się własnością założonej naprędce spółki Zuffa, w której udziały mieli Frank i Lorenzo Fertitta (po 40 proc.) oraz Dana White (10 proc.). „Zuffa” we włoskim slangu znaczy tyle co „bójka”.

Pod dyktando

– Za 2 miliony dolarów kupiliśmy trzy litery „UFC” i stary drewniany oktagon – wspominał Dana po latach. – Poprzedni właściciel nawet nie pomyślał o domenie „ufc.com”. Była zarejestrowana pod szyldem „User Friendly Computers”. Z jej właścicielem, targowaliśmy się później całymi latami.

W tamtym czasie Ultimate Fighting Championships faktycznie było warte tyle co nic. Senator John McCain, późniejszy kandydat na prezydenta, z sukcesem rozpętał ogólnostanową kampanię na rzecz zakazania „ludzkich walk kogutów”. Ponadto obowiązywał zakaz emitowania w telewizji walk MMA w systemie pay-per-view. Perspektywy na zarabianie w tym biznesie dużych pieniędzy były praktycznie żadne.

Miesiąc po przejęciu organizacji, trójka wspólników została od razu rzucona na głęboką wodę. Trzeba było zorganizować zapowiedzianą już galę UFC 30. I tu od razu dał o sobie znać nietuzinkowy talent i tupet White’a. Od tej chwili wszystko w najdrobniejszych szczegółach miało się odbywać pod jego dyktando. Ktokolwiek miał inne zdanie, natychmiast wylatywał z pracy.

– Uważam, że naszą największą zaletą było to, że nie mieliśmy zielonego pojęcia o organizowaniu walk – tłumaczył później. – Dzięki temu nie mieliśmy złych wzorców. Od lat nienawidziłem promotorów bokserskich. Postanowiłem nie popełnić żadnego z ich błędów. Od początku chcieliśmy, żeby UFC działało nie jak kolejna federacja bokserska, ale jako liga sportowa.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Mimo to, już w czasie swojego pierwszego wywiadu w roli prezydenta Ultimate Fighting Championships Dana buńczucznie zapowiedział, że kiedyś UFC będzie tak potężne jak liga futbolu amerykańskiego NFL, czyli najpopularniejszego sportu w Ameryce. Wówczas go wyśmiano. Dzisiaj już nikomu nie jest do śmiechu, bo MMA pod względem oglądalności wyprzedziło już bardzo popularny w Ameryce hokej.

A na USA świat się przecież nie kończy. Walki UFC są emitowane w 155 krajach świata i komentowane w 22 językach. Łącznie docierają do 500 milionów gospodarstw domowych. White zapowiada, że wkrótce ta liczba wzrośnie do miliarda – wystarczy tylko podbić Indie i Chiny. Już teraz niektóre gale UFC tylko w Brazylii ogląda około 60 milionów widzów. Dana kieruje się prostą logiką, którą wyłożył kiedyś w trzech zdaniach: „Pierwszym sportem w dziejach ludzkości na pewno była walka wręcz. I wierzę, że będzie też ostatnim. To zasada działa wszędzie i my zamierzamy dotrzeć wszędzie”.

Nowy szef nowe zasady

Wieli sukces nigdy nie rodzi się z samego pomysłu. Zuffa nie byłoby wyceniana przez „New York Times” na dwa miliardy dolarów, a bracia Fertitta nie pojawiliby się na okładce „Forbesa”, gdyby nie talent i tytaniczna praca ich szkolnego kolegi sprzed lat. Dana utrzymuje, że od dnia kiedy został prezydentem UFC, nie miał ani jednego wolnego dnia. I choć zapewne przesadza, to raczej niewiele, bo znany jest choćby z tego, że sprawy służbowe załatwia nawet w Boże Narodzenie.

White od samego początku miał wizję i myślał dalekowzrocznie. Wizerunek walk bez zasad, na którym swój biznes budowali założyciele UFC, dla Dany był koszmarem, z którym walczył całymi latami. Zaczął od tego, że z największego wroga swojej organizacji, późniejszego kandydata na prezydenta Johna McCaina, dzięki pr-owemu zabiegowi zrobił swojego sojusznika. White publiczne przyznawał politykowi słuszność, mówiąc: „McCain ma rację. Wprowadźmy zasady. Niech to będzie prawdziwy sport”. Przy okazji skrzętnie pomijając fakt, że związanemu z lobby bokserskim senatorowi, zależało na czymś zupełnie innym, czyli na wprowadzeniu całkowitego zakazu walk MMA.

Pod nowymi rządami UFC szybko się „cywilizowało”. Wprowadzono do regulaminu walk liczne zasady i ograniczenia, między innymi zakaz uderzeń w tył głowy, zakaz atakowania kręgosłupa oraz kopania w głowę przeciwnika, który ma więcej niż dwa punkty podparcia. Jednocześnie White zabiegał u stanowych komisji sportowych o usankcjonowanie nowej dyscypliny.

W ciągu pierwszych czterech lat działalności bracia Fertitta wpompowali w nowy biznes ponad 40 milionów dolarów, ale wobec braku zainteresowania ze strony stacji telewizyjnych, Zuffie i tak groziło bankructwo lub sprzedaż za ułamek poniesionych kosztów. Nie widząc znikąd ratunku Dana zagrał va banque. Namówił braci na wyłożenie kolejnych paru milionów na produkcję telewizyjnego reality show z zawodnikami MMA w roli głównej. Emitowany przez niedużą stację telewizyjną Spike TV „The Ultimate Fighter” okazał się strzałem w dziesiątkę i zmienił bieg historii… amerykańskiego sportu.

Żywa, walcząca reklama

Wyemitowany po raz pierwszy w styczniu 2005 roku program o facetach zamkniętych w jednym domu, którzy następnie walczą ze sobą o kontrakt w UFC, pobił wszystkie rekordy oglądalności Spike TV. Mało tego „The Ultimate Fighter” do dziś jest jednym z najdłużej oglądanych reality show w Ameryce. Niedawno rozpoczęła się emisja 17 już edycji.

Dana White tak tłumaczył fenomen TUFa dziennikarzowi magazynu „Men’s Fitness”: „Najlepszym sposobem na rozwianie wszystkich złych mitów o tym sporcie, okazało się wejście za kulisy i pokazanie widzom, kim naprawdę są ludzie trenujący mieszane sztuki walki. A to wyjątkowo inteligentni faceci. 85 procent naszych zawodników ma ukończony college. To, że widzowie mogli się identyfikować z bohaterami i ich życiorysami zmieniło nastawienie Amerykanów do tego sportu. Sami fighterzy okazali się dla nas najlepszą możliwą reklamą”.

Wraz z oglądalnością TUFa wzrosła nie tylko społeczna akceptacja dla MMA, ale także do nowej dyscypliny zapukali wreszcie sponsorzy, a telewizje zaczęły sprzedawać walki UFC w systemie pay-per-view. Zuffa nie tylko była uratowana, ale stanęła u progu wielkiej ekspansji. I tutaj ponownie dały o sobie znać nietuzinkowe zdolności Dany.

Zrażony do tradycyjnych mediów, które latami wieszały psy na mieszanych sztukach walki White postawił na media społecznościowe. Dzisiaj jego profil na Twitterze śledzi ponad dwa miliony użytkowników, a część walk z każdej gali UFC jest za darmo i na żywo transmitowana na Facebooku.

– Nie mam pr-owców, którzy mówią mi, co mam mówić. Mówię i robię co chcę i jak chcę. Niczego nie filtruję – Dana zwierzał się amerykańskiemu PLAYBOYOWI. – Zarzucają mi, że przeklinam. Każdy klnie, a ja jestem jak każdy. Dorastałem w czasach, kiedy wszystkie grube ryby w sporcie i w biznesie udawały wielkich dżentelmenów. Wychodzili w tych swoich garniturach, mówili słodkie bzdury, a ty i tak wiedziałeś, że łżą. Że mają za uszami więcej niż możesz sobie wyobrazić. A ja mówię, jak jest. I nie przejmuję się opiniami o mnie. Jestem pierwszym promotorem w historii sportów walki, który mówi: „ta walka była do dupy, jest mi wstyd, obiecuję to fanom wynagrodzić. Bo sam jestem przede wszystkim fanem. Tak jak wszyscy inni.

Nałogowy hazardzista

Pytany o swoją najgorszą cechę, Dana bez zająknięcia odpowiada: „agresywność”. Kiedy spytać go o najlepszą w odpowiedzi pada… „agresywność”. Nic dziwnego, że swoją największą konkurencję White po prostu zlikwidował. Kiedy legendarna japońska organizacja PRIDE (walczył w niej Paweł Nastula – przyp. red.) wpadła w tarapaty finansowe, szybko znalazła nabywcę. Była nim Zuffa. Tym sposobem PRIDE przestała istnieć. Podobny los spotkał amerykańską organizację Strikeforce.

Na swojej drodze Dana stoczył wiele walk i jak na razie w znakomitej większości zwyciężył. A przeciwników miał nie byle jakich. Wielkie pieniądze na organizowaniu walk MMA chcieli zbić dwaj amerykańscy miliarderzy Mark Cuban, właściciel potężnej sieci telewizyjnej HDNet i słynny Donald Trump (inwestował między innymi w Strikeforce). Obaj utopili w tym biznesie miliony, a nie zdołali realnie zagrozić pozycji UFC. White do dziś mówi o obydwu rywalach z szacunkiem. A dla Trumpa deklaruje rezerwacje najlepszego miejsca na każdej swojej gali.

Permanentne zaproszenie ma też Mike Tyson, idol z lat młodości Dany. „Bestia” uwielbia UFC i często gości na galach. Podobnie jak Shaquille O’Neal, Snoop Dog, Forest Whitaker, czy Mickey Rourke. Wszyscy mają prywatny numer White’a i nie wahają się z niego korzystać. A Dana zawsze ma najlepsze miejsca dla swoich licznych „przyjaciół” celebrytów. I wcale nie jest tak, że White stara się ogrzać w blasku ich sławy. Często jest na odwrót.

Wyrodny syn

Dana jest dzisiaj jednym z najbardziej rozpoznawalnych ludzi sportu w Ameryce. Ponadto już w 2008 roku Forbes wyliczył jego majątek na co najmniej 150 milionów dolarów. Sam White przyznaje, że nie ma głowy do drobiazgowego liczenia pieniędzy. Jako nałogowy hazardzista bywa w kasynie nawet kilka razy w tygodniu. Kiedy któregoś razu w obecności dziennikarza „The Boston Glob” przegrał pół miliona dolarów, wzruszył tylko ramionami i powiedział: „To jest nic. Wielokrotnie wygrywałem i przegrywałem miliony. To jedyna rzecz, która mnie naprawdę relaksuje”.

Kolejną pozycję na liście nałogów Dany zajmuje kolekcjonowanie samochodów.
– Mam fioła na punkcie Ferrari. Nic na to nie poradzę. Zbudowałem całą stajnię. Już dawno pogubiłem się w tym ile mam egzemplarzy – opowiadał jak klasyczny narcyz temu samemu reporterowi. Jest jednak rzecz, którą White się nie chwali. Nigdy publicznie nie wspomina o sumach, które przeznacza na cele dobroczynne. A te podobno też liczy się w milionach. Tajemnicą poliszynela jest to, że Dana po cichu wspiera finansowo wielu zawodników, którym złamały się kariery w wyniku kontuzji, lub życiowych zawirowań.

Jednak myliłby się ten, kto by przypisywał szefowi UFC nadmierną wrażliwość. Dana to kawał skurczybyka. O czym całkiem niedawno postanowiła publicznie poinformować… jego własna matka. Pani June White napisała nieautoryzowaną biografię syna, w której nie pozostawiła na swojej pociesze suchej nitki.
– Mój prawnik to przeczytał i powiedział, żebym nawet nie próbował otwierać tej książki – skarżył się Dana dziennikarzom.

Choć pozycja nie trafiła na listy bestsellerów, to z pewnością była sprzedawana w atmosferze skandalu. Matka oskarżyła syna nie tylko o wyrzeczenie się wiary – „umyślił sobie, że sam jest Bogiem” – ale również o skrajny egoizm, arogancję i okrucieństwo wobec najbliższych. Zdaniem pani White jej syna na zawsze popsuły popularność i pieniądze. Według niej Dana to bezwzględny tyran, pozbawiony jakichkolwiek wartościowych uczuć.

Największy na świecie

Choć matka Dany nie widzi w nim żadnych pozytywnych cech, to wielu uważa go – nie bez słuszności – za biznesowego geniusza, który z niczego zbudował przemysł, docierający ze swoim produktem do setek milionów ludzi, a tysiącom dający nową pracę. Jeszcze 10 lat temu amerykańskie telewizje mogły emitować bez problemów najostrzejsze filmy porno, ale nie wolno im było pokazywać mieszanych sztuk walki. Dzisiaj gale UFC pokazuje na żywo stacja FOX, czyli największa ogólnonarodową telewizja w Ameryce.

Czy to wszystko zasługa jednego człowieka? Na pewno nie wszystko, ale z pewnością więcej niż połowa. Dana White urzeczywistnił wizję, którą wielu dziennikarzy w Stanach Zjednoczonych nazywa najszybszym wielkim sukcesem biznesowym w dziejach sportu. Dyscyplina, która kojarzyła się Amerykanom z walkami psów, a w najlepszym przypadku z brutalnym mordobiciem, dzisiaj ustępuje popularnością jedynie futbolowi, bejsbolowi i koszykówce. I wiele wskazuje na to, że niedługo z przytupem wejdzie na podium. W przedziale wiekowym 18-34 lata UFC bije już większość sportów na głowę.

– Jest coś w naszym DNA, co każe nam kochać walkę – tłumaczy Dana. – Każda kultura rozwinęła jakąś jej sztukę. To jest pierwotne. Jesteśmy ludźmi, wszyscy mamy walkę we krwi.

Autor: Arkadiusz Bartosiak

1 KOMENTARZ

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.