Mixed Martial Arts przeżywa globalny rozkwit, co dzień przybywają setki tysięcy fanów tego wspaniałego sportu, rośnie zainteresowanie w mediach, zwiększają się zyski branży kusząc tym samym nowych inwestorów. Nowe organizacje pojawiają się jak grzyby po deszczu (zarówno te mniejsze, jak i te dysponujące ogromnym budżetem), natomiast „kolosy” rynku organizują coraz to większą ilość gal firmowanych swym logiem. Wszystko nabiera tempa nasuwając jednocześnie na myśl pytanie – „w jaki sposób będzie funkcjonował rynek MMA za kilka lat?” Równoległe istnienie obok siebie kilkudziesięciu organizacji Mieszanych Sztuk Walki z całą pewnością wymusi pewne zmiany w strukturze branży, ja skupie się na tych bardziej „przyziemnych”, interesujących nas – fanów. Unifikacja zasad…konieczność? A może kompromis sztucznie jednoczący tak różne od siebie organizacje…?


Obecna sytuacja jaka panuje na rynku MMA jest lekko mówiąc nieuporządkowana. Mamy wiele organizacji, różniących się od siebie nie tylko klimatem organizowanych gal, ale co istotniejsze zasadami, jak i podejściem do ”biznesu”. Tak więc DREAM oferuje ring, kolana na głowę w parterze, 10-cio minutową pierwszą rundę, ale także brak łokci, oraz jakichkolwiek kontroli anty-dopingowych.
Z drugiej strony UFC pokazuje duży oktagon, uderzenia łokciami, oraz w pełni profesjonalne podejście z testami anty dopingowymi na czele. Gdzieś tam migocze jeszcze EliteXC z…Kimbo (nie, no żart:), Cage Rage, Sengoku, Shooto (modyfikujące właśnie kilka swych „firmowych” zasad), oraz dziesiątki mniej znanych organizacji. Dodatkowo polityka poszczególnych organizacji jest zgoła odmienna, wystarczy porównać „zamknięte” UFC, gdzie zawodnicy podpisują kontrakt „na wyłączność” a żartobliwie wspomniane wcześniej EliteXC, które z jest otwarte na wszelką współpracę i wymianę zawodników (obecnie w kooperacji z DREAM).
Czy zatem kierunek obrany przez „możnych świata MMA” jest właściwy?

Konkurencja wzbogaca rynek oferując nam szereg organizacji spośród których każdy znajdzie coś dla siebie. To ta dobra strona medalu. Zła jest natomiast taka, że każda z organizacji posiada swych mistrzów w poszczególnych kategoriach wagowych, jednak nie ma możliwości skonfrontowania championów z odrębnych „stajni”, i w efekcie mamy kilkunastu mistrzów jednej kategorii wagowej (w różnych organizacjach) a nie mamy żadnego realnego mistrza świata. Tutaj posłużę się przykładem. Załóżmy, że jeśli organizacja „A” (oferująca zasady „Japońskie” – czyt. dawne PRIDE FC) posiada mistrza HW a jest nim niejaki Pan „X”, natomiast w organizacji „B” (zasady USA – czyt. UFC) mistrzem jest Pan o dźwięcznie brzmiącym nazwisku „Y”, to jak wyłonić „prawdziwego” mistrza HW? Jest to nie realne, bo nawet jeśli doszłoby do współpracy i organizacja „A” zaprosiła by Pana „Y”(lub na odwrót) do siebie by zorganizować walkę o zunifikowany pas wagi ciężkiej, to byłby to bardzo niemiarodajny pojedynek! Jak pokazał exodus czołówki Ex-Prajda do UFC – zasady odgrywają kolosalną rolę, dlatego zawodnik „X” może wygrać „u siebie” z zawodnikiem „Y” jednak na „obcym gruncie” może być zgoła inaczej. Jedynym sposobem na rozwiązanie tego problemu jest unifikacja zasad.

Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, unifikacja nie jest rozwiązaniem idealnym, bo (jak już wspomniałem wcześniej) doprowadza do ujednolicenia i zubożenia rynku, oraz sprawi, że MMA będzie nieco przypominać proszek do prania – „wszędzie to samo tylko w nieco innym opakowaniu.” Aby jednak być sprawiedliwym, należy dodać, że pojedynki pomiędzy najlepszymi zawodnikami poszczególnych kategorii wagowych wynagrodziły by nam to (przynajmniej mnie) z nawiązką!:)
Trzeba natomiast wziąć pod uwagę fakt, że zjednoczenie zasad MMA jest jak na razie mało realne – przynajmniej na tak skrajnych rynkach jak azjatycki/zachodni. Różnice kulturowe, przyzwyczajenia i nawyki są często tak przeciwstawne, że niemal niemożliwe do „przeskoczenia” (klasyczny przykład ring/klatka, czy też zakaz/zezwolenie używania łokci). Napisałem niemal nie do przeskoczenia, bo ostatnimi czasy na Japońskim rynku coś w kwestii zasad „drgnęło”. Po upadku PRIDE FC można zauważyć stopniowe odchodzenie od „staro szkolnych” reguł (brak stompów, soocer kicków na głowę) co można traktować jako niewielki krok w stronę unifikacji. Nawet tak radykalna organizacja jak Shooto (najstarsza organizacja MMA!) odchodzi od uderzeń w tył głowy, oraz swego słynnego liczenia po knockdown’ie!
Jeśli zatem kiedyś dojdzie do unifikacji zasad, to wg mnie podstawą będą Unified Rules of Mixed Martial Arts (Zjednoczone Zasady Mieszanych Sztuk Walki stworzone w 2000 roku przez komisję do spraw sportu stanu New Jersey). Same jednak UROMMA mogą ulec zmianie, bo nie od dziś wiadomo, że wielu ludzi „z wewnątrz” branży stara się o wprowadzenie doń min. kolan na głowę w parterze.

Sądzę, że całkowita unifikacja zasad w MMA to kwestia nie kilku, a kilkunastu (o ile nie więcej) lat. Bliższą perspektywą wydaje się „regionalne” zjednoczenie zasad (pomiędzy określonymi organizacjami z konkretnego regionu – USA/Japonia) w celu promowania pojedynków „organizacja kontra organizacja”, „mistrz vs. mistrz”…to wydaje się sensowne i osiągalne.
Jedno jest pewne. Póki na rynku nie będzie kilku równorzędnych (zarówno finansowo, jak i pod względem zasobów zawodników, oraz potencjału marketingowego) organizacji, póty do żadnej wielkiej współpracy nie dojdzie. Dopiero kiedy zapanuje równa konkurencja otworzy się droga do jeszcze większych zysków dla organizatorów a tym samym chęć współpracy. Za przykład niech posłuży wspólna gala K-1 i PRIDE FC (PRIDE Dynamite) która sprytnie połączyła konkurencyjne organizacje oferując pojedynki zawodników K-1 przeciwko fighterom PRIDE, tak na zasadach PRIDE FC (MMA), jak i K-1 (Striking). Organizatorzy osiągnęli większe zyski, widzowie otrzymali ciekawe (z kilku powodów) zestawienia. Za inny przykład posłużyć mogą gale bokserskie, gdzie motorem napędowym nie są już organizacje (bo te są praktycznie nie istotne) i ich „rywalizacja” a dwaj zawodnicy którzy mają statut megagwiazd i sama ich obecność potrafi wygenerować gigantyczne zyski. Przenieśmy jednak ten przykład na „nasz grunt”. Wyobraźmy sobie jakie zyski przyniósł by pojedynek dwóch supergwiazd świata MMA – powiedzmy Chuck’a Liddell’a i Wanderlei Silva’y w ich szczytowych formach, kiedy dominowali swe LHW swych organizacji…zaraz, zaraz. Przecież w 2003 roku podczas GP PRIDE miało dojść do tego pojedynku, jednak Quinton Jackson pokrzyżował te plany pokonując Liddell’a . Po co przytoczyłem tą sytuację? Już tłumaczę.

Zbyt małe zyski przy zbyt dużym ryzyku. Dana White i UFC więcej straciło na wysłaniu „Iceman’a” do Japonii (gdzie miał walczyć na odmiennych zasadach) niż mogło zyskać.
Teraz wyobraź sobie tą samą walkę, tych samych gwiazd na wspólnych zasadach, ze wspólnym podziałem zysków zarówno dla PRIDE jak i UFC! Wynik jest jasny. Kolosalna oglądalność, to kolosalne pieniądze. Jednolite zasady, to mniejsze ryzyko przegranej dla jednej ze stron, a sama porażka nie jest żadną tragedią dla organizatorów bo i tak zyski są równi dzielone. Dodatkowo jest szansa na stworzenie rewanżu, który będzie jeszcze lepiej wypromowany i przyniesie jeszcze większe zyski niż pierwsza walka! „Koło się zamyka biznes się kręci.”
Z całą pewnością prędzej czy później do takich „starć gigantów” dojdzie, jednak przepustką do tego jest unifikacja zasad, bez której ani rusz!

Chief Financial Officer | Shareholder of MMAROCKS. Columnist. Does not avoid political topics. Radical for Capitalism.