Wiem, wiem…dłuuugo mnie nie było. tak wyszło, życie idzie na przód, czasu coraz mniej. Niestety na MMA również. Będę się starał „ciosać” newsy – jak mi pójdzie, zobaczymy – nie obiecuje, że będą w ilościach hurtowych (podejrzewam, że raczej odwrotnie – będzie ich niewiele z mojej strony) – od tego jest niezawodny Def. Ja natomiast ze swojej strony obiecuję, że co jakiś czas pojawi się dłuższy arcik (jak ten i poprzednie) a częściej będę wrzucał podsumowania, analizy z ostatnich dni (a gadać jest o czym) i ogólnie co o tym wszystkim myślę. Ok, nie zanudzam już…zapraszam do lektury.

 

Co by nie robić przydługawych wstępów, których i tak nikt nie czyta, od razu przejdę do konkretów. Ostatnio mastah z sąsiedniego blogu (tak, blogu…nie bloku:) uświadomił mi jedną, jakże oczywista sprawę. MMA wchodzi do głównego nurtu. Rzecz jasna zdawałem sobie z tego sprawę, każdy z MMAniacsów o tym wiedział. Jednak perspektywa Mieszanych Sztuk Walki jako „pełnoprawnego” sportu „na szeroką” skalę migotała w oddali. Gdzieś w podświadomości ciągle pozostawał obraz MMA jako niszowego, świeżego i jakże ekscytującego sportu, nieskażonego biznesem i polityką. I trwałem sobie w takiej błogiej nieświadomości aż tu nagle łup – Rshmn trzepnął mnie w głowę niczym Gonzaga „Cro Cop’a” i troszkę (muszę przyznać) spojrzałem realniej na cały „światek” Mieszanych Sztuk Walki. Prawda jest taka, że MMA już jest ogromnym biznesem. Biznesem przynoszącym kolosalne pieniądze. Biznesem, który z miesiąca na miesiąc będzie jeszcze większy. Biznesem – słowo klucz. Tak, tak…powtórz sobie jeszcze kilka razy (ja tak zrobiłem i w końcu do mnie dotarło) – Biznesem, nie sportem!

No dobra, nieco wyolbrzymiam, ale to tylko po to byś prędzej zrozumiał. Oczywiście MMA to sport, jak najbardziej (piękny, cudowny, nieprzewidywalny – dodaj sobie co tam jeszcze chcesz) sport, który wychodząc z undergroundu poruszył masy stając się…no wiesz czym – słowo klucz. I nie czarujmy się, jak w każdym biznesie pieniążki są na pierwszym miejscu – wszak interes nie może, a przynajmniej nie powinien przynosić strat. I teraz prosty wniosek z tego wynikający – Interes organizatorów/promotorów/właścicieli/prezesów i Bóg wie kogo jeszcze będzie tu na pierwszym miejscu. Nie ważne że Ty, ja, Twoja mama, babcia i nieogolony wujek chcą aby Fedor zawalczył z Couture’m.

Kogo to obchodzi (oprócz Ciebie, mnie, Twojej mamy, babci i nieogolonego wujka;)? Nie ważne też że hardcorowi fani domagaj się tej walki (jako starcia posiadaczy tytułów mistrzowskich). Wiesz co jest ważne? Heh, no jakby Ci to powiedzieć…biznes? Bingo. Co z tego że jakaś tam garstka (nawet całkiem spora) kibiców chce tej walki, skoro dla przeciętnego, amerykańskiego zjadacza hamburgerów (bo tam w chwili obecnej MMA jest najsilniejsze, i głównie tam największa obecnie organizacja – UFC, inwestuje swe pieniądze) Fedor Emelianenko to „ktoś z jakiegoś kraju co tam białe niedźwiedzie na foki polują.” Po dłuższej chwili namysłu zapewne owy „przeciętny zjadacz hamburgerów” dodałby że ten mroźny kraj to ZSRR…i nic nie zmieni faktu, że to właśnie ten niezorientowany (w sumie to chyba w niczym poza obecnym „menu” w McDonaldzie) w MMA Amerykanin jest głównym targetem UFC.

Nie Ty, nie ja, nie doskonale obeznani fani MMA! Oni byli i będą przy MMA. Natomiast by zwiększyć dochody (bo o nie przecież chodzi) trzeba trafić w mainstream, a nie osiągnie się tego organizowaniem gal pod „prawdziwych fanów MMA”, tylko na wypromowaniu Mieszanych Sztuk Walki wśród kogoś kto ze sportem ma mało wspólnego, a z MMA jeszcze mniej. Chodzi o to by taki facet „osiemnaście – trzydzieści parę” lat (bo ta grupa jest szczególnie na celowniku UFC) znał kilka nazwisk, które od razu nasuną mu jedno skojarzenie – Ultimate Fighting, i które zachęca go by przyszedł na galę, kupił piwo, frytki i „przesiedział i przebuczał” całe widowisko tylko po to, by obejrzeć owego zawodnika w walce wieczoru. A jeśli nawet nie przyjdzie na galę, to owo nazwisko skłoni go by wykupił PPV i w domowym zaciszu obejrzał swojego „mistrza”. I na myśl od razu przychodzi mi tutaj jeden zawodnik – nie, nie Liddell.

Oczywiście jest on „figurą” w MMA, ma niesamowicie znane nazwisko (nie tylko w stanach) ale on na nie w pełni zasłużył – umiejętnościami, tym, że zdominował przez ładnych kilka lat swą kategorię wagową. Poza tym mistrz (czy tego chce czy nie chce) musi być znany. Natomiast kolesiem, który w swych ostatnich walkach nie pokazuje kompletnie nic, jest nudny jak flaki z olejem – nawet dla kogoś kto na MMA zna się dobrze i walka w parterze to nie tylko „leżenie na przeciwniku”- a pomimo tego jest ciągle jednym z najlepiej zarabiających zawodników w UFC, może stawiać swe warunki (choć jego pozycja słabnie) jest Tito Ortiz.

Gość paplaniem przed walką, robieniem szumu, potrafił się tak wypromować, że nawet dając nudne walki ciągle jest na topie. Ludzie chcą go oglądać, zatem przynosi zyski, to z kolei sprawia że jest potrzebny UFC, które przystaje na jego „sugestie”. W sumie to nie wiem, amerykanów chyba bardziej jara cała otoczka przed walką, bad blood i inne pierdoły (patrz gale Pro Wrestlingu) niż sama walka…ale to temat na osobną dyskusję.

Takiego czegoś brakuje wielu świetnym zawodnikom – „Cro Cop”, Hendo, „Minotauro”, czy wyżej wspomniany Fedor. Oni z kolei bronią się umiejętnościami…na razie. Bo kiedy MMA osiągnie popularność równą, a może i wyższą „Boskowi lat 90-tych” (a stanie się tak na pewno!), kiedy zawodnik za walkę będzie otrzymywał nie kilkadziesiąt tysięcy, a kilkadziesiąt milionów dolarów, gdy zyski płynące z MMA będą równe zyskom z Boksu z ubiegłej dekady, wtedy kategorie sportowe przestaną całkiem mieć znaczenie. Wtedy będzie liczyło się nie to, że ktoś jest lepszym zawodnikiem, a to że ktoś inny przyniesie więcej zielonych zysku.

Czy zaczną się wtedy „wałki”, przekręty zatruwające piękno rywalizacji – tego nie wiem. Historia Boksu podpowiada ze tak właśnie będzie. Nie ważne jednak co będzie za jakiś czas. Na razie mamy MMA jakie znamy, i sporo wody upłynie zanim do owych sytuacji dojdzie (o ile w ogóle dojdzie). Cieszmy się tym. Jednak nie zapominajmy, że to już biznes, ciężki pieniądz za nim stoi i jak to powiedział Rshmn:

Nos do góry, teraz będzie jeszcze gorzej, coraz mniej będzie można przewidywać ze sportowej perspektywy, a coraz więcej z biznesowej; MMA to gigantyczna kasa”

I tymi słowami zakończę te nic nie wnoszące (przynajmniej nic nowego) wywody, zapraszając jednocześnie do dyskusji.

 

Yoshihiro

Chief Financial Officer | Shareholder of MMAROCKS. Columnist. Does not avoid political topics. Radical for Capitalism.