Minionego weekendu po dwóch latach słownych przepychanek doszło do kulminacyjnego momentu w sporze na linii Sonnen – Silva. Można chyba przyjąć, że „sprawa” została ostatecznie zakończona, mimo, że Amerykanin już zgłasza uwagi dotyczące przyczyn porażki. Czy jednak samo zakończenie było całkowicie satysfakcjonujące? Rozgrzana do czerwoności atmosfera przed walką wyostrzyła apetyty fanów chcących zobaczyć „ringową wojnę”, wydaje się, że oczekiwania nie zostały jednak w pełni zaspokojone. Wytworzony hype przerósł wydarzenia toczone w oktagonie, czy jednak można wynieść z nich coś interesującego?

Ratujmy żółwie

To jak Sonnen dwa lata temu sponiewierał Brazylijczyka na przestrzeni prawie pięciu rund postawiło kilka sporych znaków zapytania nad garniturem umiejętności Andersona. Dziś przynajmniej na dwa z nich poznaliśmy dokładna odpowiedź. Po pierwsze nie uwypuklał bym znaczenia kontuzji żeber z jaką Silva rzekomo borykał się podczas pierwszego starcia. Oczywiście nie wykluczam, iż faktycznie Anderson wszedł wtedy do klatki kontuzjowany. W żadnym jednak wypadku nie przychylę się do opinii, iż to kontuzja miała kluczowy wpływ na słabą dyspozycję „Spidera”.  Na słabą postawę Silvy podczas UFC 117 miały wpływ – przede wszystkim – marne umiejętności w płaszczyznach, które Sonnen wykorzystywał do maksimum. To jak dziecinnie bezradny z pleców był minionego weekendu Silva całkowicie utwierdziło mnie w przekonaniu, że kontuzja nie miała tu nic do rzeczy. Okazuje się, że po położeniu na plecy i ciasnej kontroli z góry Anderson jest w stanie jedynie wykluczać ręce, klinczować i liczyć na wznowienie walki w stójce, a to z jaką łatwością (i jaką podstawową techniką) Sonnen zdobył półgardę i później dosiad ukazuje różnicę w opanowaniu tego elementu przez mistrza a choćby ostatniego z rywali Sonnena – Michaela Bispinga. Przy tym co w walce z Chaelem pokazał „angielski hrabia” Silva wyglądał jak żółw wywrócony na skorupę.

Drugą ważną rzeczą jaką można z tej walki wyczytać, to pewność, że zapasy „Pająka” nie są tak beznadziejne jak mogłoby się wydawać po pierwszej walce (i po pierwszej rundzie minionego starcia). W drugiej pięciominutówce Anderson poprawnie obronił dwa obalenia. O ile to pod siatką było stosunkowe proste do zatrzymania, tak kiedy Chael zaatakował na środku oktagonu wejściem w obie nogi a Silva natychmiast zepchnął jego ręce i zdystansował barki, po czym wybronił obalenie za jedną nogę a pod siatką nie dał się przerzucić przez biodro było już dobrą, wyćwiczoną zapaśniczą robotą. I ponownie nie nadużywałbym znaczenia wspominanej wyżej kontuzji również w tym wypadku. Minionego weekendu w pełni zdrowy Silva pokazał dwie skrajności. Jak nie powinno się bronić obaleń (pierwsza runda) i jak poprawnie to robić (runda druga). Świadczy to jedynie o tym, że przed walką z Sonnenem Anderson odrobił lekcje i solidnie popracował nad defensywnymi zapasami. Efekty tego było widać w drugiej rundzie, kiedy – wydaje się – w pełni rozszyfrował już sposób walki oponenta.

Spodenki wyprane w perwollu

Gdy Silva celowo i w pełni świadomie chwytał spodenek rywala, zdawał się wręcz wołać: „chwila, sprawdzę tylko jakiego płynu do płukania używasz”. Tak intencjonalnego i zamierzonego faulu w walce MMA dawno nie widziałem. Oczywiście nie jest to aspekt istotny i w żaden, nawet najmniejszy sposób nie wpływa na przebieg i rezultat pojedynku. Był jednak na tyle wyraźny, że Yves Lavigne sędziujący pojedynek powinien odjąć punkt Brazylijczykowi. Oczywiście niczego by to nie zmieniło, czułbym się jednak moralnie zdrowszy. Nie może bowiem być tak, że zawodnik z premedytacją łamie przepisy a sędzia upomina go jedynie werbalnie – werbalne upomnienie powinno mieć miejsce jedynie, kiedy faul był niezamierzony.

Nie to było jednak najdziwniejszą rzeczą w postawie Andersona w tej walce. Najbardziej ze strony Brazylijczyka zaskoczyła mnie jego stójka. Nie to, żeby była zła. Była dziwna. Zamiast prostych uderzanych podczas cofania się Silva rzucał cepami będąc mocno pochylonym do przody. Zapewne w ten sposób chciał być w każdej chwili gotowy na obronę takedownu (trzymając środek ciężkości daleko), jednak w efekcie przyjął – mimo wszystko – kilka celnych ciosów od zawodnika z Oregonu a i w pierwszej rundzie po takich obszernych sierpach Sonnen szybko go obalił. Być może wynikało to z chęci szybkiego i jednoznacznego zakończenia walki, jednak taki (w sporym cudzysłowie) „brawl” niezbyt odpowiada Brazylijczykowi. Choć oczywiście nie jest to pierwszym (i zapewne nie ostatnim) nietypowym zachowaniem Andersona w klatce UFC.

Mentalność mistrza

Przysłowie mówi, że mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna a po tym jak kończy. W mieszanych sztukach walki jest podobnie. Oprócz odpowiednich umiejętności technicznych, oprócz motoryki i przygotowania fizycznego potrzebne jest coś jeszcze. Można być dobrym atletą, jednak by być najlepszym trzeba mieć mentalność mistrza. To coś co sprawia, że będąc nawet w beznadziejnej sytuacji fighter potrafi wykrzesać iskierkę, podjąć ostatkiem sił walkę do końca. Duch, serce… wola walki. Jakkolwiek tego nie nazwać, ten przymiot określa Andersona. „Spider” po wyraźnie przegranej pierwszej rundzie zamiast do swojego, udał się do narożnika neutralnego. Mimo wszystko w drugiej rundzie pozbierał myśli i odmienił losy starcia.  Nie każdy zawodnik to potrafi. Zebrać się w sobie i wyjść z opresji. Ba. Przykład Sonnena pokazuje, że nawet będąc o włos od zwycięstwa można zaprzepaścić szansę życia. Oczywiście można uznać, że to błąd, pomyłka, brak konkretnej umiejętności. Ja jednak uważam, że zawiniła psychika. Odniosłem wrażenie, że kres „amerykańskiego gangstera” w tej walce nastąpił nie po kolanie na korpus jakim poczęstował go mistrz a dużo wcześniej – gdy Anderson wybronił drugie obalenie. Sądzę, że kiedy sprawy przyjęły dla niego zły obrót i dotychczasowy (i zapewne jedyny) plan walki przestał działać, wtedy w głowie pretendenta coś pękło. Już ten obrotowy łokieć był sygnałem, że Chael w tej walce się pogubił. Nawet nie chodzi o to, że technika była kompletnie nie przygotowana, wyprowadzona bez szybkości i timingu, w efekcie czego Amerykanin stracił równowagę i upadł. On chyba nigdy nie używał podobnych sztuczek – to najistotniejsze. Odruchowo zrobił cokolwiek, byleby nie wchodzić z mistrzem w pełen dystans i to kosztowało go zwycięstwo.

Co by nie powiedzieć o Andersonie, jego najgroźniejszych broni nie da się przecenić. To z jaką łatwością odnajduje się w oktagonie, to jak „czuje walkę” jest wręcz nieprawdopodobne. Na przestrzeni piętnastu zwycięskich walk w UFC „Spider” w pełni zaprezentował swój kunszt a w tej walce dołożył kolejny barwny element do tej mozaiki. Jeśli kolano którym napoczął Sonnena było w pełni świadomie wycelowane w mostek zawodnika Team Quest – a wierzę, że takie właśnie było, to nie mam nic poza respektem dla Brazylijczyka. W dobie kalkulacji i walki bez ryzyka takie balansowanie na granicy jest nie często spotykane.

Najlepszy zawodnik w historii?

Po tej zdecydowanej wygranej pojawia się – już w tym momencie bardzo zasadne – pytanie o miejsce Andersona w historii mieszanych sztuk walki. Niesamowity wynik piętnastu wygranych walk w UFC z rzędu (w tym dziesięć obron mistrzowskiego pasa) pokazuje kunszt reprezentanta kraju kawy. Warto też wspomnieć, że fighter z Brazylii walczył z sukcesami w trzech kategoriach wagowych i w każdej z nich był wysoko notowany w rankingach. To ewenement.
Przyglądając się nieco bliżej temu wynikowi, można jednak zauważyć pewien warunek, który nieco wspomógł umiejętności Silvy. Nie od wczoraj wiadomo, że najkrótszą drogą do pokonania Silvy jest położenie go i kontrolowanie na ziemi. Tymczasem podczas tego imponującego maratonu kolejnych wygranych zaledwie dwóch zawodników zawalczyło z Andersonem w ten sposób (Henderson i Sonnen). Oczywiście nie wynika to z chęci/niechęci (być może po części z planu na walkę) a raczej z konkretnych umiejętności rywali „Pająka”. Gdybym jednak miał tą sprawę uprościć i sprowadzić do jednego zdania napisałbym, że z (jedynych) dwóch zawodników odpowiednio walczących z Silvą w UFC  jednemu zabrakło kondycji a drugiemu serca do walki. Rzecz jasna to mocne nadużycie i uproszczenie, nie można jednak zaprzeczyć, że specyfikacja wagi średniej jest dla Silvy bardzo wygodna. Co by było, gdyby w MW znalazł się odpowiednik Jona Fitcha (lub nawet Josha Koschecka)? Rzecz jasna to tylko gdybanie i pewnie niepotrzebne dywagacje,  lecz chciałem poruszyć ten temat w obliczu przyznawania „Pająkowi” tytułu najlepszego zawodnika w historii. Naturalnie nie jest winą Andersona, że w wadze średniej nie ma mocnych zapaśników, jednak chciałbym aby „Pająk” stoczył przynajmniej jeszcze jedną wartościową walkę (może wagę wyżej?) i mocną wygraną ostatecznie uzasadnił, że takie pasowanie jak najbardziej mu się należy.

Jak zatem rysuje się najbliższa przyszłość Andersona, teraz, kiedy nie mówi już głośno o zakończeniu kariery? Wydaje się, że na ten moment waga średnia nie oferuje dla niego ciekawych zestawień. W kolejce czeka wyrwany z Bellatora Hector Lombard (i ile na UFC 149 upora się z Timem Boetschem), lub ktoś z dzisiejszego zestawienia Munoz – Weidman. Gdzieś tam jeszcze z boku o title shoota upomina się Michael Bisping, jednak aby te pragnienia stały się realne musi pierw wygrać jedną walkę. Szczerze powiedziawszy na ten moment żaden z powyższych fighterów nie jest wyzwaniem dla mistrza i ciężko będzie z którymkolwiek z nich wypromować walkę wieczoru tak, aby sprzedała dużą ilość PPV. Oczywiście przekonująca wygrana Lombarda, czy też Munoza/Weidmana na pewno będzie dobrym miejscem zaczepu działań marketingowych, jednak zestawienia w MW nie odbiją się takim echem jak ewentualne przejście mistrza wagę wyżej, bądź pojedynek w catch weight z kimś z szerszej czołówki wagi półciężkiej. Oczywiście na Jona Jonesa nie ma co liczyć – mimo, że UFC zestawiło walkę Penn vs. St. Pierre, tak pojedynek Kanadyjczyka ze „Spiderem” nie doszedł już (i raczej nigdy już nie dojdzie) do skutku. Byłbym wręcz zszokowany (rzecz jasna pozytywnie), gdyby UFC zestawiło swoich dwóch mistrzów w takiej hiper walce, tym bardziej teraz, kiedy mistrz wagi półciężkiej niechętnie wypowiedział się na temat tego hipotetycznego pojedynku.
Przejście do wyższej wagi nie musi jednak równać się walce o pas. Półciężka jest na tyle bogata w dobrze wypromowanych i ciekawych pod względem stylu zawodników, że Joe Silva miałby spore pole manewru. Czy jednak Dana White i bracia Fertitta zdecydują się na ten krok? Chciałbym się mylić, jednak chyba bezpieczniejszą drogą dla UFC będzie pozostawienie Brazylijczyka w swojej naturalnej kategorii wagowej, by tam pokazywał swój kunszt z coraz to nowymi rywalami.

Tak, czy owak dziś Anderson Silva jest zawodnikiem, na występ którego czeka każdy świadomy fan MMA – niezależnie z kim i w jakiej wadze miałby walczyć. Sam „Pająk” zdaje się pewnie zmierzać w kierunku swej własnej legendy, która z walki na walkę staje się jeszcze większa. Bez wątpienia jest to jeden z największych mistrzów sportów walki w dzisiejszych czasach, być może za kilkadziesiąt lat będzie stawiany na równi z wielkimi mistrzami boksu – czego oczywiście życzę jemu, oraz całemu światu mieszanych sztuk walki. Byłoby to znakiem, że ta ciągle młoda dyscyplina sportu ma już w pełni ugruntowaną pozycję a to przecież jest jednym z głównych celów wszystkich ludzi w jakikolwiek sposób związanych z tym sportem.